Gomez Sterling
fot. Zdjęcie: liverpoolecho.co.uk
Udostępnij:

Premier League: Przewidywania przed rozpoczęciem sezonu – co w zanadrzu może mieć dla nas „Jej Wysokość”?

Już dzisiaj o godzinie 13:30 rozbrzmi pierwszy gwizdek sędziego, który będzie symbolem rozpoczęcia nowego sezonu w lidze angielskiej. Jak to zwykle bywa, ostatnie dni przed wznowieniem zmagań w kolejnej kampanii Premier League, można nazwać okresem dość gorącym. W końcu kibice prześcigają się w predykcjach, typowaniach, czy też ustalaniu końcowej tabeli. Idąc tym tropem, dajmy się ponieść odrobinie fantazji.

„Siadamy głęboko w fotelach, zapinamy pasy i startujemy”. Kultowy już komentarz Andrzeja Twarowskiego chyba nigdy nie znudzi się kibicom Premier League. A tak się składa, że dzisiaj jest idealna okazja, aby go przypomnieć i najlepiej wypowiedzieć na głos przy akompaniamencie pierwszego gwizdka w inaugurującym meczu. Tak, moi drodzy, liga angielska – po kilkutygodniowej pauzie – rusza z kopyta, więc już powoli możemy zacierać rączki na wielkie emocje oraz ciekawe rezultaty. No właśnie, a jakich możemy się spodziewać?

Budowa mostu nad przepaścią

Zacznijmy od tego, co tygrysy lubią najbardziej, czyli od przeglądu samego szczytu rozgrywek. W ostatnich trzech sezonach, zostały one zdominowane przez dwóch zawodników wagi super ciężkiej – Manchester City oraz Liverpool. Zatem cofnijmy się o te trzy lata wstecz. Rok 2017, druga kadencja Pepa Guardioli w szeregach Obywateli. Hiszpański szkoleniowiec stworzył wówczas potwora, który absolutnie zmiótł z planszy wszystkich swoich rywali. W tamtym okresie pewne były trzy rzeczy: śmierć, podatki, no i oczywiście trzy punkty ekipy Sky Blues. Na zakończenie sezonu zgromadziła ich rekordową liczbę, bo pękła okrągła setka. No ale jak się wygrywa osiemnaście(!) meczów z rzędu, to nic dziwnego, że przekracza się pewne bariery.

Rok później piłkarze City prezentowali równie imponującą formę, ale nie było już tak łatwiutko, leciutko i cukierkowo. Problem Guardioli polegał na tym, że jego podopiecznym ciężkie wyzwanie rzuciła czerwona maszyna Kloppa. Oba zespoły do znudzenia wygrywały swoje spotkania, wymierzały sobie cios za ciosem, aż w końcu The Reds ulegli mistrzowi (zaledwie) różnicą punktu. Warto zwrócić uwagę na to, ile obaj panowie ich zgromadzili: 98 i 97. Trzecia wówczas Chelsea miała ich zaledwie 72 – niech świadczy to o przepaści w czołówce ligi angielskiej z tamtego sezonu. Była ona czymś powszechnie obecnym w Premier League także w zakończonej niedawno kampanii. Liverpool –  podobnie jak Manchester City trzy lata temu – zdominował rozgrywki, bijąc praktycznie każdego na głowę. Tytuł zwyciężył z osiemnasto-punktowym zapasem, mając za swoimi plecami oczywiście Obywateli.

Czas na wyciągnięcie wniosków, a są one bardzo proste: wyżej wymienione kluby weszły na skrajnie wyższy poziom, któremu żaden inny zespół nie był w stanie dorównać. Angielskie rozgrywki stały się przewidywalne – na początku Live i City, potem długo, długo nic.

Ale, ale, jest pewna szansa, że to ulegnie zmianie. Coraz więcej osób z Premier League związanych wskazuje Chelsea, jako tę drużynę, która może zacząć budować most nad przepaścią. The Blues przeszli absolutną rewolucję w swoim składzie – sprowadzili wartościowych zawodników, czym wzmocnili swoją siłę o jakieś dwa poziomy. Można powiedzieć, że wygrali obecne okienko transferowe, a to jeszcze nie koniec ich polowania. Do klubu ma przybyć nowy bramkarz (Edouard Mendy), mówi się także o Declanie Rice’ie. Gdy tych dwóch panów zestawimy z zakupionymi już: Havertzem, Wernerem, Ziyechem i Chilwellem, no to trzeba przyznać – szykuje się niezła paka na lata.

Nie można pominąć Manchesteru United. Trzecia siła poprzedniego sezonu może nie wzmocniła się tak bardzo jak Chelsea, ale również będzie chciała skrócić dystans do wielkiej dwójki. Na Old Trafford przybył Donny van de Beek, a Czerwone Diabły ciągle polują na Jadona Sancho. Co więcej, mają w swoim arsenale fantastycznego Bruno Fernandesa, który tym razem rozegra sezon od samego początku. Wiadomo, jakie liczby wykręcił w czasie jego połowy (14 meczów, 8 goli, 7 asyst), więc jeżeli ten wynik podwoi – Solskjaer będzie miał z niego mnóstwo pożytku. Pojedynki między czterema, wyżej wymienionymi ekipami zapowiadają się naprawdę ekscytująco. A kto wie, może do walki z hegemonami włączy się jeszcze ktoś inny?

Naprawa reputacji

Może na przykład Arsenal? Kanonierzy mają za sobą sezon do zapomnienia. Szczególnie, jeśli chodzi o  końcowy rezultat w Premier League, bo zajęli dopiero ósme miejsce w tabeli. Skończyło się jeszcze nie tak najgorzej, zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie okres, gdy zajmowali miejsce poza pierwszą dziesiątką. Gorzki smak zakończonej kampanii osłodził nieco triumf w Pucharze Anglii, gdzie udało im się pokonać Chelsea (2:1). Było to o tyle ważne, że dzięki tej victorii, Emirates Stadium będzie gościło europejskie rozgrywki w rozpoczynającym się sezonie. Warto poświęcić podopiecznym Mikela Artety trochę uwagi, ponieważ ów zwycięstwo nie było dziełem przypadku.

Gdy hiszpański szkoleniowiec obejmował posadę trenera Arsenalu, najpierw musiał posprzątać bałagan po swoim rodaku – Unaiu Emerym. Eks-trener ekipy z północnego Londynu kompletnie nie radził sobie w zeszłym roku. Nie miał pomysłu na grę, nie miał posłuchu w szatni, nie miał także uznania wśród kibiców. W szeregach Kanonierów brakowało określenia projektu, według którego miałby rozwijać się klub. Nie były to dobre czasu dla ich sympatyków, którzy otwarcie żądali zmian. Zmianę otrzymali jeszcze w poprzednim roku kalendarzowym. Pod koniec grudnia stery w klubie objął właśnie Arteta, a sytuacja jakby powoli się polepszała. Ten Hiszpan posiadał wszystko to, co wypomniałem jego poprzednikowi. Z czasem nadeszły też nieco lepsze wyniki. Za rządów Emery’ego Arsenal nie wygrał żadnego meczu od 21 października do 21 grudnia. Czyli przez równo dwa miesiące. Czy tak powinien wyglądać bilans klubu należącego (no po tamtym sezonie tylko w teorii) do TOP6? Absolutnie nie.

Emery nie wygrał żadnego z siedmiu spotkań z rzędu. Zremisował cztery, przegrał trzy. Z kolei po przyjściu Artety, Kanonierzy zaliczyli serię siedmiu meczów bez porażki, z których trzy zwyciężyli, a czterokrotnie dzielili się punktami. Widać tutaj pewną różnicę. Pod jego wodzą, Arsenal może odzyskać swoją reputację. Szczególnie, że Hiszpan ma wizję i będzie budował zespół po swojemu. Już sprowadził na Emirates posiłki w postaci Williana, Gabriela, a w Londynie będzie teraz grał także William Saliba. Oczywiście bilans transferowy może się jeszcze poprawić, bo do końca okienka zostało sporo czasu. To wpływa na korzyść Artety, który chce wzmocnić także środek pomocy. Może Thomas Partey lub Houssem Aouar? Pożyjemy, zobaczymy, w każdym razie ekipa z Emirates na pewno będzie mocniejsza niż rok temu. Jej „boss” do spółki z Aubameyangiem i resztą już o to zadba.

Czarny koń w grze o „wielką szóstkę”

Może niekoniecznie co roku, ale czasem zdarzają się pewne niespodzianki w kontekście walki o najwyższe lokaty. Niech świadczy o tym choćby siódme miejsce Burnley z sezonu 17/18, czy pamiętna, mistrzowska kampania w wykonaniu Leicester. W zeszłym roku Lisy także nieźle namieszały. Do samego końca biły się o Ligę Mistrzów, a gdyby nie obniżka formy w drugiej fazie sezonu – praktycznie miałyby ją w kieszeni. Wyszło, jak wyszło, w każdym razie podopieczni Rodgersa zajęli piąte miejsce w lidze, czym nieco zreformowali standardowy obraz „wielkiej szóstki”. Była to pewnego rodzaju przyjemna, świeża niespodzianką.

Czy tego typu rewelacja może mieć miejsce w rozpoczynającym się dzisiaj sezonie? Tak, a odpowiedzialna za nią wcale nie musi być ekipa z King Power Stadium. Już mówię dlaczego. The Foxes zapewnili sobie przytulne miejsce w fazie grupowej Ligi Europy, zatem będą walczyć najprawdopodobniej na kilku frontach. Aby z powodzeniem podjąć taką walkę, należy mieć nieco większą głębię składu. Tego w ich szeregach nie ma. Już w końcówce poprzedniej kampanii Brendanowi Rodgersowi dawała się we znaki dość krótka ławka rezerwowych. Co więcej, jak do tej pory nie dokonał zbyt wielu wzmocnień. Odszedł Chilwell, a w jego miejsce zakontraktowano Timothy’ego Castagne’a. Jeden transfer 1:1 i to właściwie tyle. Może menadżer Lisów planuje jakieś bomby na koniec okienka, mówiąc szczerze – byłoby dobrze, bo Jaimie Vardy młodszy już nie będzie. Jeśli miałbym przewidywać sytuację Leicester na koniec następnego sezonu, to moim typem będzie spadek o kilka pozycji.

Skoro nie piłkarze z King Power, to kto może być czarnym koniem w grze o „wielką szóstkę”? Poważnym kandydatem zdaje się być Everton, za czym przemawia kilka argumentów. Po pierwsze – menadżer. Carlo Ancelotti to po prostu klasa sama w sobie, swoje w życiu już wygrał, w tym właśnie Premier League. Dobrze zna trud tych rozgrywek i wie, czego trzeba, by odnieść w nich sukces. W poprzednim sezonie musiał grać, tym co zastał na Goodison Park, jednak teraz to już nieco inna bajka. I to właśnie stanowi drugi argument – ciekawe wzmocnienia.

Czy parę lat temu pomyślelibyście, że w szeregach The Toffees zagra najlepszy gracz mundialu w Brazylii? No bo ja bym nie pomyślał, a tu proszę, James jest zawodnikiem klubu z Liverpoolu. Co więcej, dołączył do niego Allan z Napoli oraz Doucoure – jeden z najlepszych piłkarzy Watfordu. Świeżo nabyte trio pomocników może stanowić o sile zespołu Carlo w przyszłym sezonie. Krążą też plotki o wypożyczeniu Tomoriego z Chelsea, no a do włoskiego menadżera pewnie chętnie dołączyłby Wilfried Zaha. Richarlison do spółki z Iworyjczykiem i Calvert-Levinem, a za nimi Rodriguez? Coś tu pachnie bramkami.

Beniaminki wzorują się na poprzednikach

W poprzedniej kampanii do angielskiej elity awansowali kolejno: Norwich, Sheffield United, a także Aston Villa. Jeden z beniaminków odniósł wielki sukces. Jeden utopił się w za głębokiej wodzie, a ostatni złapał się brzytwy, cudem utrzymując się na powierzchni. Pierwszy opis dotyczy ekipy The Blades, która bez dyskusji była największym zaskoczeniem sezonu. Piłkarze Chrisa Wildera mieli z hukiem spaść do Championship, a ocierali się nawet o europejskie puchary. Ostatecznie zakończyło się na świetnym, dziewiątym miejscu. Duże nadzieje pokładano w Norwich. Kanarki w cuglach zdobywały swój awans, jednak nie przełożyło się to na ich postawę w elicie. Były zdecydowanie najsłabszą drużyną ubiegłorocznej kampanii, z czym chyba się szybko pogodzili. No i Aston Villa – cóż, gdyby nie zawiodła technologia, to już nie byłoby jej na najwyższym szczeblu w angielskich ligach.

Przytaczam perypetie eks-beniaminków, ponieważ sytuacja ich następców może wyglądać bardzo podobnie. Do ów zaszczytnego grona należą: Leeds, West Bromwich Albion oraz Fulham. Ci pierwsi powracają do Premier League po 16 latach absencji, zatem logika podpowiada, że będą chcieli zrobić nie lada comeback. A warto zwrócić uwagę, iż warunki do tego mają. Wygrali Championship, mają ekscentrycznego, acz niezwykle wykwalifikowanego menadżera, no i wydali już trochę pieniążków na wzmocnienia. Najciekawszym jak do tej pory był Rodrigo – były zawodnik Valencii. Interesującym ruchem można także nazwać wzmocnienie formacji defensywnej poprzez nabycie Robina Kocha. W sakiewce coś jeszcze pewnie pobrzękuje, zatem to chyba nie koniec. Marcelo Bielsa wraz ze swoimi żołnierzami ma szanse podążyć drogą Sheffield i uplasować się na komfortowej lokacie w okolicach początku drugiej dziesiątki.

Mniejsze szanse zdaje się mieć na to West Brom. The Baggies według bukmacherów są najpoważniejszym kandydatem do relegacji. Szanse na spełnienie takiego scenariusza wynoszą 50 procent. Z resztą lepiej wcale to nie wygląda z perspektywy Fulham. The Whites mogą się pochwalić wynikiem nieco bardziej optymistycznym, bo lepszym o dwa punkty procentowe (48% na spadek). Dla porównania, trzecia w tym rankingu jest Aston Villa, jednak jej perspektywy są oceniane znacznie korzystniej (36%).

W kontekście wzmocnień – pozytywne wrażenie mogą robić transfery West Bromwich Albion. Szczególnie sprowadzenie Matheusa Pereiry oraz Grady’ego Diangany. Jednak, aby myśleć o utrzymaniu, Slaven Bilić powinien także myśleć o obronie, gdyż zakontraktowanie jednego, środkowego defensora z Championship (Cedric Kirpe), to zdecydowanie za mało na warunki szybkiej, wściekłej Premier League. Do Londynu tych obrońców nieco więcej sprowadził Scott Parker – menadżer Fulham. Jego zespół zasilił choćby Kenny Tete z Lyonu i ciekawy prospekt rodem z Champiosnhip – Antonee Robinson, który swego czasu był nawet bliski Milanu. Podsumowując, pomimo aktywności na rynku transferowym, te dwie ekipy najprawdopodobniej będą bić się o to, aby nie zająć miejsca na szarym końcu stawki. Większe szanse zdaje się mieć na to Fulham, West Brom z kolei może stanowić swego rodzaju reinkarnację Norwich.

Polski, rekordowy akcent?

Predykcję zakończę optymistyczną perspektywą. Jak powszechnie wiadomo, zreformowana Premier League nigdy Polakami nie stała. Niech świadczy o tym fakt, że najlepszym, polskim strzelcem w jej historii jest Jan Bednarek. Występujący na pozycji środkowego defensora piłkarz Southampton, strzelił w swojej przygodzie z Wyspami zawrotną ilość.. dwóch goli. Ale okej, Janek to solidny defensor, z goli go nie będziemy rozliczać.

Wraz z wejściem do angielskiej elity Leeds oraz West Bromu, grono rodaków w tejże lidze nieco się poszerzy. Już niedługo po jednych z najbardziej prestiżowych stadionów świata będą biegać: Mateusz Klich do spółki z Kamilem Grosickim. W przeciwieństwie do Bednarka, tych panów już jak najbardziej będzie można rozliczać zarówno z bramek, jak i asyst. A miejmy nadzieję, że trochę ich będzie. Większe szanse na wykazanie swojej potencji w ofensywie będzie miał ten pierwszy. W końcu jest zaufanym żołnierzem Marcelo Bielsy od co najmniej dwóch sezonów. Póki co, argentyński szkoleniowiec nie dokonał szczególnych zakupów w dziale środkowy pomocnik, zatem pozycja Klicha w wyjściowym składzie zdaje się być w miarę bezpieczna. Ciężko stwierdzić, jak to będzie wyglądało w przypadku „Grosika”, jednak ośmielę się stwierdzić, że więcej minut rozegra zawodnik Leeds.

Panie i Panowie, oznacza to, że istnieje duże prawdopodobieństwo na powiększenie dorobku polskich bramek w Premier League. O tym, czy do tego dojdzie przekonamy się już za niecały rok. Mam nadzieję, że w czerwcu 2021 spojrzę ponownie na ten tekst, a na mojej twarzy zagości uśmiech. Stanie się tak, jeśli moje przewidywania naprawdę okażą się trafne.

 

 


Avatar
Data publikacji: 12 września 2020, 10:00
Zobacz również

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.