Niezdefiniowane jest ego Florentino Péreza. Dumnie zawieszone jest gdzieś pomiędzy znanemu wszystkim szczytowi górującego nad Nepalem, a enigmatycznym miejscem, do którego wierzący trafiają za dobre sprawunki na niebieskiej planecie. Najbardziej poważana osoba w madryckim świecie piłki, nie da sobie w kaszę dmuchać, a bynajmniej nie byle komu.

Niewysoki Hiszpan to mózg triumfatora Ligi Mistrzów oraz osoba, która na publicznym prezentowaniu swych osiągnięć zjadła zęby. I to nie mleczaki. Gdy zarzucają ci blamaż, pokaż, że się mylą. W taki sposób sparafrazował sobie znaną kwestię “Floro”. Wbrew pozorom artykuł ten nie będzie poświęcony Florentino Pérez’owi, ale właściwie, pisząc cokolwiek dłuższego o Realu w przeciągu ostatnich siedemnastu lat, nie sposób nie wspomnieć o tle owego wydarzenia, na którym z uśmiechem Mona Lizy dumnie stoi Perez. W tym jakże metaforycznym wstępie, pokrótce przedstawiłem Wam kulisy transferu Gareth’a Bale’a do Realu Madryt.

Ambicje Flo

Lato w Hiszpanii dawno nie było już tak gorące, jak to, które gościliśmy w 2013 roku. Jednak ani Fahrenheit, ani Celsjusz nie sprostałby pomiarowi temperatury tego skwaru. Wysokiej temperatury rzecz jasna, nie powodowały szybkie zderzenia cząsteczek, ale powoli chyląca się ku spektakularnemu końcowi saga transferowa. Bitew w historii mieliśmy wiele. I choć ze szkoły pamiętacie zapewne tylko tę pod Grunwaldem, to bitwę, której świadkami byliśmy wspomnianego lata, zapamiętacie na wieki nawet bez zbędnego zakuwania. Na Półwyspie Iberyjskim istnieją bowiem takie dwa kluby, których rywalizacja na każdej z płaszczyzn, elektryzuje nas nie mniej niż miniony wybór czterdziestego piątego prezydenta USA. To wieczna rywalizacja, której zwycięstwo oznacza jedynie wygraną bitwę, wojna natomiast prawdopodobnie trwać będzie wiecznie. Niech trwa wieczność i jeden dzień. Niemożliwym do przywołania jest większa, lub choćby porównywalna rywalizacja dwóch klub, gdyż zwyczajnie takiej nie ma. To istny fenomen. Skarb Hiszpanii, a także całego piłkarskiego świata oraz dziedzictwa najpiękniejszego sportu na Ziemi.

Młode talenty to zawsze tematy chętnie poruszane przez fanów futbolu. Zdumiewają nas one i dają nadzieję na lepszą przyszłość. Świat piłki nożnej wykazuje ogromny popyt na gwiazdy światowego formatu. Na piłkarzy, którzy naznaczą kolejną epokę, a jako starsi ludzie będą uświetniać swą obecnością najznamienitsze gale sportowe. Potrzebujemy idoli, kogoś, do kogo możemy odnieść się mówiąc o piłce nożnej. Kogoś, kogo możemy oprawić w ramkę i dumnie obwieszczać najlepszym piłkarzem świata. Nie dziwne więc, że gdy tylko na horyzoncie najlepiej oglądanych filmików na YouTube pojawiła się gwiazda, która swą grą porywała tłumy, od razu swe sieci zarzuciły na nią potentaci iberyjskiej piłki, Real Madryt i Barcelona. Ci pierwsi nawet, grzebiąc w archiwum, zorientowali się, że parę lat temu ten chłopak u nich był, a oni odesłali go z powrotem do ojczystej Brazylii. Zaczęła się więc walka o względy nie tylko młodego gracza Santosu, a także jego przedsiębiorczo myślącego ojca. Zawodnik był czystą żyłą złota pod względem sportowym, ale przede wszystkim. Mając niespełna dwadzieścia jeden lat stał się niekwestionowanym bożyszczem fanów w Brazylii i całego świata. Widziano w nim długo wyczekiwanego magika po emerytowanym Ronaldinho. Piłkarza, którego gra przynosi słodkie wspomnienia ze starego dobrego Joga Bonito. Nisko położony środek ciężkości, pozwalający na nietuzinkowy balans ciała i płynność w dryblingu, duży repertuar zwodów i charakterystyczny image. Neymar Jr. z marszu został najpopularniejszym piłkarzem w Ameryce Południowej. A sławę, w dużej mierze, zawdzięcza kompilacjom na YouTube’ie z muzyką w rytm samby. Gdy tylko tematem numer jeden stała się debata o to kto kiedy “zgarnie” cudowne dziecko, futbolowi eksperci, ci więksi i mniejsi, podzielili się na dwie frakcje. Ta pierwsza, zwąca się racjonalną, twierdziła, że to kolejny talencik, który furorę zrobi jedynie w lidze “ogórków” i wielu już takich było co swą grą zachwycali, a teraz tułają się gdzieś na obrzeżach futbolu. Nie wszystko złoto co się świeci. Na przeciw wychodzili im zafascynowani ekwilibrystyczną grą gwiazdora fani. Dla nich był on nowym Pelé , choć jasne było, że w dobie generalizacji, nie zostanie w Santosie całą karierę jak legenda brazylijskiej piłki. Sam wielki Pele wypowiadał się o Neymarze w przychylny, lecz stonowany sposób. Brazylijczyka łączono z wieloma klubami. W grze były oba Manchestery, Chelsea, PSG i oczywiście Real Madryt i Barcelona. Dla prezesa Los Blancos miał on być kolejnym Galáctico, który dopełniłby formację ofensywną i wspólnie z Ronaldo wyszarpałby la décimę. Trzeba sobie powiedzieć,  że Perez to przede wszystkim genialny przedsiębiorca. Jakość piłkarza, ocenia pierwszorzędnie pod kątem wizerunku medialnego i kontraktów jakie będzie generował swą osobą. Drugorzędnie, spogląda dopiero na czystą wartość piłkarską jaką będzie dawał drużynie. W 2000 roku przejmując klub od poprzednika, w krótkim czasie zdołał wyciągnąć klub z zadłużeń i stworzyć z niego przynoszącą najwięcej zysków w piłce nożnej organizację na świecie. W 2009 roku, gdy wrócił do klubu, również posprzątał finansowy bałagan po Ramónie Calderónie. Jasne są już powody, dla których Neymar był wodą na młyn dla Flo. Batalia trwała długo. Jak wszyscy wiemy, genialny Brazylijczyk finalnie trafił do stolicy Katalonii. Cała operacja jednak, kosztowała klub bardzo wiele, a przede wszystkim jego prezydenta, Sandro Rosella. Za przeróżne machlojki przy transferze, zostały postawione mu zarzuty przed sądem i groziło mu nawet 7 lat odsiadki. Po kilku latach wyszło, że cała operacja pod kryptonimem “Neymar”, mogła kosztować Dumę Katalonii nawet 111,7 mln euro, co stanowiłoby ówczesny rekord transferowy.

 

Walijski plan B

Nokautujący Szpilkę cios Wildera nie był nawet w połowie tak mocny, jak ten, który w kierunku Péreza wyprowadził zarząd Barcelony. Hiszpan czuł upokorzenie większe, niż to podczas złotej dekady Barcy. Przyjął więc inną strategię, o której pisałem we wstępie. Zarzucili mu blamaż z transferem Neymara, ten zamiast głupio zaprzeczać próbie pozyskiwania go, sięgnął na wyspy [o Gareth’a Bale’a. Skrzydłowy Tottenhamu dopiero co został wybrany najlepszym piłkarzem sezonu BPL. Stawał się coraz bardziej medialny, więc aby w pewnym stopniu uciszyć skomlenia madridistas, zarzucił sieci na genialnego Waliczyka. Nie trzeba było namawiać go długo, deklarował swoje młodzieńcze przywiązanie do klubu ze stolicy Madrytu i domagał się transferu. Gdy Daniel Levy, prezes Tottenhamu, zdał sobie sprawę, że żadna siła nie zatrzyma Gareth’a w Londynie, a “z niewolnika nie ma zawodnika”, chciał wycisnąć z niego najwięcej ile się dało. I dopiął swego. Oficjalka Bale’a wydawała się kwestią czasu, ale dostaliśmy ją dopiero 31 sierpnia, w ostatni dzień okienka transferowego. Kwota za jaką został sprowadzony Walijczyk nigdy nie została ujawniona. Prawdopodobnie aby nie urazić Cristiano. Wiemy jednak, że pobiła ona rekord transferowy Ronaldo, była astronomiczna i oscylowała w granicach 100 – 105 mln euro.

Stało się. Gareth Bale został nowym, galaktycznym dzieckiem Péreza. “Witam. Moim marzeniem jest gra w Realu Madryt. Dziękuję za to wspaniałe przyjęcie. Hala Madrid!” – powiedział na prezentacji. Końcowe Hala Madrid, wprowadziło fanów Realu w ekstazę upatrując w nim piłkarza obiecanego, który przerwie hegemonię Barcelony i da im dziesiąty Puchar Europy. Do Madrytu przyszedł z atrybutem, który wydaje się być jego znakiem szczególnym – kontuzją. Zadebiutował więc dopiero 14 września 2013 w zremisowanym 2:2 meczu z Villareal. Wszedł na boisko w 61 minucie zastępują Di Marię i strzelił bramkę na 1:1 po asyście Carvajala. Bale cieszy się z Ronaldo, Ancelotti kwituje to uśmiechem, a tłumy szaleją. Wymarzony początek. Długo jednak nie pograł. 13 października zaczęły się jego madryckie perypetie z łydką. Choć nogi Walijczyka wyglądają imponująco, to odwrotnie proporcjonalnie koształtuje się jego podatność na kontuzje. Uraz leczył 17 dni, a po powrocie, w następnym meczu wyleciał na kolejne dziesięć. Gdy wrócił na dobre, zaczął się prawdziwy pokaz siły Księcia Walii, zaliczył świetny sezon zwieńczony zdobyciem décimy. Z perspektywy czterech lat od transferu, można wysunąć pewną prawidłowość w postawie boiskowej byłego gracza Spurs. Przeplata on dobre sezony, z tymi eufemistycznie mówiąc – bezbarwnymi. Pierwszy rok pod wodzą Carletto był wspaniały, grał tak, jak oczekiwali od niego fani, choć widać w nim było kompleks Ronaldo, którego jak inni piłkarze Królewskich, szukał na boisku nawet w okazjach wymagających strzału. W sezonie rozegrał 44 mecze, w których do siatki trafiał 22 – krotnie, aż 19 razy asystując partnerom, głownie Cristiano. W lecie podkreślano geniusz Florentino chwalono go za świetny ruch transferowy. Podczas całego sezonu Neymar i Bale byli niczym Messi i Ronaldo. Niezależnie od okazji i okoliczności, zawsze byli ze sobą zestawiani, oceniani i rozliczani z tego, kto okazał się lepszy. I tym sposobem futbolowi liderzy opinii jednogłośnie ocenili, iż sezon 2013/2014 wygrał Gareth Bale. Niewiele kibiców brało pod uwagę pewne kluczowe aspekty. Neymar jest młodszy od Gareth’a o niespełna trzy lata, co w piłce nożnej ma kolosalne znaczenie. Tak samo jak przepaść w rozwoju 5 – cio, a 7 – latka. Jednak czynnikiem, który powinien kategorycznie wstrzymać od jakichkolwiek porównań obu panów po pierwszym sezonie, jest debiutujący sezon Neymara w Europie. Całą swoją dotychczasową karierę, skrzydłowy spędził w Ameryce Południowej, gdzie piłka diametralnie różni się od tej na Starym Kontynencie, którą oglądamy na co dzień. Brazylijczyk więc, pod tym względem był jedynie żółtodziobem z latynoską przeszłością. Wojna osądów trwała jednak nadal.

 – pierwszy sezon w La Liga Bale’a

 – pierwszy sezon w La Liga Neymar’a

 

Kiedy wszystko zaczęło się walić?

Po pierwszym, co oczywiste, przyszedł sezon drugi, który jak wnioskowano, dla Bale’a będzie tym, w którym zagra jeszcze lepiej i zastąpi zbliżającego się do trzydziestki Cristiano. Konkluzje opiniotwórców o nadchodzącej eksplozji talentu Walijczyka, nie były wyssane z palca bowiem tego spodziewał się niemal każdy. Radzący sobie świetnie zarówno w Premier League jak i La Liga piłkarz, musiał w końcu wejść na oczekiwany, światowy poziom. Ku zdziwieniu ekspertów Bale w kampanii 2014/2015 był cieniem samego siebie. W niczym nie przypominał  piłkarza, który na skrzydłach w lidze angielskiej nie miał sobie równych. Który niesiony dopingiem kibiców, mknął przez kolejne strefy boiska niczym rozpędzone TGV. Który posiadając piłkę, siał blady strach w defensywie oponenta, a gdy miał “swój dzień” wygrywał mecz niemal w pojedynkę. W Realu snuł się gdzieś po prawych sektorach boiska grając bardzo niepewnie, sprawiając wrażenie, że boi się każdego kontaktu z piłką. Brakowało mu odwagi, aby wziąć ciężar gry na siebie. By zrozumieć lepiej co takiego sprawiło, że Gareth nie potrafił odnaleźć się w nowej rzeczywistości, prawdopodobnie trzeba by było obejrzeć i dokładnie przeanalizować mecze Bale’a w Tottenhamie i zestawić je z tymi zagranymi w białych barwach. Otrzymalibyśmy wówczas dwóch piłkarzy o zupełnie różnej charakterystyce. W zasadzie gdyby nie ten sam wygląd, to postronny obserwator powiedziałby, że to przecież są dwaj inni zawodnicy. Również ja odnoszę takie wrażenie. W drużynie z północnego Londynu dostał dużo więcej swobody, mniej zadań defensywnym, ale przede wszystkim wystawiany był na lewej flance. Tam zaczynał swoją karierę jako jeszcze lewy obrońca. Do tej pory jestem zdania, że jednonożny Bale powinien w Realu wystawiany być na lewej stronie. Carlo Ancelotti jak sądzę, nie był odmiennego zdania. Problem był jeden i nazywał się Cristiano Ronaldo. Pozycja na lewym skrzydle Portugalczyka, była inviolable. Rzecz jasna nie bez powodu. Żaden trener analizując wkład madryckiego cracka, nie zabrałby mu tej pozycji. Książe Walii pogodzić się więc musiał z przejściem na drugą flankę. Nie oznaczało na początku to tragedii, bowiem jeśli spojrzymy przykładowo na Arjen’a Robben’a, notabene byłego gracza Los Merengues, dowiemy się, że zawodnicy, którzy prawą nogą wsiadają jedynie do autobusu, na lewym skrzydle potrafią siać spustoszenie nie mniejsze, niż huragan Irma.

Przypadek Bale’a jest ciężki. Trudny do opisania w jednolity i składny sposób, tak aby nie pomiąć wielu wątków i spójników, które zreasumowane dadzą nam pełny obraz gwiazdy reprezentacji Walii. – Gareth Bale’a urodził się, by grać w Realu Madryt – stwierdził Florentino Pérez w wielkim dla niego dniu prezentacji owego futbolisty. Przemierzając chronologicznie etapy rządów Flo w Realu, Walijczyk jota w jotę nie wpisuje się w “ramy doskonałości” el presidente .Pérez chciał z Realu zrobić markę. Aby to uczynić usilnie zwiększał pozycję marketingową klubu na całym świecie. Od dalekiego wschodu, gdzie sumiennie wraz z drużyną odwiedzał Chiny, aż po Stany, gdzie wówczas prym wiódł Manchester United. Florentino nigdy głupcem nie był, wiedział więc, że aby dzieciaki po podwórkach biegały w koszulkach Los Blancos, klub, czy raczej w mniemaniu Hiszpana firma, musi być synonimem triumfu i prócz świetnej sytuacji finansowej, odnosić wielkie zwycięstwa. Na przekór ambitnemu prezesowi, nikt nigdy nie opatentował uniwersalnego wzoru na sukces w futbolu. Musiał więc dojść do niego sam, mając u boku swoich ludzi, których cenne często rady wysłuchiwał w mniejszym lub większym stopniu. Finalnie sformułował bardzo prostą tezę, której kurczowo się trzymał. Sprowadzał największe gwiazdy futbolu. Ważne jednak dla Flo oprócz wartości czysto piłkarskiej, była prezencja piłkarza. Jego styl, wygląd, biegłość w językach i gustowność w dobieraniu marynarek na największe gale. Jedynymi słowy Real Madryt miał kojarzyć się z prestiżem. Gromadzenie najlepszych zawodników na papierze wyglądało jak plan idealny. Skoro mam najlepszych zawodników, to klub, w którym będą grali, również będzie najlepszy. To jak dwa plusy w matematyce, które dają plus. I miało to prawo funkcjonować. Pojawił się jednak konflikt dwuracji, którego nawet “wielki Pérez” nie byłby w stanie ugasić. Nie można mieć jedenastu piłkarzy, z których każdy chce być najjaśniejszą z gwiazd. Szatnia zamieniłaby się wtedy w kipiący wulkan, którego eksplozja niosłaby za sobą większe skutki, niż wybuch Krakatau. Dziś kompleks wyższości trafnie moglibyśmy nazwać “kompleksem Neymara”. Gareth Bale przychodząc do Realu Madryt nie był takim gigantem wizerunkowym jak Neymar, który określany był mianem “piłkarza z YouTube’a”. Po zagarnięciu Brazylijczyka przez Dumę Katalonii, na rynku nie było piłkarza, którego sprowadzenie wywołałoby ekscytację środowiska sportowego równą, co tę towarzyszącą przyjściu Neymara. A, że Péreza od dawna swędziała ręką do sfinalizowania wielkiego transferu za wielkie pieniądze, wybór mimowolnie padł na skromnego Walijczyka. Kwestie sportowe nie do końca przemawiały za koniecznością jego transferu. Uchodził on za piłkarza skrojonego wręcz idealnie pod ligę angielską. Stąd też obecne zainteresowanie jego osobą Manchesteru United. Jak większość Brytyjczyków nie odnajduje się w taktyczno-technicznej lidze hiszpańskiej. W Realu stać się miał najlepszym piłkarzem i płynnie przejąć pałeczkę po Cristiano Ronaldo. Póki co jednak, kilometry dzielą go o od poziomu 32 – letniego już Crisa. Są ludzie, którzy dopuszczają się nawet do tezy, że Bale był brakującym elementem układanki Florentino Péreza w drodze po la décimę. Królewscy sięgnęli przecież po to trofeum po przyjściu Walijczyka nie raz, a aż trzykrotnie i w to ciągu jedynie czterech lat. Gareth dał też w swej najbardziej charakterystycznej akcji w Los Blancos dziewiętnasty w historii klubu Puchar Króla. Myślę, że kibic, który za paręnaście lat pomyśli o karierze skrzydłowego w Realu, jego pierwszym skojarzeniem będzie sprinterski pojedynek z Markiem Bartrą, zwieńczony zwycięską bramką na 2:1. Był to majstersztyk. Prócz swej wspaniałości, akcja ta daje nam też perfekcyjny pogląd na możliwości podopiecznego Zidane’a. Bale jest po prostu szybkościowcem. Uwielbia grać z rywalami, którzy nie boją Królewskich i nakładają nań wysoki pressing. To z kolei otwiera wolne sektory na połowie rywali, które idealnie długimi sprintami potrafi wykorzystać. Świetnym przykładem jest niedawny mecz Realu rozgrywany z Sociedad na Anoeta. W momencie gdy zespół z San Sebastian postanowił wyjść do ataku, w konsekwencji nadział się na kontrę. Isco pięknym podaniem obsłużył Walijczyka, który długimi susami niczym Bolt, pognał z nią w stronę bramki pokonując bramkarza.

Bale dla reprezentacji Walii zdobył 26 bramek w 68 meczach

 

Im lepsza fizyczność, tym dłuższa kontuzja

W życiu są pewne rzeczy, na które zupełnie nie mamy wpływu. Mimo, iż dręczą nas, syzyfową pracą jest próba ich zwalczenia. Bolączką Gareth’a od momentu przyjścia do stolicy Hiszpanii są krótkie, ale często powtarzające się kontuzje. Aż dziewiętnaście urazów nabawił się Walijczyk od początku przygody z Realem, z czego w momencie gdy piszę ten tekst, Walijczyk pauzuje po raz ósmy pauzuje w wyniku problemów z łydką. W ogóle łydki Bale’a to opowieść na niecienką książkę. W środowisku piłkarskim zamiast powtarzanej do znudzenia “pięty Achillesa”, powinna obowiązywać fraza “łydka Bale’a”. Łydką Bale’a reprezentacji Polski jest wąska ławka rezerwowych. Brzmi całkiem dobrze. Co rusz dostajemy zdjęcia trenującego Księcia Walii, na których na monstrualnie wręcz umięśnionych łydkach, można dostrzec nawet najmniejszy prężący się  mięsień. Żywy podręcznik do anatomii. Ślepe koło reprezentanta Walii wygląda mniej więcej tak. Bale wraca po kontuzji, dostaje szansę już w pierwszym meczu, mimo że do optymalnej formy mu daleko. Przez pierwsze dwa, trzy mecze po powrocie przechodzi obok meczów, jest niezdecydowany i niewidoczny. Jego czwarty, piąty mecz wygląda już całkiem dobrze, natomiast szósty mecz gra świetny, po którym w oficjalnym komunikacie klubu widnieje informacja o kontuzji. A to przeciąży mięsień i pojawia się w nim stan zapalny, a to zerwie jego przyczepy, a innym razem przedawkuje marsjanki. Dopóki w Los Blancos funkcję szefa sztabu medycznego pełnił doktor Olmo, dopóty było na kim wylewać gorzkie żale i oskarżać o całe zło na koniec sezonu. Nagonka na bogu ducha winnego lekarza urosła do takich rozmiarów, że pożegnał się on z klubem. Kontuzje jednak nie pożegnały się z Bale’em. Na domiar złego, są to kontuzje mięśniowe, które zdaniem wielu mądrych specjalistów, znajdują źródło swej przyczyny w złym przygotowaniu do sezonu.

Ciężko obecnie powiedzieć czy coś dobrego, oprócz pokaźnej tygodniówki, może jeszcze spotkać Gareth’a Bale’a w Realu Madryt. Nawet największy jego zwolennik obecnie przyznać powinien, że nie tego spodziewaliśmy się po graczu, który pobił rekord transferowy genialnego Portugalczyka. Wciąż Walijczyk cieszy się adoracją klubów z Anglii. Szczególnie wymienia się tu prowadzony przez José Mourinho Manchester United. Biorąc pod uwagę obecną dyspozycję jak i dokonania Gareth’a w klubie, Real Madryt powinien wykorzystać szansę spieniężenia go, gdy wciąż jest wart niemało.

 


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Ten artykuł jest dostępny tylko w zagraniczej odsłonie tego serwisu.