NA GORĄCO

Kotleszka: Mecze w Australii są jak kinowe thrillery

3 października 2017, 18:30 | Foto: Hyundai A-League | Autor: Konrad Frąc
Kotleszka: Mecze w Australii są jak kinowe thrillery
Polacy za granicą
0

Kiedy w lipcu Adrian Mierzejewski podpisał kontrakt z Sydney FC, polska społeczność futbolowa podzieliła się na dwie grupy: tę wspierającą ruch byłego reprezentanta kraju oraz jej przeciwną. W pierwszej z nich znalazł się Adam Kotleszka, człowiek od lat walczący z komentatorskiego stanowiska ze stereotypami dotyczącymi piłki nożnej w Stanach Zjednoczonych oraz Australii. Dziś, gdy w końcu zawitali do A-League przedstawiciele znad Wisły, sprawa tej walki stała się jeszcze bardziej skomplikowana. Jak wygląda piłka na Antypodach? Dlaczego Mierzejewski oraz Budziński mogą paradoksalnie mieć destrukcyjny wpływ na postrzeganie ligi australijskiej w Polsce? A przede wszystkim: czy ktoś tam w ogóle kibicuje? Odpowiada największy znawca tematu The Socceroos w naszym kraju. Zapraszamy!

Men at Work śpiewają „Do you come from a land down under?” – „Czy pochodzisz z Australii?”, a jak jest w Twoim przypadku?

Adam Kotleszka: Nie, nie, jestem z Polski, choć „Down under” to bardzo specyficzne miejsce. Moja fascynacja Australią wzięła się stąd, że jako kilkuletni chłopak dostałem książkę o Australii w nagrodę za dobre wyniki w nauce. Taki byłem kujon! Od tamtej pory po wiedziałem, iż muszę tam pojechać.

Udało się?

Cała wyprawa jest wciąż w planach. Koszt i wizy jeszcze można przeskoczyć, ale schody zaczynają się, gdy chodzi o czas. Polecieć na Antypody na tydzień czy dwa kompletnie mija się z celem. Co zobaczysz? Jedną dzielnicę? Australia to ogromny kraj, równy mniej więcej powierzchni Europy. Poza tym nie interesują mnie typowo turystyczne miejsca: zobaczyć operę w Sydney, zrobić sobie zdjęcie i odhaczyć? To nie w moim stylu.  Celem jest pomieszkanie tam, poznanie australijskiego życia w praktyce, a nie tylko z perspektywy turysty. Mam plan, aby zapuścić się w „outback”, przejechać Australię z jednego wybrzeża na drugie, jednak by to wszystko zrealizować potrzebujesz minimum pół roku. Pół roku wolnego czasu, o który w moim przypadku nie jest łatwo.

Nie masz wrażenia, że właśnie z tego powodu sama Australia oraz np. ligi w niej grające są w Polsce traktowane z dużym przymrużeniem oka? To jest tam gdzieś – „down under” –  na dole globusa, niemalże na krańcu świata, więc nie ma się co tym za bardzo przejmować.

Ależ oczywiście. Tym bardziej, że ciągle mamy przekonanie, iż polska piłka cały czas rośnie w siłę ze względu na reprezentację. Niestety po latach posuchy w reprezentacyjnej piłce, zachłysnęliśmy się przyzwoitymi wynikami obecnej kadry. Przyzwoitymi, bo nadal nie osiągnęliśmy nic spektakularnego. Ćwierćfinał turnieju, którego ranga mocno spadła przez rozszerzenie formatu to nie jest wynik, który powinien zapierać nam dech w piersiach – w dodatku wygraliśmy tam tylko dwa mecze z bardzo średnimi drużynami i zremisowaliśmy 3. Na starych zasadach może w ogóle byśmy nie awansowali, ponieważ musielibyśmy grać w barażach. Proszę mnie źle nie zrozumieć – kibicuję tej reprezentacji, jak wygrywaliśmy karne ze Szwajcarią wyszedłem na balkon i darłem się na całe osiedle, tak się cholernie cieszyłem. Jednak to było chwilowe. Później refleksja: dobra, ale my wciąż nic wielkiego nie wygraliśmy. Jesteśmy 40-milionowym krajem, gdzie piłka nożna to sport narodowy, w który pompuje się ogromne pieniądze. Porównanie potencjału, jaki wkłada się w polski futbol do tego co osiągnęliśmy w ostatnich kilku dekadach jest strasznie nieadekwatne. Tym bardziej uśmiecham się zawsze, gdy słyszę w Polsce głosy: “Piłka w Australii? A oni tam w ogóle coś grają?” Ano grają! W piłce klubowej po przenosinach do Azji zdążyli wygrać już azjatycką Ligę Mistrzów, a reprezentacja zostać Mistrzem Azji. Niektórzy ciągle wytykają z „uśmieszkiem”, iż Azja to nie Europa. Przepraszam, że Australia nie może grać w europejskiej Champions League i Mistrzostwach Europy.

Przekonanie o wyższości naszej piłki czerpiemy niestety również i od sprawozdawców sportowych. Pamiętam, jak podczas ostatniego mundialu, Tomasz Jasina, komentujący mecz Chile – Australia, lekko mówiąc naśmiewał się z A-League podczas jednej ze zmian w zespole The Socceroos.

Nie słyszałem tego, ale skoro tak mówisz, to takie lekceważące podejście nie jest profesjonalne. Pamiętam natomiast, że australijski klub Newcastle Jets był nazywany “australijskim Newcastle United”. To tak jakbyś przedstawił Legię mianem polskiego Manchesteru United. Oczywiście każdemu może zdarzyć się błąd, ale co innego się pomylić, a co innego podśmiewać się z piłki, której po prostu się nie zna.

Tymczasem w Polsce to nikogo nie dziwi…

Niestety tak. Tuż po tej wpadce napisałem na jednym z forów piłkarskich, zauważając że to ogromny błąd ze strony komentatora. Podkreśliłem prawidłową nazwę drużyny, Newcastle Jets, akcentując, iż to nie Newcastle United. Jaką odpowiedź otrzymałem? – A kogo to obchodzi? Ludzie w Polsce są pozamykani, nie mając otwartości na inne rozgrywki niż najmocniejsze ligi świata. Często spotykam się z pytaniami dlaczego zamiast europejskich lig piłkarskich, oglądam A-League skoro tam poziom jest niższy. Ponieważ nie oglądam piłki tylko dla poziomu? Bo oczekuję emocjonującego meczu z wieloma golami, zwrotami sytuacji, nawet kuriozalnymi wpadkami? To tak jak z filmem – gdy bohater jest niezniszczalny i niszczy każdego przeciwnika bez większego wysiłku.  Jaki jest sens emocjonować się takim seansem? Poza tym podchodząc do meczów piłki tylko ze względu na wysoki poziom, powinniśmy oglądać 3-4 spotkania w cyklu czteroletnim, gwarantujące najwyższy piłkarski poziom: finał Mistrzostw Świata, finał Euro oraz finał Ligi Mistrzów. Przecież każde inne spotkanie teoretycznie musi mieć niższy poziom! To jakieś chore podejście, którego ja nie kupuję, dlatego nie mam problemu z emocjonowaniem się spotkaniami w Australii.

O piłce w Australii ludzie w Polsce nie mają większego pojęcia i dlatego potem powielają stereotypy na jej temat. Kiedy pokazuję takiemu sceptykowi, co działo się na trybunach podczas derbów Sydney, które potrafi obejrzeć 60 tysięcy fanów, momentalnie pojawia się ogromne zdziwienie. Takie rzeczy w Australii? Niemożliwe! A tam nie tylko kangury i wombaty? Żeby spojrzeć na ten fenomen jeszcze bardziej globalnie: piłka nożna na Antypodach nie jest sportem numer 1, nawet 2, może łapie się gdzieś w okolicach 3-4 miejsca. Wyżej jest krykiet, rugby oraz futbol australijski. W dodatku pamiętajmy – Australia to kraj wielkości Europy, a zamieszkiwany przez ledwo ponad połowę populacji Polski. Jeśli jednak gdzieś na świecie na wydarzenie sportowe przychodzi 60 tysięcy ludzi, to świadczy o cholernie dużym zainteresowaniu i choćbyś się starał, tej tezy nie obalisz. We wrześniu kobieca reprezentacja Australii grała z Brazylią dwa mecze towarzyskie. Oba wyprzedane – stawiło się po 16 tysięcy widzów i ustanowiono nowy rekord, jeżeli chodzi o frekwencję w sporcie kobiet w „Down under”. Takie mecze jak derby Sydney, derby Melbourne czy tzw. “Big Blue Derby”, czyli mecze między Sydney FC i Melbourne Victory ogląda z trybun od 40 do ponad 60 tysięcy widzów. Rok temu australijski Fox Sports podpisał z Football Federation Australia kontrakt na pokazywanie meczów A-League za drobne, 346 milionów dolarów. Chyba jednak kilka osób się tą piłką w Australii interesuje.

Teraz kiedy do A-League zawitali pierwsi, polscy reprezentanci – Adrian Mierzejewski oraz Marcin Budziński – to pojęcie się pojawiło, z tym, że niekoniecznie takie, jakiego byś oczekiwał. Dla przykładu portal Weszło.com pisał o wyjeździe Budzińskiego jak o fajnej przygodzie. „Po co szarpać się w Ekstraklasie, skoro można odwiedzić dużo ciekawsze miejsca”, a potem kilka ładnych obrazków z Melbourne.

Wyobrażenie ludzi w Polsce o Australii: plaża, ciepło, kangury, koniec. Świetnie, ale ludzie tam też normalnie żyją – pracują, chorują, zajmują się dziećmi czy interesują się sportem. To, że panuje tam ciekawy klimat do życia to jedno, ale zobacz co tam się dzieje jeśli chodzi o piłkę nożną – zagłęb się w to trochę! Najbardziej irytuje mnie, kiedy niektórzy wypowiadają się w tematach, o których nie mają pojęcia. Sam sporadycznie zabieram głos o Lidze Mistrzów, ponieważ rzadko oglądam mecze w całości. Nie wypowiadam się na temat formy poszczególnych piłkarzy, bo nie mam pełnego obrazu wydarzeń około meczowych oraz tego jak przebiegało całe spotkanie. Można wymienić mnóstwo czynników, które wpływają na postawę konkretnego zawodnika lub całej drużyny, a ludzie dzisiaj włączą telewizję na pół godziny, rzucą okiem w przerwie na robienie sobie kolacji i odpisywania na maile, by potem uchodzić za ekspertów. To jest chore! Mnie uczono, że aby zabrać głos na jakiś temat, musisz mieć pełen zestaw informacji. Ludzie nie znają A-League czy MLS, a buzia im się nie zamyka. Takie gadanie przenosi się również do internetu, potem ktoś to przeczyta i powiela utarte schematy, będąc przeświadczonym, że skoro przeczytał coś w sieci to musi to być prawda. Ja tę ligę oglądam od początku istnienia. Jedni codziennie przy kawie czytają Przegląd Sportowy, ja zasiadam do przeglądu wydarzeń w australijskiej oraz amerykańskiej piłce.

Pewnie dość nieświadomie, ale walkę ze stereotypami o lidze australijskiej panującymi w Polsce zaczął niedawno również Adrian Mierzejewski. Udzielając wywiadu tuż po przejściu do Sydney FC, powiedział, że jest to idealne miejsce do życia nie tylko dla niego, ale również i jego rodziny, a dodatkowo zaakcentował fakt istnienia wspaniałych obiektów treningowych Sky Blue’s.

Jeśli chodzi o same warunki do życia to Adrian nie mógł trafić lepiej. Nie bez przyczyny Australia notorycznie wygrywa klasyfikacje najlepszych miejsc do życia. W takich zestawieniach bierze się pod uwagę zarobki, klimat, stopę bezrobocia i wiele innych czynników. Sydney czy Melbourne to fajne miejsca, ale w Polsce nie możemy ciągle patrzeć na piłkę w tym kraju tylko przez ten pryzmat.

Czy Budziński z Mierzejewskim są w stanie przekonać ludzi w Polsce o progresie tamtejszej ligi?

Obawiam się, iż nie. Gwarantuję Ci, że w przypadku, gdy Mierzejewski strzeli np. 15 goli w A-League, dowiemy się, iż stało się tak, ponieważ jej poziom jest niski. Natomiast z drugiej strony, kiedy nie będzie trafiał i grał słabiej, podniosą się głosy mówiące –  w takiej lidze nie ma co się wysilać, przecież i tak jest słaba, a „Mierzej” poszedł tam na emeryturę oraz po wypłatę! Z takim podejściem nieustannie walczę jeśli chodzi o MLS – tam idealnym przykładem, obrazującym taki stan rzeczy jest niemiłosiernie ogrywany przez wszystkich „emeryt” Pirlo – ludzie zaczepiają mnie na twitterze i piszą, że “Przecież on tam poszedł na emeryturę, co się będzie wysilał”. A jak David Villa walczy o koronę Króla Strzelców, to piszą, iż dlatego, że MLS jest słaba. Jednak z powodu regularnej gry w tej słabej MLS David Villa wrócił do jednej z najlepszych reprezentacji świata. Czyli co, wszędzie się nie znają, tylko w Polsce tak?

Mówiąc o gwiazdach, nie masz wrażenia, że Australijczycy nieco przesadzają pisząc w mediach same superlatywy na temat danego zawodnika tuż po podpisaniu kontraktu w danym klubie? Podobnie było z naszymi rodakami. Wobec Adriana Mierzejewskiego można jednak spokojnie przyjąć przychylne tytuły, ponieważ grał w Lidze Europy czy Azjatyckiej Lidze Mistrzów. Przy Budzińskim wygląda to znacznie gorzej…

Mierzejewski i Budziński to dwa różne światy. Najgorsze jest to, że pisali o Marcinie jako o „polish international” – reprezentancie Polski – a gość zagrał około 10 spotkań w młodzieżówce i to kilka lat temu. Australijczycy mają takie swoje, pozytywne podejście do życia. Tam wszędzie słyszysz “no worries mate!”. W USA mają ten swój sztuczny luz, ale w Australii to jest cholernie prawdziwe. Mam tam przyjaciół – uwierz mi, że to najbardziej pozytywne osoby, jakie znam. Takie podejście do życia potem przekłada się na media –  do australijskiego klubu przychodzi nowy piłkarz? Więc piszemy o nim w superlatywach, przecież i tak wszystko zweryfikuje boisko.

Który z naszych ma większą szansę sprawdzić się lepiej w lidze australijskiej?

Adrian Mierzejewski ma tę przewagę, że zagra w lepszej drużynie. Sydney FC, aktualni mistrzowie Australii, w zeszłym sezonie tak zdominowali rozgrywki, jak nikt w historii tej ligi. Zobacz też, iż nie jest to tylko zasługa samych piłkarzy, ale też trenera Grahama Arnolda. Rok przed zdobyciem tytułu, Sky Blues zawiedli kompletnie, jednak włodarze klubu pozwolili mu zostać, by dokończyć budowanie silnej drużyny. Kilka miesięcy pracy dało rezultaty, a w drużynie coś zaskoczyło. Sydney FC wygrali Mistrzostwo, przegrywając w sezonie regularnym tylko 1 mecz! W Australii oraz Stanach Zjednoczonych dominuje odmienne podejście niż w Europie, jeśli chodzi o szkoleniowców. Tu daje im się więcej czasu na wykonanie zadania, a  to procentuje. W tych regionach myśli się długofalowo, nikt nie nastawia się na korzystny wynik tu i teraz. Czytam aktualnie ciekawą książkę o australijskich kopalniach opali, w której przedstawione zostało podejście do życia na zasadzie kopania tunelu wydobywczego – można je z łatwością przenieść na charakter „Aussies” oraz generalnie na piłkę nożną. Zobacz, iż górnicy mogą kopać dwa lata i nie dokopać się do niczego, by później zostawić całą robotę, a następnie przyjdzie gość z kilofem, zamacha nim kilka razy i odkryje cenny kruszec. Australijczycy uważają, że to co robisz dwa lata, wykonuj dwa lata oraz jeden dzień dłużej, następnie dwa dni dłużej itd., gdyż to w końcu się opłaci. Coś musi trochę potrwać, by przyniosło efekt.

Mówisz o długoletnim podejściu do sportu na Antypodach, ale co z kontraktami w A-League? W Europie normą są umowy podpisywane z piłkarzami na 3-4 lata, tymczasem w lidze australijskiej standard to rok, ewentualnie dwa.

Całym sercem popieram tę zasadę. Zapisy w umowach australijskich piłkarzy są tak skonstruowane, że jeśli oni wykonają powierzone im zadania ich kontrakt bez obaw zostanie przedłużony. Natomiast w przypadku, gdy zdrowy piłkarz przez 365 dni nie jest w stanie dojść do oczekiwanego poziomu, oznacza to, iż może warto ściągnąć na jego miejsce kogoś innego.

Problemem jest jednak to, że kluby z Australii często nie są w stanie zatrzymać u siebie dobrej kadry. Dwa lata temu z wicemistrzowskiego Western Sydney Wanderers odszedł najlepszy lewy obrońca ligi, Scott Jamieson, jeden z lepszych środkowych pomocników Andreu oraz wspaniały skrzydłowy Romeo Castelen. W zeszłym sezonie, zawodnicy sprowadzeni na ich miejsce zawiedli na całej linii. Taka sytuacja ma miejsce w A-League dość regularnie.

Wszystko rozbija się o pieniądze. Zarobki piłkarzy w Australii wciąż nie są nawet zbliżone do tych w najlepszych ligach Azji,  o Europie już nie wspominając. W Australii dobrze zarobisz tylko jeśli podpiszesz kontrakt dla “marquee player” albo jeśli jesteś wyjątkiem jak Mierzejewski.

Zaskoczyło Cię, że „Mierzej” nie dostał gwiazdorskiego kontraktu Marquee Player? Krążą plotki, że podpisał on kontrakt na trzy lata tylko dlatego, iż po pierwszym roku bez statusu gwiazdy mają przyjść te włącznie z nim.

Prawdopodobnie tak będzie, gdyż aktualnie w Sydney FC wszystkie miejsca na tzw. gwiazdy są już zajęte. Mierzejewski mógł zgodzić się na nieco niższe zarobki teraz, wiedząc, że dostanie podwyżkę, kiedy zwolnią się na nią środki. Kontrakty w A-League to złożona sprawa: Obowiązuje Salary cap – budżet na pensje dla zawodników – zakładający możliwość posiadania w zespole tylko 3 piłkarzy na kontrakcie marquee, których zarobki nie wliczają się do tego limitu. Pozostałych 20-kilku zawodników musisz zamknąć w łącznej puli nieco ponad 2,5 miliona dolarów australijskich [ok. 8 mln zł. -red.] na sezon. Nawet w porównaniu z polską Ekstraklasą są to groszowe sprawy. Dlatego piłkarzom grającym w Polsce niespecjalnie opłaca się przechodzić do A-League, chyba, że jak Budziński dostaną kontrakt gwiazdorski.  Umówmy się jednak – fakt, iż Budzik podpisał w Melbourne taki kontrakt to jest ewenement, jakiego nawet w Australii, oczywiście poza jego klubem, nie potrafią pojąć. Generalnie mam jedną radę dla tych, którzy chcą zagłębić się w piłkę w Australii czy USA – zapomnij o wszystkim co znasz z Europy. Musisz, przynajmniej na chwilę, odrzucić wszystkie dogmaty futbolu ze Starego Kontynentu. Jeśli będziesz porównywał każdy detal piłki z Antypodów, do ich europejskich odpowiedników to nigdy się do niej nie przekonasz. Mówimy przecież o miejscu znajdującym się na drugim końcu świata. Dlaczego tam miałoby być być tak samo jak u nas? Kraje leżące tysiące kilometrów od siebie różnią się niemal wszystkim, więc w piłce też te różnice muszą się znaleźć.

Wobec różnic między A-League, a ligami ze Starego Kontynentu, jakimi cechami powinien wyróżniać się piłkarz sprowadzony z Europy, by sprawdzić się na Antypodach? Dla przykładu Federico Piovaccari, który strzelał gole Legii w el.LM był kompletnym niewypałem Western Sydney, do tego Joseph Mills, po przejściu z Oxfordu grzeje ławkę w Perth Glory.

Po pierwsze liczy się podejście samego zawodnika. Jeśli przyleci on do Australii jak na wakacje to po nim – nie ma najmniejszych szans na przebicie się. Tak było chociażby z Emilem Heskey’em, którego wyczyny w Newcastle Jets do dziś można oglądać na YouTube, stając się sympatycznym memem. Również legendarny Romario, podczas swego pobytu w Adelajdzie, wyglądał jakby przyjechał na plażę, a nie wypełnić profesjonalny kontrakt piłkarski, natomiast Piovaccari kłócił się z kolegami na treningach i co rusz było słychać o jego nieprofesjonalnym podejściu. Z drugiej jednak strony istnieje mnóstwo czynników, które mogły przesądzić o słabej formie Włocha. Wyobraź sobie sytuację, że Ty jako dziennikarz zmieniasz miejsce pracy na zagraniczne. Idzie za tym zmiana kraju, zmiana języka, jakim na co dzień się posługujesz, a także niekiedy dochodzi i odmienna strefa czasowa. Na tego rodzaju transfery trzeba patrzeć bardziej globalnie, pod kątem wielu życiowych składowych. Ludzie często oceniają piłkarzy zero-jedynkowo, sądząc, że skoro zarabiają spore pieniądze na kopaniu piłki to muszą być robotami.

Mówiąc o pieniądzach w kontekście aktualnego sezonu A-League nie można nie wspomnieć o… Marcinie Budzińskim i jego kontrakcie typu Marquee Player w Melbourne City. Stawiam, że również dla Ciebie ta informacja była dość mocno szokująca.

Szczerze powiedziawszy, na co dzień coś jest nie tak z tym klubem. O transferze Polaka wypowiedział się jeden z komentatorów A-League. Brzmiało to mniej więcej tak: “Drogie Melbourne City, jesteście klubem siostrzanym Manchesteru City, jednego z największych klubów piłkarskich w Europie, a kiedy wypada wam z powodu kontuzji najlepszy strzelec poprzedniego sezonu oraz jeden z najlepszych zawodników ligi [mowa o napastniku, Bruno Fornarolim – red.] ściągacie Polaka, który z całym szacunkiem dla niego, nigdy nie grał w reprezentacji swojego kraju, ani nigdy nawet nie wyszedł poza poziom Ekstraklasy. O co tu chodzi?” Czyli tak jak mówiłem – tylko w Melbourne City pojmują nadanie statusu gwiazdy Budzińskiemu – wszędzie poza klubem łapią się za głowy, ponieważ w A-League status marquee w przeszłości mieli tacy goście jak Dwight Yorke, Romario, Robbie Fowler, David Villa, Harry Kewell czy teraz Tim Cahill.  Ściskam jednak kciuki za Polaka i mam nadzieję, że będzie największym zaskoczeniem na plus w tym sezonie!

Czy twoim zdaniem Budziński wejdzie do pierwszego składu City? W sparingu z Western Sydney udało mu się wyjść w podstawowej jedenastce i grać na ulubionej pozycji, czyli na tzw. 10-tce. Trzeba jednak brać pod uwagę fakt, iż trener Warren Joyce nie wziął do kadry meczowej kilku ważnych piłkarzy.

Szkoda, że Marcinowi nie udało się sfinalizować tego transferu jeszcze gdy Melbourne City grali w Pucharze Australii. Mielibyśmy okazję obejrzeć go w meczu o stawkę przed rozpoczęciem sezonu. Tuż po tym jak dostałem informację, iż „Budzik” podpisze kontrakt w A-League, wątpiłem w to, że załapie się do pierwszej jedenastki. Cała sytuacja zmieniła się o 180 stopni, gdy dodano informację o podpisaniu kontraktu typu marquee. Jeśli trener Joyce posadzi go teraz na ławce to opinia publiczna będzie naśmiewać się z polityki transferowej klubu, a na to City nie może sobie pozwolić.  Na początku będzie miał więc spory kredyt zaufania, jak będzie później, to już zależy od niego.

Czy twoim zdaniem Salary Cap nie przeszkadza lidze australijskiej w dalszym rozwoju? Trener Ernie Merrick mówił, że nie daje on większych możliwości i w końcu liga zatrzyma się właśnie ze względu na tę zasadę.

Z roku na rok zespoły w A-League wpływają na władze związku piłkarskiego, aby podnosić wysokość progu budżetu transferowego, wynoszącego w poprzednim sezonie 2.7 miliona dolarów australijskich. Do tego starają się o różnego rodzaju bonifikaty, które pozwolą im zatrudniać nowych zawodników bez obciążania Salary Cap, jak chociażby wywalczone ostatnio 3 miejsca dla zawodników poniżej 21 roku życia z pensją nie wliczaną do limitu. Kluby chcą płacić więcej, by móc ściągać lepszych piłkarzy. Inaczej zawodnicy z Europy, patrząc z finansowego punktu widzenia, nie mają czego szukać w A-League, ponieważ w przeciętnej lidze Starego Kontynentu dostaną więcej. Chyba, że podpiszą kontrakt marquee. Ma tu miejsce taka sytuacja jak w MLS przy kontraktach dla tzw. “Designated Players”. Tam średnia zarobków piłkarzy, zawyżana jest mocno przez tych „z tytułem” i obecnie wynosi 316 tysięcy dolarów rocznie –  żadne wielkie pieniądze. Ogólnie jest jeszcze gorzej, gdyż tak jak mówię, średnią zawyżają kontrakty dla gwiazd. Np. Tomy McNamara, reprezentant USA z New York City FC dostaje 85 tysięcy rocznie – 7 tysięcy dolarów miesięcznie w kraju, gdzie koszty życia są dużo wyższe, niż w Polsce. W Australii te pensje są jeszcze niższe, ponieważ gwiazdom płaci się mniej niż w USA. Musimy jednak pamiętać po co w USA i Australii wdrożono system Salary cap.

Po to by zapewnić równy poziom rywalizacji wszystkim klubom uczestniczącym w rozgrywkach?

To też, ale jednocześnie, aby nie dopuścić do sytuacji, iż któryś z zespołów stanie się niewypłacalny. W Europie idziesz nieco va banque, zakładając, że uda Ci się coś osiągnąć, jednocześnie dając nowym zawodnikom nieco wyższe kontrakty. Takie coś może zabić, jak pokazały setki przykładów, gdy kluby grające dopiero co w Lidze Mistrzów po jednym nieudanym sezonie, spadały w przepaść. Salary Cap jest tak dostosowane, by nikt nie mógł przepłacić, a kiedy powinie się noga to nie było konieczności zwijania drużyny. Oczywiście można dojść do ściany, nie dając lidze dalej się rozwinąć, ale dlatego kluby australijskie rok w rok walczą o nowe bonusy. Przykładowo: przy powstawaniu A-League w drużynie znajdowało się mniej miejsc dla obcokrajowców, dziś jest ich pięć. Co kilka sezonów delikatnie podnosi się też Salary cap, pozwalając klubom płacić nieco więcej – wszystko małymi krokami.

Salary Cap sprawia jednak, że w lidze australijskiej regularnie widzimy te same twarze, co utrudnia przebicie się nowym, młodym zawodnikom. Brendan Hamill w Western Sydney, Corey Gameiro w Brisbane czy Lewis Italiano w Wellington nie mają, mimo już nie nazbyt młodego wieku, dużego, ligowego doświadczenia.

Tym co różni Europę od Stanów czy Australii jest również postrzeganie młodego, perspektywicznego zawodnika. U nas zaniża się ich wiek, ogłaszając, iż piłkarz w mając lat 20 powinien być już ograny i ukształtowany. W USA w wieku 23 lat kończysz koledż i dopiero wtedy możesz podpisać pierwszy zawodowy kontrakt w życiu. Na studiach nie wolno ci tego zrobić! W Australii bardzo dużo czerpią z modelu amerykańskiego, dlatego tam postrzeganie młodego piłkarza jest również inne niż u nas. Nie zmienia to jednak faktu, iż najmłodsi piłkarze w A-League debiutowali już w wieku 15 czy 16 lat. Jednak ważniejsze, niż to kiedy debiutujesz, jest to jak rozwijasz swój talent, bo można zadebiutować w wieku 14 lat, a potem zniknąć.

Problemem jest chyba też wspomniane szkolenie zawodników. Młodzi, wyjeżdżający zagranicę do szkółek, odbijają się i wracają, a młodzi The Socceroos nie osiągają spektakularnych wyników w swoich rozgrywkach.

Nie mówię, że A-League nie ma swoich wad. Faktycznie, brak awansu na Igrzyska Olimpijskie zespołu młodzieżowego został odebrany, jako duży cios. Australijczycy muszą jednak wybierać między promowaniem ligi poprzez podnoszenie jej poziomu, dzięki starszym zawodnikom, a inwestowaniem w młodzież, która niestety, przynajmniej na moment ten poziom zaniży, a co za tym idzie również i prestiż. Na razie liga australijska stawia na budowanie marki. Trzeba pamiętać, że Hyundai A-League to liga bardzo młoda, istniejącą de facto 10 lat. Nie można wymagać, by ona sama oraz jej kluby, funkcjonujące 10 lat, zbudowały rozgrywki ze średnią wieku 25 lat, a do tego wygrywały wszystko w pucharach oraz dały podstawy do oparcia nań reprezentacji. W kontekście A-League można patrzeć na MLS, gdyż są one do siebie bardzo podobne, chociaż australijska ekstraklasa istnieje połowę tego, co MLS. Kiedyś do Ameryki przychodzili piłkarze ze średnią wieku około 30, tak jak dziś do A-L. Jednak w tym okienku do Stanów wytransferowano tylko 1 piłkarza powyżej 30 roku życia. Liga australijska też kiedyś do tego dojdzie, ale aktualnie muszą oni oprzeć swój poziom na europejskich piłkarzach plus kolejnych rodzimych młodych, dopiero wchodzących na poziom zawodowej piłki.

Sami zawodnicy też na takim wyjeździe raczej nie tracą. Choćby Marc Janko, który przecież przechodził do Sydney FC w pełni formy, spełnił powierzone w nim zadanie zostając gwiazdą ligi, a następnie wrócił do Europy i znów gra w pierwszym składzie.

Janko po powrocie do Europy z Sydney FC, strzelał gole w europejskiej Lidze Mistrzów, więc jak widać można. Wszystko jest kwestią profesjonalizmu lub jego braku, o którym już wcześniej mówiłem.

A casus Del Piero? Do dziś liga australijska jest głównie kojarzona właśnie z tym nazwiskiem. Czy w przyszłości A-League powinna postawić na takich piłkarzy jak legendarny Włoch?

Dziś A-League ma za cel stawiać na piłkarzy pokroju Thomasa Broicha. Niemiec przychodził do Australii przed trzydziestymi urodzinami, utwierdzając kilka lat wcześniej swoją pozycję w Bundeslidze. Choć miał swoje problemy natury pozasportowej, w Australii się odbudował i dał jakość tym rozgrywkom. Dziś to najlepszy asystent w 12-letniej historii ligi. Jeśli w A-L ciągle będą starać się ściągać kogoś takiego jak Del Piero to, oczywiście, dojdzie chwilowy przypływ zainteresowania mediów, ale nic długofalowego.

W takim razie co Mierzejewski z Budzińskim mogą dać A-League, a co A-League Mierzejewskiemu i Budzińskiemu?

W jakiś sposób mogą zmienić postrzeganie tej ligi w Polsce, ale tylko w głowach ludzi, którzy są trochę bardziej otwarci na nowe, ponieważ tych „twardogłowych”, którzy ligę oceniają po obejrzeniu 15 minut meczu czy magazynu ze skrótami, na pewno nie przekonają. 12 lat temu, zacząłem pisać o lidze australijskiej na kilku portalach, później założyłem fanpage „Piłka nożna w Australii i Nowej Zelandii”, a przez te wszystkie lata dopiero teraz, gdy Polacy podpisali kontrakty, zauważyłem poważne zainteresowanie ludzi w Polsce rozgrywkami A-League. Każdy gol czy dobry występ, będzie przyciągał nowych kibiców,  a w tę ligę jak wsiąkniesz to zostajesz z nią do końca. Nie znam osoby, która po raz pierwszy obejrzała derby Melbourne czy Big Blue Derby i nie ogląda A-League do dziś. Polacy mogą być fajną wędką dla potencjalnych fascynatów australijskiej piłki – takich jak ja.

Obraz, o którym mówisz nie tyczy się tylko samych spotkań piłkarskich, ale również i otoczki wokół nich. Zespoły australijskie są pewnego rodzaju przykładem, jak powinno się przeprowadzać lub uczestniczyć w akcjach na rzecz społeczeństwa. Czy Europa, a przede wszystkim Polska może coś z tego jeszcze zaczerpnąć, czy w tym aspekcie jesteśmy równi Antypodom?

W tym temacie zaczynamy wchodzić w kwestię reguł przyjęcia do ligi. W USA oraz Australii kluby do MLS i A-League wchodzą na podstawie spełnienia pewnych kryteriów. Mają być to miejsca, gdzie zainteresowanie sportem, także potencjał fanowski dla piłki jest odpowiednio intratny. Kluby nie mają skupiać kibiców tylko w dniu meczowym, ale integrować lokalną społeczność na co dzień, przy okazji regularnych wydarzeń, często też odbiegających od sportu. Dla przykładu – dzień spędzony z piłkarzami klubu, pogadanie z nimi w 4 oczy, a wszystko, żeby zebrać pieniądze dla dzieci, które nie dojadają obiadów. Innym razem jest to wielkie barbecue, w Australii grillowanie to tradycja jak rosół w niedzielę u nas w Polsce, zorganizowane przez kibiców, którego dochód jest przeznaczony na schroniska dla zwierząt. Takie akcje przy klubach w USA i Australii są organizowane tydzień po tygodniu, gdyż stoi za nimi również aspekt finansowy. Kklub nie powstanie, jeśli nie ma za sobą poparcia lokalnych sponsorów lub grupy inwestorów, mogących zagwarantować drużynie ciągłość finansową, zwłaszcza na początku istnienia. Podsumowując – musisz mieć pieniądze, zainteresowanie lokalnej społeczności oraz chęć realizowania czegoś więcej, niż tylko wyniku sportowego.

Co do samych kibiców The Socceroos to prawdopodobnie nie wyobrażają sobie oni sytuacji, w której Australia przegrywa dwumecz barażowy z Syrią i nie jedzie na MŚ pierwszy raz od 12 lat. Co się stanie, jeśli czarny scenariusz jednak się ziści?

To byłby duży dramat, gdyż podważono by cały system, na którym aktualnie budowany jest futbol na Antypodach. Znów podniosłyby się głosy o możliwym wprowadzeniu systemu spadków i awansów w A-League. Dla kraju, którego liga dopiero od 12 lat buduje swoją markę to byłby duży cios. Kiedy w 1974 roku Australia  sensacyjnie awansowała na Mistrzostwa Świata pierwszy raz w historii, boom na piłkę był tak ogromny, że powołano do życia ligę piłkarską – National Premier League. Gdy w 2006 Australia awansowała na Mundial po 32 latach przerwy, stworzono A-League. Sukcesy reprezentacji są ściśle związane z rozwojem piłki w tym kraju, więc brak awansu na pierwsze Mistrzostwa Świata po 12 latach będzie miał swoje konsekwencje na obecną strukturę ligi.

Licząc na to, że tak się nie stanie prosiłbym Cię na koniec o dwa zdania, którymi spróbowałbyś nakłonić fanów piłki nożnej w Polsce do śledzenia A-League. Do zerwania się w sobotę o 8 rano, włączenia komputera i oglądania meczów granych „na końcu świata”.

Pierwsza rzecz jest taka, że aktualnie nie trzeba tak wcześnie wstawać, gdyż większość spotkań jest zaplanowana na 9:50 polskiego czasu. Przede wszystkim jednak, jeśli piłkę nożną oglądasz tylko dla poziomu to daruj sobie, gdyż szczerze mówiąc, poziom w A-League jest niższy niż ten w najlepszych ligach Europy. Jeśli jednak od meczów oczekujesz dużej liczby bramek, większego marginesu na nieprzewidywalne zakończenia, mniejszego automatyzmu niż w rozgrywkach europejskich to ta liga jest dla ciebie. Zagłębić się w nią nie jest trudno: z oficjalnej strony A-League.com.au intuicyjnie przenosisz się na podstrony poszczególnych drużyn, gdzie znajdziesz wszystko, od dokładnych informacji o klubie, po kompilacje goli, czasami nawet i całe mecze. Nie ma sytuacji takich jak w Polsce, gdzie czasami wchodzisz na stronę klubu, a tam ostatni news sprzed tygodni. Australijskie kluby żyją w internecie, dzięki czemu nie musisz koniecznie mieszkać na miejscu, żeby poznać je zza kulis.

Druga rzecz jest nieco bardziej romantyczna, ale… mecze w Australii są po prostu świetne. Thrillery trzymające w napięciu do samego końca, niesamowite powroty i zwroty akcji to normalność w tamtych okolicach. W Europie miejsca na błąd nie ma prawie wcale, przez co dostajesz mecze 22 robotów, których poziom jest tak wysoki, iż często zabija właśnie ten piłkarski romantyzm. Na Starym Kontynencie pada mało bramek, a faworyt prawie zawsze wygrywa z outsiderem. Na Antypodach tego nie ma! Dopiero po 12 latach doczekaliśmy się sytuacji, iż jedna drużyna zdominowała cały sezon. Esencją tego jak wygląda sezon A-League może być finał rozgrywek z 2012. Polecam wpisać sobie w w  YouTube hasło: “A-League 2012 Grand Final” i przekonać się samemu dlaczego w tytule pierwszego filmu, jaki znajdzie wyszukiwarka widnieje dopisek “MADNESS”. W australijskiej piłce naprawdę można się zakochać.

Rozmawiał Konrad Frąc

Jeśli chcecie na być na bieżąco ze wszystkimi informacjami dotyczącymi Hyundai A-League oraz całokształtu piłki w Australii, zajrzyjcie na facebook’owy fanpage naszego rozmówcy Piłka Nożna w Australii i Nowej Zelandii oraz na Twitter Adama Kotleszki dostępny tutaj.

 

 

Comments are closed.

Przejdź do paska narzędzi