NA GORĄCO

Mazurzenie: “Wujek” Belletti i pierwszy taki finał

18 września 2018, 18:08 | Foto: Four Four Two | Autor: Dominik Mazur
Mazurzenie: “Wujek” Belletti i pierwszy taki finał
Blogi
0

Mazurzenie, czyli osobiste wspomnienia jako przyczynek do opowiadania piłkarskich historii. Pierwszy zostaje wywołany do tablicy “wujek” Juliano Belletti, czyli strzelec gola na wagę triumfu Barcelony w Lidze Mistrzów w 2006 roku.

Każdy ma chyba taką osobę w rodzinie. Pamiętacie z nią tylko jedno spotkanie – i to jeszcze jak przez mgłę, bo mieliście wtedy jakieś siedem lat – a znacie ją praktycznie tylko z rodzinnych opowieści. W moim przypadku był to wujek. Wszedł do mnie do pokoju z uśmiechem. Bąknął jakieś dwa zdania, zwracając się do mnie określeniem Młody/Kawalerze, po czym wręczył mi bombonierę ze schowanym za opakowaniem banknotem. Posiedział na rodzinnej imprezie i… kurtyna. Taką krótką rolę zdążył odegrać w moim życiu. Pamiętam go tylko z tego pierwszego (i ostatniego) spotkania twarzą w twarz; spotkania cieszącego siedmioletniego pysia, bo który dzieciak nie lubi dostawać słodyczy oraz kasy.

“Wujek” Belletti zaszalał na imprezie w Paryżu

Mazurzenie będzie dziś o bohaterze, którego można porównać ze wspomnianym wujkiem. Poznaliśmy się pierwszy raz przy okazji jego pierwszego (i ostatniego) gola strzelonego dla Barcelony. Widzieliśmy się wówczas bardzo krótko – rozegrał raptem 19 minut. Dał mi dużo piękniejszy prezent. Gol na wagę pierwszego pamiętanego przeze mnie, pierwszego do 1992 roku, triumfu Barcy w Lidze Mistrzów nie może równać się z wszystkimi bombonierkami świata, choćby Ferrero Roche naprawdę były z czystego złota, a właściciel fabryki Lindt chciałby od 17 maja 2006 roku za friko dożywotnio dostarczać mi do drzwi pudełka czekoladek. Było w tej bramce jeszcze coś, co wówczas dla siedmiolatka stanowiło swoistą nowość – pierwszy raz wydarłem się po strzelonej bramce, którą pamiętam do dziś.

Wujek Juliano Belletti zagrał długą piłkę do Henrika Larssona, ten świetnie przyjął i przytomnie odegrał do wbiegającego w pole karne na pełnej prędkości Brazylijczyka. Piła przelatuje między nogami Almunii, Belletti jest chyba podobnie zaskoczony i szczęśliwy jak wszyscy fani Blaugrany. Zabawne, że to właśnie zmiennik Oleguera był dla mnie bardzo długo najważniejszą postacią tamtego finału. Nie broniący jak w transie Victor Valdes, który dwukrotnie doprowadził do rozpaczy Thierry’ego Henry’ego. Nie Andres Iniesta, który fenomenalną postawą w drugiej połowie udowodnił Frakowi Rijkaardowi, że powinien zaczynać mecz w wyjściowym składzie. Nie uosabiający mit super zmiennika Henrik Larsson, który w 76. minucie – delikatnie przedłużając piłkę od Iniesty w kierunku Samuela Eto’o przy pierwszym golu – oraz cztery minuty później, dostrzegając ruch Belletiego dokonał tego wieczoru tego, co nie udawało się Ronaldinho. Siła sentymentu długo spychała na drugi plan wydarzenia, bez których Belletti mógłby w ogóle nie trafić do siatki. A tamten finał Ligi Mistrzów w Paryżu był przecież wyjątkowy dla Valdesa, Puyola, Iniesty, kontuzjowanego wówczas Xaviego czy stawiającego pierwsze poważne kroki Messiego, będących architektami dalszych, gigantycznych sukcesów klubu.

Wszystkie drogi wychodzą z Paryża

Leszek Orłowski napisał w książce “Barca. Złota Dekada”: Jeśli i w przypadku Barcy sprawdza się porzekadło, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu – gdzie wygrywając w finale Ligi Mistrzów 2008/09, zwieńczyła najlepszy sezon w dziejach klubu – to należałoby je tu sparafrazować i napisać, że wszystkie drogi… wychodzą z Paryża. Juliano Belletti ma również jeszcze jedną cechę wspólną ze wspomnianym wcześniej wujkiem – wiele słyszałem o nim z opowieści starszych od siebie. Drużyna Barcelony z tamtego sezonu jest pierwszą jaką dobrze pamiętam, podstawową jedenastkę z finału spokojnie potrafiłbym wyrecytować. Trudno jednak porównać mój ówczesny stan wiedzy z tym, jaki miałem o zespole choćby w sezonie 2008/09. Zatem dzisiejsze Mazurzenie jest jeszcze takie troszkę “za mgłą”, w końcu to pierwsze poważne wspomnienie z Ligi Mistrzów. Na zakończenie niech wypowie się wujek Belletti:

Nie sądzę, by któryś z europejskich obrońców wpadł wówczas na taki pomysł. Ruszyłem sprintem w kierunku bramki i poczekałem na Larssona. Jestem Brazylijczykiem, Larsson mnie znał wiedział, że już kilka razy wcześniej tak właśnie robiłem. Po latach koledzy z szatni powiedzieli mi, że Barcelona jaką znamy obecnie narodziła się właśnie wtedy.

Kolejne Mazurzenie pojawiać się będzie w środy. Tematem kolejnego wpisu będą bramkarze, w tym aż trzech rodem z Niemiec.

Comments are closed.

Przejdź do paska narzędzi