Mazurzenie: “Wujek” Belletti i pierwszy taki finał

Four Four Two

Mazurzenie, czyli osobiste wspomnienia jako przyczynek do opowiadania piłkarskich historii. Pierwszy zostaje wywołany do tablicy “wujek” Juliano Belletti, czyli strzelec gola na wagę triumfu Barcelony w Lidze Mistrzów w 2006 roku.

Każdy ma chyba taką osobę w rodzinie. Pamiętacie z nią tylko jedno spotkanie – i to jeszcze jak przez mgłę, bo mieliście wtedy jakieś siedem lat – a znacie ją praktycznie tylko z rodzinnych opowieści. W moim przypadku był to wujek. Wszedł do mnie do pokoju z uśmiechem. Bąknął jakieś dwa zdania, zwracając się do mnie określeniem Młody/Kawalerze, po czym wręczył mi bombonierę ze schowanym za opakowaniem banknotem. Posiedział na rodzinnej imprezie i… kurtyna. Taką krótką rolę zdążył odegrać w moim życiu. Pamiętam go tylko z tego pierwszego (i ostatniego) spotkania twarzą w twarz; spotkania cieszącego siedmioletniego pysia, bo który dzieciak nie lubi dostawać słodyczy oraz kasy.

“Wujek” Belletti zaszalał na imprezie w Paryżu

Mazurzenie będzie dziś o bohaterze, którego można porównać ze wspomnianym wujkiem. Poznaliśmy się pierwszy raz przy okazji jego pierwszego (i ostatniego) gola strzelonego dla Barcelony. Widzieliśmy się wówczas bardzo krótko – rozegrał raptem 19 minut. Dał mi dużo piękniejszy prezent. Gol na wagę pierwszego pamiętanego przeze mnie, pierwszego do 1992 roku, triumfu Barcy w Lidze Mistrzów nie może równać się z wszystkimi bombonierkami świata, choćby Ferrero Roche naprawdę były z czystego złota, a właściciel fabryki Lindt chciałby od 17 maja 2006 roku za friko dożywotnio dostarczać mi do drzwi pudełka czekoladek. Było w tej bramce jeszcze coś, co wówczas dla siedmiolatka stanowiło swoistą nowość – pierwszy raz wydarłem się po strzelonej bramce, którą pamiętam do dziś.

Wujek Juliano Belletti zagrał długą piłkę do Henrika Larssona, ten świetnie przyjął i przytomnie odegrał do wbiegającego w pole karne na pełnej prędkości Brazylijczyka. Piła przelatuje między nogami Almunii, Belletti jest chyba podobnie zaskoczony i szczęśliwy jak wszyscy fani Blaugrany. Zabawne, że to właśnie zmiennik Oleguera był dla mnie bardzo długo najważniejszą postacią tamtego finału. Nie broniący jak w transie Victor Valdes, który dwukrotnie doprowadził do rozpaczy Thierry’ego Henry’ego. Nie Andres Iniesta, który fenomenalną postawą w drugiej połowie udowodnił Frakowi Rijkaardowi, że powinien zaczynać mecz w wyjściowym składzie. Nie uosabiający mit super zmiennika Henrik Larsson, który w 76. minucie – delikatnie przedłużając piłkę od Iniesty w kierunku Samuela Eto’o przy pierwszym golu – oraz cztery minuty później, dostrzegając ruch Belletiego dokonał tego wieczoru tego, co nie udawało się Ronaldinho. Siła sentymentu długo spychała na drugi plan wydarzenia, bez których Belletti mógłby w ogóle nie trafić do siatki. A tamten finał Ligi Mistrzów w Paryżu był przecież wyjątkowy dla Valdesa, Puyola, Iniesty, kontuzjowanego wówczas Xaviego czy stawiającego pierwsze poważne kroki Messiego, będących architektami dalszych, gigantycznych sukcesów klubu.

Wszystkie drogi wychodzą z Paryża

Leszek Orłowski napisał w książce “Barca. Złota Dekada”: Jeśli i w przypadku Barcy sprawdza się porzekadło, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu – gdzie wygrywając w finale Ligi Mistrzów 2008/09, zwieńczyła najlepszy sezon w dziejach klubu – to należałoby je tu sparafrazować i napisać, że wszystkie drogi… wychodzą z Paryża. Juliano Belletti ma również jeszcze jedną cechę wspólną ze wspomnianym wcześniej wujkiem – wiele słyszałem o nim z opowieści starszych od siebie. Drużyna Barcelony z tamtego sezonu jest pierwszą jaką dobrze pamiętam, podstawową jedenastkę z finału spokojnie potrafiłbym wyrecytować. Trudno jednak porównać mój ówczesny stan wiedzy z tym, jaki miałem o zespole choćby w sezonie 2008/09. Zatem dzisiejsze Mazurzenie jest jeszcze takie troszkę “za mgłą”, w końcu to pierwsze poważne wspomnienie z Ligi Mistrzów. Na zakończenie niech wypowie się wujek Belletti:

Nie sądzę, by któryś z europejskich obrońców wpadł wówczas na taki pomysł. Ruszyłem sprintem w kierunku bramki i poczekałem na Larssona. Jestem Brazylijczykiem, Larsson mnie znał wiedział, że już kilka razy wcześniej tak właśnie robiłem. Po latach koledzy z szatni powiedzieli mi, że Barcelona jaką znamy obecnie narodziła się właśnie wtedy.

Kolejne Mazurzenie pojawiać się będzie w środy. Tematem kolejnego wpisu będą bramkarze, w tym aż trzech rodem z Niemiec.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi