Jesienne podsumowanie Ekstraklasy: Lechia Gdańsk

Lechia Gdańsk stadion / fot. Mikołaj Barbanell (Piłkarski Świat)

Zdolny, ale leniwy” – w czasach szkolnych tak opisywano osobę, która pomimo sporego potencjału intelektualnego, nie notowała najwyższych stopni na egzaminach. Każdy z Nas pewnie spotkał taką indywidualność, albo o niej słyszał z opowieści znajomych. Gdyby podjąć próbę przełożenia nomenklatury edukacyjnej na rozgrywki PKO BP Ekstraklasy, to takim rzeczonym uczniem byłaby Lechia Gdańsk. Wspomniany zespół w mojej opinii należy zakwalifikować do najbardziej „tajemniczych” ekip w ligowej stawce, ponieważ podopieczni Piotra Stokowca, w kontekście swoich sportowych poczynań, pokazywali „dwie twarze”.

W dzisiejszej części podsumowania rundy jesiennej najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce 2020/21 „na tapetę” zostali zabrani popularni „Biało – Zieloni”. Zapraszam Wszystkich na zapoznanie się z moimi spostrzeżeniami. Jestem winny informację o tym, że w ujęciu formalnym część jesienna rozgrywek jeszcze trwa, ponieważ w ostatni weekend stycznia odbędzie się 15. seria pojedynków.

Stabilizacja przez wielkie S”

Pandemia COVID-19 na nowo zdefiniowała codzienne funkcjonowanie w wielu dziedzinach życia. Nie ominęła ona również futbolu. Drużyny zostały zmuszone do dostosowywania swojego cyklu przygotowań do maratonu ligowego oraz umiejętnego poruszania się na rynku transferowym, żeby w jakiś sposób „łatać” skład personalny, w przypadku wystąpienia zakażeń koronawirusem. Już na samym starcie komplikacje pojawiły się w Lechii, gdzie z wyżej wspomnianego powodu zmodyfikowano harmonogram obozu przygotowawczego. W efekcie czego team rozpoczął „intensywne” próby na dziewięć dni przed inauguracją zmagań (21.08 – mecz Lecha Poznań z Zagłębiem Lubin). Sporo sympatyków zaczynało stawiać sobie pytania, jak całe zamieszanie wpłynie na dyspozycję piłkarzy w nowym porządku ligowym, bo aktualny sezon obejmuje 30. kolejek, a nie jak w poprzednich – 37. Obok ciężkich treningów oraz gier sparingowych, każdy z zespołów w letniej przerwie podejmuje kroki w temacie ewentualnych wzmocnień. Klub z województwa pomorskiego w ostatniej dekadzie przedstawiał dwie koncepcje działań w obszarze polityki transferowej. Pierwsza polegała na dokonywaniu istnej „rewolucji”, czyli ściąganiu sporej ilości zawodników, przy jednoczesnych staraniach pozbycia się obecnych. Najlepszy przykład takiego pomysłu oglądaliśmy w sezonie 2015/16, kiedy to w letnim okienku do Gdańska przybyło 20 graczy. Notabene wspomniane rozgrywki w roli szkoleniowca tej zbiorowości rozpoczął obecny selekcjoner reprezentacji Polski, a mianowicie Jerzy Brzęczek. Druga z koncepcji opierała się na zachowawczym wdrażaniu planu uzupełnień kadr, którego cechuje bardziej zasada pt. „nie liczy się ilość, a liczy się jakość”. W wyniku obrania takiej filozofii, ekipa z województwa pomorskiego w ostatnim okienku przeprowadziła siedem „operacji” (transfery + powroty z wypożyczeń), choć za gotówkę przyszedł jedynie Kristers Tobers, łotewski stoper. W jego przypadku mieliśmy do czynienia z przedłużeniem współpracy, ponieważ w styczniu br. został wypożyczony z FK Lipava. Niezłe występy na wiosnę skłoniły organy zarządzające do podjęcia decyzji o zrealizowaniu transferu definitywnego. Dziewięciokrotny reprezentant Łotwy w najnowszym cyklu ligowym zdołał rozegrać sześć gier. Środkowy obrońca wniósł sporo jakości w poczynania obronne, ale też miały miejsce pojedynki, w których pisząc kolokwialnie, mocno „cieniował”. Chodzi między innymi o rywalizację z Legią Warszawa (0:2), która w klarowny sposób ukazała wszelkie niedoskonałości w całej kompozycji. Krytyka ze strony opinii publicznej skupiła się w dużej mierze na dwudziestolatku. Intrygującym posunięciem w tematyce transferowej było zaoferowanie pracy Bartoszowi Kopaczowi, czyli defensorowi, który na realia naszej ligi jest jednym z najbardziej doświadczonych playerów. Trener Stokowiec stawiał na niego w każdej potyczce, jednakże trudno mi postawić na jego koncie „jednoznaczną” notę, ponieważ cała linia defensywna nie stanowiła wielkiego monolitu. Błąd jednego piłkarza na swojej szesnastce generował kolejne pomyłki u innych. Najlepszy obraz takiej relacji przyczyno – skutkowej obserwowaliśmy w przegranym przez Lechię starciu z Rakowem Częstochowa (1:3). W wielu sytuacjach jednak swoim doświadczeniem potrafił uchronić „Biał0 – Zielonych” przed wielkimi problemami. Sowicie przepracowany turnus przygotowawczy powinien przyczynić się do lepszego „zintegrowania” całej obrony. Kolejna zagadka dotyczyła także tego, jak uda się uporządkować środek pola, już bez udziału Daniela Łukasika. Doświadczony pomocnik postanowił w lipcu spróbować swoich sił w Turcji, gdzie znalazł zatrudnienie w Ankarugucu.

Old is gold”

Na samym początku tego tekstu wspomniałem o „leniwym” uczniu, który z różnych przyczyn nie potrafi rozbudzić swojego umysłu do realizowania postawionych przez nauczycieli zadań. Idąc dalej tym tokiem, należałoby wskazać jego przeciwieństwo, czyli „prymusów”. Są to osoby, które osiągają najlepsze wyniki w nauce i są swoistym punktem odniesienia dla pozostałych. Ja pozwoliłem sobie na wskazanie trzech takich piłkarzy, którzy w mojej ocenie byli najjaśniejszymi punktami w zasobach personalnych trójmiejskiej drużyny. Wg mnie największym pozytywem wzmiankowanej organizacji był Rafał Pietrzak. Boczny obrońca zaprezentował sylwetkę tzw. „współczesnego obrońcy”, który nie boi się podejmowania ambitnych wyzwań w grze ofensywnej. Jego postawa, szczególnie w „przodzie”, mogła podobać się najbardziej wymagającym sympatykom w Gdańsku. Jego najważniejszych atrybutem była chirurgiczna precyzja przy dośrodkowaniach z bocznych stref boiska. W przeszłości gracz między innymi Wisły Kraków zaliczył pięć asyst w tym sezonie, co oznacza, że jego podania otworzyły klubowym kolegom drogę do zdobycia ¼ goli w rundzie jesiennej, jakie na ten moment posiada Lechia. Prawdziwą ”historią” dla niego okazała się wrześniowa batalia z Podbeskidziem Bielsko – Biała (4:0), kiedy mógł cieszyć się z tytułu zanotowania trzech dokładnych centr do graczy „Biało – Zielonych”. Żeby nie było tak „słodko”, to muszę przyczepić się do zwrotności tego piłkarza, bo zdarzało mu się „czasem” przegrywać ważne pojedynki pod swoim polem karnym. Oczywiście, aktywność w ofensywie stanowi „wartość dodaną”, lecz nie można zapominać, że nadrzędną rolą każdego defensora jest bronienie dostępu do własnej bramki. Druga kandydatura nie powinna raczej wzbudzać większych kontrowersji, ponieważ chodzi o Dusana Kuciaka. Słowacki goalkeeper po raz kolejny udowodnił, że Piotr Stokowiec nie ma zbyt wielkiej alternatywy na pozycję nr 1., bo jego najpoważniejszy oponent, Zlatan Alomerović, nie był w stanie zaoferować tak wielkiej pewności na linii. Bramkarz mający epizod na angielskim podwórku (pobyt w Hull City), w jesiennych zmaganiach często musiał ratować z opresji kompanów z obrony, którzy nie potrafili odpowiednio reagować na szybkie akcje ze strony przeciwników. Wielu obserwatorów, w tym między innymi ja, miało trochę uwag, co do niektórych zachowań Słowaka. Problem dotyczył zbyt częstego piąstkowania futbolówki w sytuacjach, gdzie warto byłoby podjąć próbę jej złapania. Odbijanie piłki przed siebie wielokrotnie prokurowało sytuacje strzeleckie napastnikom drużyny przeciwnej, którzy znajdowali się w okolicach jedenastego metra. Pomimo tych „niedociągnięć” dalej plasuje się w gronie najlepszych w swoim fachu w naszych rozgrywkach. Ostatnim z „prymusów” jest Flavio Paixao. Portugalski napastnik pokazał, że nie zatracił zmysłu rasowego snajpera. Siedem goli mianuje go w roli lidera strzelców w swoim klubie. Dwa z tego zestawienia zostały zdobyte poprzez strzał z „wapna”, lecz nie jest to żadna ujma, bo ten element też trzeba skutecznie egzekwować. W poprzednim sezonie, Portugalczykowi zdarzało się parę razy mylić w bezpośrednich starciach z bramkarzami, więc widać owoce pracy, jaką włożył w tym segmencie. Wzmiankowany strzelec wciąż emanuje świetną grą w powietrzu. Dobitnie przekonała się o tym para stoperów popularnych „Górali”, w wyżej wspomnianej rywalizacji. Gwiazdor niegdyś Śląska Wrocław z zimną krwią wykorzystywał nieudolną komunikację w obozie obronnym przyjezdnych. Genialne zagranie głową z kilkunastu metrów w prawy, dolny sektor bramki Martina Polacka mogło przypaść do gustu każdemu widzowi. Nadchodzące miesiące powinny być „decydujące” w kontekście jego przyszłości w Gdańsku, ponieważ w czerwcu 2021 dobiega końca jego umowa. Warto odnotować, że do tej pory w polskiej Ekstraklasie zaaplikował 86 bramek, co daje mu realne szanse na zameldowanie się w „Klubie 100”. Kibice liczą na to, że perspektywa wejścia do tego elitarnego gremium okaże się silnym przyczynkiem do przedłużenia przygody.

Krytykowanie innych nigdy nie było moją domeną, ale z racji przeprowadzania tego podsumowania, trzeba wskazać „słabsze ogniwa”. Myślę, że duża ilość kibiców spodziewała się lepszej skuteczności w wykonaniu Łukasza Zwolińskiego. Dobrze znający klimat rozgrywek „Zwolak” nie przypominał w żadnym stopniu tego człowieka, który w wiosennych potyczkach stwarzał każdym dotknięciem piłki wielkie zagrożenie pod bramką rywali. Wychowanek Arkoni Szczecin trzykrotnie wpisywał się w tych rozgrywkach na listę strzelców (czołówka w ekipie), ale w wielu genialnych sytuacjach zachowywał się jak junior. A jak wiadomo – “niewykorzystane okazje lubią się mścić…” Statystyka powinna wyglądać dużo bardziej reprezentatywnie. Na jego usprawiedliwienie może zadziałać fakt, że w niektórych meczach jego pomocnicy nie kreowali mu żadnych sposobności bramkowych. A to dosyć problematyczna sprawa, w przypadku typowej „dziewiątki”, która żyje głównie z podań od partnerów z drużyny. Z zestawu innych piłkarzy, którzy nie zdołali się jakoś „wstrzelić” w formę, warto wspomnieć także o Egy’m Vikri. Jego przyjście do zespołu z Pomorza w 2018 roku traktowano jako spore wydarzenie medialne, między innymi z powodu wzrostu zainteresowania marką Lechii Gdańsk w portalach społecznościowych. Aczkolwiek, wciąż Indonezyjczyk nie jest zdolny do wniesienia odpowiedniej jakości w poczynania sportowe swojego pracodawcy. Niemal każdy jego występ na murawie przechodzi bez wielkiego echa. Czasem obecność na murawie sprowadzała się wyłącznie do wpisu do meczowego protokołu. Blisko trzy lata to dorobek czasu, w którym powinien już coś znaczyć w układzie taktycznym. Ciężko wskazać konkretny powód takiego stanu rzeczy. Może przyczyną jest zbyt wczesny wyjazd do innego kraju? Albo wina leży po stronie trenerów, którzy nie mają konceptu na skuteczne zarządzanie jego umiejętnościami?. Wciąż czekamy na rozwiązanie tego jakże problematycznego kazusu.

Nie lubię poniedziałku!”

Gdańszczanie w rundzie jesiennej mieli ogromne kłopoty z tym, żeby ustabilizować poziom swojej dyspozycji. Kapitalnie prezentowali się w bojach z beniaminkami, w których zgarnęli maksymalną ilość oczek, a mianowicie dziewięć. Przeciwko nim świetnie organizowali się w bloku defensywnym, po czym widząc jakąś lukę w ustawieniu rywala, wyprowadzali zabójcze kontry. W rzeczonej materii nie można było mieć żadnych zastrzeżeń w kierunku graczy Stokowca. Jednakże, ligowa rzeczywistość nie składa się wyłącznie z grami ze „Świeżakami”. Zupełnie inną „twarz” analizowanej organizacji widzieliśmy w zawodach z udziałem drużyn z „TOP-u”. Wszystkie wady w konstrukcji taktycznej ukazały spotkania z Górnikiem Zabrze (0:3), Legią Warszawa (0:2), Pogonią Szczecin (0:1) oraz Rakowem Częstochowa (1:3). Bardzo blado wyglądała Lechia, gdy dane jej było mierzyć się także z Piastem Gliwice (0:2) i Lechem Poznań (0:1). We wspomnianych wydarzeniach brakowało jakiejkolwiek strategii piłkarskiej. Obraz ukazywał kilkunastu mężczyzn, którzy nie do końca wiedzą, co robią na boisku. Raziła wielka bierność, a to jest bodziec, ogromnie trudny do wybaczenia nawet dla najbardziej zagorzałych fanów. Lubiący specyficzne poczucie humoru mieszkańcy północy Polski mogliby pod adres siedziby sportowego przedsiębiorstwa przesłać album irlandzkiej grupy The Boomtown Rats, pt. „The Fine Art of Surfacing”. Nie piszę o tym przypadkowo, bo wśród wyśmienitych kompozycji znalazła się między innymi piosenka o wdzięcznym tytule – „I don’t like Mondays”. Poniedziałkowe terminy stanowiły istne „fatum” dla wspomnianego podmiotu. „Lechiści” w pojedynkach, rozgrywanych w ten dzień tygodnia, nie zdobyli ani jednego punktu, a co gorsza – ani jednego gola. Trudno postawić w tej sytuacji jakąkolwiek hipotezę, ale może warto zatrudnić osobę, trudniącą się w charakterze egzorcysty. To brzmi dosyć sarkastycznie, lecz problem z grą z wyżej notowanymi oponentami, jest jedną z najistotniejszych bolączek, nad którą powinien pochylić się sztab trenerski. Brak odpowiednich statystyk z czołówką mocno utrudnia los finalistów ostatniej edycji krajowego Pucharu w możliwej rywalizacji o play-off Ligi Europy. In plus na pewno spora jakość w bocznych sektorach. Dużo wrzutek generowało niebezpieczeństwo pod polem karnych innych ekip. Wcześniej wymieniony Pietrzak doskonale uzupełnił lukę po Filipie Mladenoviciu. Trenerzy próbują również promować „młodych” adeptów futbolu, czego dobrym przykładem było częste stawianie na Jakuba Kałuzińskiego. Wiadomo, szkoleniowcy w PKO BP Ekstraklasie są do tego zobligowani, za pośrednictwem przepisu o młodzieżowcach, ale dwudziestolatek pokazywał, że nie czuje respektu na nowym dla siebie obszarze. Wiele razy decydował się na oddawanie uderzeń z dalszych odległości, co sygnalizowało, że ma dużą pewność siebie i do swoich umiejętności. Wielu uwag nie generowała para: Conrado – Kenny Saief. Pierwszy z wymienionych objawiał się sporą aktywnością na placu boiska. W trudnych momentach wspierał swoich kolegów, próbując brać ciężar odpowiedzialności za tworzenie akcji na siebie. Z kolei, u innego skrzydłowego brakowało „statystyk”. Nie bał się walki, jednak gdzieś szwankowała dokładność w pobliżu szesnastki. Środek pola oceniłbym na „3+”, czyli nie było znakomicie, ale też nie wyglądało to tragicznie. Gdzieniegdzie rozmijała się” współpraca środkowych obrońców z tzw. „szóstkami”. Centrum próbował trzymać w ryzach Jarosław Kubicki, jeden z najbardziej zaufanych „ludzi” pierwszego coacha. Z nim z sukcesami pracował dla Zagłębia Lubin. W sezonie 2015/16 udało się im nawet wywalczyć brązowy medal na koniec ligi, a wtedy „Miedziowi” pełnili rolę beniaminka. Miesięczna przerwa pomiędzy rundami winna być zorientowana na próbę wyeliminowania „słabości” taktycznych.

Nieznośna lekkość bytu…”

Ta runda jest chyba najważniejszą w dotychczasowej karierze Piotra Stokowca. Między innymi z tego względu, że udało mu się „wytrzymać” ogromnie trudny dla siebie i całego składu okres. Otrzymał szansę wyciągnięcia go z poważnego kryzysu, a takim z całą pewnością były cztery porażki z rzędu. W dziejach polskich rozgrywek taka seria wielokrotnie oznaczała koniec misji trenerów w danym klubie. O ile same przegrane nie były największymi „gwoździami do trumny”, to już sam ich styl – TAK. Oglądając te spotkania w wykonaniu Lechii trudno było doszukać się jakichkolwiek elementów wolicjonalnych, które zwiastowałyby odmianę niekorzystnego losu. Nie pomagały również roszady, proponowane przez 48-latka. Należało jednak go docenić za to, że podczas briefingów nie bawił się w dystrybucję „taniej propagandy” sukcesu, tylko mówił o tym, co wszyscy widzieli na murawie. Popularny „Stoki” w swojej przygodzie zawodowej udowadniał, że nie boi się stawiać na „niepopularne” rozwiązania, jak np. odsunięcie ze składu Marco Paixao, gdy „Biało – Zieloni” rozpaczliwie bronili się przed degradacją do Fortuna 1. Liga (2018). W aktualnym sezonie Ekstraklasy nie rotował zbyt wiele zestawieniem personalnym. Jeżeli dokonywał już jakichś spektakularnych zmian, to miało to związek ze skutkami „epidemiologicznymi” (pozytywne wyniki testów na COVID-19). Wszyscy opiekunowie drużyn w polskiej elicie odczuwali z tego tytułu znaczny dyskomfort, przy ustalaniu wyjściowych jedenastek. Ostatnia wygrana na wyjeździe z Cracovią (3:0) pozwoliła całemu sztabowi szkoleniowemu odetchnąć z wielką ulgą. Aczkolwiek, jeżeli na wiosnę pojawi się kolejne załamanie formy, to wielce prawdopodobnym będzie „przewietrzenie” ławki trenerskiej.

Ku przyszłości

Lechia Gdańsk zajmuje obecnie ósmą lokatę, z dorobkiem dziewiętnastu oczek. Do strefy „pucharowej” strata wynosi dziewięć punktów. Analizowana organizacja w mojej opinii ma „papiery” na zameldowanie się w miejscach: 4-6. Ostatni raz odnosząc się do terminologii szkolnej, to badany team jest studentem, mogącym aspirować o średnią (4,5), ale już bez większych widoków na zdobycie świadectwa z czerwonym paskiem. Trudno także upatrywać go w tzw. „oślej ławce”. Ewentualne mistrzostwo byłoby solidnym „zaciemnieniem” rzeczywistości, uwzględniając jesienny krajobraz w lidze. Drużyna Piotra Stokowca posiada spory potencjał personalny, ale nie widać było w nim zbyt wielkiej „chemii”. Brakowało czegoś, co w nauce nazywa się synergią. Przedstawiciele różnych sektorów boiska nie uzupełniali się w kluczowych chwilach. Tyczy się to kooperacji w obrębie szeroko rozumianej defensywy. Włodarze winni pomyśleć o nowych piłkarzach, szczególnie w tej dziedzinie, ponieważ nie ma zbyt wielu alternatyw w zestawieniu. Należy pamiętać o tym, że nie wiadomo, jak COVID-19 wpłynie na terminarz gier oraz sytuację w poszczególnych ekipach. Problem utrzymania w lidze jest sprawą, która raczej w małym stopniu dotyka Gdańszczan. Moim zdaniem rywalizacja o pozostanie w Ekstraklasie będzie toczona przez beniaminków. Jednakże, w żadnym stopniu nie należy lekceważyć rywali z dolnych rejonów tabeli, bo historia uczyła, że nadmierna pewność siebie prowadzi do sportowej klęski. Odczuli to na swojej skórze fanatycy oraz piłkarze Podbeskidzia Bielsko – Biała, którzy w trudnych do opisania okolicznościach pożegnali się w 2016 roku z najwyższą klasą rozgrywkową. Nie można również bagatelizować turnieju o nazwie Puchar Polski. We wspomnianej profesji „Lechiści” pokazywali spory kunszt, zdobywając na przestrzeni dwóch ostatnich edycji złoty i srebrny medal. Ich opiekun w jednej z wypowiedzi medialnych napomniał o ambicji awansu do samego finału. Być może nadchodząca runda wiosenna zmusi pion decyzyjny, a przede wszystkim trenerów, do dokonania głębszej refleksji, związanej z funkcjonowaniem całego „projektu” w perspektywie kilku następnych lat.

Źródło: oficjalny serwis internetowy Lechii Gdańsk, oficjalny serwis internetowy spółki Ekstraklasa S.A., portal Transfermarkt, własne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *