Grenlandia: Gdy na przekór wszystkiemu starasz się spełniać swoje futbolowe marzenia. cz. 1

greenland.com

Zorza polarna – dla wielu piękne zjawisko powtarzające się co jakiś czas w pobliżu biegunów, będące skutkiem działania wiatru słonecznego. Dla Grenlandczyków to jednak zupełnie coś innego: lokalna legenda głosi, iż to zjawisko świetlne powodują duchy ich przodków… rozgrywając mecz piłki nożnej czaszką morsa. Może i mieszkańcy największej wyspy świata przeczą nieco prawom fizyki, ale kto im zabroni w ten sposób marzyć? Zwłaszcza jeżeli dzięki własnym staraniom krok po kroku urzeczywistniają swoje futbolowe sny, walcząc z wszelkimi przeciwnościami losu?

Jak przystało na krainę położoną tuż przy granicy koła biegunowego rok na Grenlandii dzieli się zasadniczo na dwie części: dzień i noc polarną, czyli po naszemu na lato i zimę. Pierwszą z nich da się w miarę przeżyć bez przygotowania, jednak podczas długiej, zimnej oraz ciemnej zimy niezbędne do normalnego funkcjonowania jest towarzystwo, z którym można by przyjemnie spędzić bezsłoneczne dni. Właśnie potrzeba działania wspólnie z innymi ludźmi sprawiła, iż mimo tego, że warunki atmosferyczne na Grenlandii najbardziej predysponują do uprawiania sporty zimowe, to piłka nożna jest tam dyscypliną numer jeden. Ale nie takim ledwie utrzymującym pozycję lidera numerem jeden. Futbol dominuje nad innymi sportami mniej więcej tak jak do tego roku PSG w lidze francuskiej nad resztą stawki. Wyobraźcie sobie, iż większą część miejscowej gazety Sermitsiaq stanowią artykuły odnośnie wydarzeń ze świata piłki kopanej. Nie trudno się dziwić naczelnym tego dziennika, że decydują się więcej miejsca poświęcać futbolowi, skoro lokalne społeczeństwo niemalże żyje tym co dzieje się w Premier League oraz La Liga. United, Chelsea czy Arsenal wygrały mecz? Balujemy! Real lub Barcelona zdobyły mistrzostwo Hiszpanii? Wychodzimy na ulice z ich flagami, trąbimy klaksonem jeśli mamy samochód i świętujemy tak, jakbyśmy właśnie wygrali mundial! Nam może się to wydawać dziwne, ale na największej wyspie świata to całkowicie normalne.

“Jak jest zima to musi być zimno, tak? Pani kierowniczko, takie jest odwieczne prawo natury!”

Futbol w Kalaallit Nunaat, czyli “krainie ludzi”, jak w mowie lokalnej nazywana jest Grenlandia, to jednak nie tylko kibicowanie, a przede wszystkim gra. Gra, w którą boje toczy się w każdym zakątku wyspy: od położonej na południu stolicy Nuuk, aż po leżącą niemalże na biegunie północnym osadę Qaanaaq. Szacuje się, iż z całego liczącego prawie 58 tysięcy osób społeczeństwa autonomii ponad 10% ludzi regularnie kopie łaciatą w jednym z lokalnych klubów. Dzięki temu w utworzonej w 1971 roku Grenlandzkiej Federacji Piłkarskiej [GBU] zarejestrowanych jest ponad 70 zespołów oraz ponad 5 tysięcy zawodników. “Trzeba tu jednak zaznaczyć, że większość z nich nie trenuje przez cały rok. Zwłaszcza w mniejszych miejscowościach wszystko dzieje się od wielkiego dzwonu, jakim jest turniej o mistrzostwo naszej ojczyzny.” – mówi w rozmowie z Piłkarskim Światem, Christian Laursen, prezes aktualnego mistrza Grenlandii: B-67 Nuuk. – “Szczególnie tyczy to się północy, gdzie jeżeli komuś uda się zebrać chętnych do gry ludzi, a potem opłacić ich przyjazd na turniej to klub zaczyna funkcjonować. Inaczej mamy do czynienia tylko z rekreacyjnym graniem”. Warto jest zauważyć, że Laursen w swojej wypowiedzi w ogóle nie wspomina o czymś takim jak liga grenlandzka. Dlaczego? Ponieważ coś takiego na największej wyspie świata de facto nie istnieje. Jej synonimem jest są za to regionalne turnieje, które wraz ze swoimi kolejnymi, coraz bardziej scentralizowanymi, szczeblami zastępują normalny sezon ligowy. Wszystko za sprawą dwóch czynników: warunków atmosferycznych oraz infrastrukturalnych. Pierwsze sprawiają, że w “krainie ludzi” na powietrzu można grać tylko przez około 4-5, a czasami i do 6 miesięcy. Winę za to ponosi arktyczny klimat, który powoduje, że przez cały rok prawie 80% wyspy znajduje się pod pokrywą lodową, a także sprawia iż na całej Grenlandii w ogóle nie rośnie trawa. Brak jakiejkolwiek murawy na największej wyspie świata sprawił, że większość “oficjalnych” meczów w tym regionie rozgrywa się na zmrożonych boiskach pokrytych żwirem lub błotem.

Fot. Widać, że nawet tak doświadczonemu piłkarzowi jak Robert Pires granie na błotnistym boisku w Nuuk sprawiało wiele trudności.

Niestety, takie podłoże skutkuje tym, iż każdy upadek nie kończy się z reguły zwykłymi obdarciami czy stłuczeniami, a buty profesjonalne buty piłkarskie wytrzymują raptem 3 miesiące użytkowania. Do gry w piłkę nieodzowne są też długie spodnie dresowe na nogach.. “Z oczywistych względów pogoda jest dla nas największym wyzwaniem.” – opowiada prezes Laursen -”Grenlandia leży w strefie klimatu arktycznego, co oznacza, że nasze “lato” trwa około 4 miesięcy. Z tego powodu, kiedy tylko zrobi się nieco cieplej kluby natychmiast przenoszą swoje treningi z hal na świeże powietrze. Prawdziwe granie rozpoczyna się jednak dopiero wtedy, kiedy boiska chociaż trochę zostaną rozmrożone i wysuszone przez słońce. Najczęściej ma to miejsce dopiero w maju. Generalnie większość boisk na Grenlandii nie jest odpowiednio przystosowana do normalnej gry. Kiedy w 2014 roku przyleciał do nas na mecz Varietes Club de France, z Robertem Piresem oraz Christianem Carambeu w składzie to po przegranej 0:1 z drużyną z Nuuk jeden z ich kolegów określił naszą “murawę” mianem najgorszego miejsca do gry w piłkę na całym świecie.”

Klimat jest również związany z czynnikiem infrastrukturalnym: ze względu na czapę lodową na największej wyspie świata można osiedlać się tylko w niektórych miejscach. Tego skutkiem jest fakt, iż większość miast i miasteczek na dalekim terenie Danii jest od siebie odległa o setki kilometrów, a dodatkowo nie ma między nimi żadnego lądowego połączenia komunikacyjnego. No bo jak wybudować drogę czy tory kolejowe na lodzie, który nieustannie zmienia swój kształt? W ten sposób jedynym sposobem dotarcia na ewentualnie rozgrywany co tydzień mecz ligowy byłoby wykorzystanie samolotów lub promów. Niestety loty z i na Grenlandii są niezwykle drogie, gdyż pojedynczy bilet to wydatek rzędu tysiąca funtów, a z kolei łodzie kursują dość rzadko ze względu na wszędobylski lód. W ogóle osady położone najdalej na północ są przez około cztery zimowe miesiące praktycznie kompletnie odcięte od świata. Z powodu mrozu nie latają tam ani duże maszyny, ani nie pływają statki, więc jedynym sposobem zaopatrzenia lokalnych mieszkańców w najpotrzebniejsze do życia środki są transporty za pomocą helikopterów, które również są piekielnie drogie. No i jak w takich warunkach grać mecze co tydzień, szczególnie kiedy pogoda na morzu jest niebezpieczna? No nie da się, zwłaszcza jeżeli jesteś piłkarzem amatorem [a na Grenlandii wszyscy takimi są – red.] i w tygodniu musisz normalnie iść do pracy. Przez to optymalną formą walki o tytuł najlepszej drużyny największej wyspy świata są więc wspomniane turnieje: “Nasze rozgrywki [Coca-Cola GM] są podzielone na 3 rundy. Pierwsza z nich to faza, w której rywalizują ze sobą drużyny z bliskich okolic jednego miasta. Potem zespoły, które awansowały dalej spotykają się na szczeblu regionalnym. Najlepsze drużyny z turniejów mających wyłonić reprezentantów każdego z pięciu, dostępnych grenlandzkich regionów, czyli północnej, południowej i wschodniej Grenlandii, a także regionu stołecznego i Disko, spotykają się potem w turnieju finałowym, który odbywa się na przestrzeni jednego tygodnia.”. Mimo tak niecodziennego sposobu rozgrywania sezonu, Coca-Cola GM jest popularny w całym społeczeństwie. Na mecze regularnie przybywają setki kibiców [Pamiętajmy, że np. Nuuk liczy ok. 15 tysięcy mieszkańców – red.], chociaż warunki, w których oglądają dane spotkanie są dalekie od komfortowych. Na całej wyspie nie ma stadionu z krzesełkami do siedzenia, dlatego na Grenlandii mecze ogląda się przesiadując na pobliskich… skałach. Z tego powodu poszczególne drużyny nie mogą oczywiście pobierać opłat za oglądanie poczynań swoich piłkarzy, ponieważ jak stwierdził jeden z lokalnych działaczy nie można przecież powiedzieć komuś, że za ulokowanie się na mniejszej skałce na wzgórzu ma zapłacić 100 koron [duńskich – red.], a za tę większą to już 150. Mimo to Inuici, bo tak powinno nazywać się mieszkańców Grenlandii, w liczbie dobijającej niekiedy nawet do tysiąca osób pojawiają się na finałach rozgrywek. W nich od pięciu lat nieustannie tryumfuje zespół prezesa Laursena, czyli B-67 Nuuk.

 Fot. Mecz turniejowy gdzieś na północy Grenlandii. Atakuje B-67 Nuuk.

Pieniądze to nie wszystko, ale bez pieniędzy to…

Futbol na Grenlandii to jednak nie tylko walka z pogodą czy niezbyt wysokim standardem klubowych włości. To także słaba organizacja w lokalnej federacji (GBU) oraz w samych klubach. Przez wiele lat B-67 również wpisywało się w schemat powielany przez wszystkie zespoły, czyli uzyskiwanie wyników proporcjonalnych do umiejętności zawodników, których udało się zatrzymać w zespole lub sprowadzić do niej sprowadzić przed konkretnym sezonem. Warto jest tu zaznaczyć, że większość transferów w “krainie ludzi” ma charakter umowny, więc przetasowania zdarzały się wszem i wobec. Słaba organizacja wewnątrz klubu sprawiła, iż mimo, że zespół posiadał grupę naprawdę uzdolnionych piłkarzy młodzieżowych – potentatów ligi juniorskiej w latach 1987-91 – to nie przekuło się to na całkowitą dominację rozgrywek seniorskich. B-67 po zdobyciu pierwszego mistrzostwa w 1993 roku jeszcze 4 razy na przestrzeni lat 90. sięgało po to trofeum, jednak jak zaznacza prezes Laursen ich i tak powinno być więcej, ponieważ skład jakim zespół z Nuuk wtedy dysponował był naprawdę dobry biorąc pod uwagę grenlandzkie standardy. By uniezależnić się od zawirowań kadrowych, klubowi włodarze zaczęli myśleć nad długoterminową strategią z prawdziwego zdarzenia. Wstępne prace nad nią zostały ukończone w 2004 roku i wtedy również rozpoczęła się nowa era w historii B-67.

Po pierwsze skupiliśmy się na rozwoju młodzieży, szczególnie w zespołach do lat 15 i 18, ponieważ wiedzieliśmy, że to prędzej czy później da wymierne korzyści.„- opowiada Christian Laursen – „W ciągu 13 lat nasi juniorzy zdobyli 9 tytułów mistrzów, a wielu z nich przebiło się do pierwszej drużyny B-67. Co więcej, duża część z pozostałych młodzieżowców znalazła swoje miejsce w innych klubach Coca-Cola GM i tak na przykład IT-79 prawie w całości składa się z piłkarzy, którzy szkolili się u nas. W zespole Nuk, a także na przestrzeni całej Grenlandii również znajdujemy naszych wychowanków. Takie efekty są możliwe dzięki temu, że pracują u nas najlepsi trenerzy na wyspie, a prowadzone przez nich treningi, poprzez intensywność i nacisk na odpowiednie aspekty gry w piłkę, dają prawdziwą jakość, niespotykaną u naszej konkurencji.”

Fot. Piłkarze B-67 Nuuk celebrują bramkę w tegorocznym finale Coca-Cola GM.

Jednym z trenerów wspomagających potentata jest Etiopczyk Tekle Ghrebrelul, współpracujący też z lokalnym zespołem narodowym jako pierwszy trener. Jak widać dobre rezultaty są także efektem otwartości klubu na wpływy z zewnątrz, a nie kończy się ona tylko na osobie szkoleniowca. Włodarzom B-67 udało się namówić do współpracy w roli sponsora linię lotniczą Air Island, co otworzyło możliwość wyjazdów na turnieje organizowane zarówno na Grenlandii, jak i na Islandii czy w Danii. Inuiccy piłkarze są więc w stanie porównać swoje umiejętności nie tylko ze swoimi krajanami, ale również z kolegami z innych państw, a to pozwala całej ekipie z Nuuk wchodzić na coraz wyższy futbolowy poziom. Dzięki wyraźnemu progresowi w grze kolejni piłkarze mistrza „krainy ludzi” dostają szansę reprezentować swoją ojczyznę na międzynarodowej arenie. Intensywne zgrupowania i rozgrywane mecze towarzyskie oraz turniejowe przeciwko Guernsey, Minorce, czy kiedyś Gibraltarowi sprawiają, iż zawodnicy ze stolicy autonomii stawiają kolejny krok do przodu ku futbolowej wielkości i… w ten sposób koło się zamyka. Podobny cykl działań próbują podchwycić inne zespoły, choć nie wszystkim udaje się to tak samo dobrze. Najbliżej wiernego odwzorowania oryginału są w N-48, czyli aktualnym wicemistrzu wyspy.

Z tego miejsca trzeba zaznaczyć, że w aktualnym sukcesie B-67 kompletnie udziału nie brała GBU. Wszystko najzwyczajniej przez brak środków w federacji, która nie jest w stanie wymiernie pomóc drużynom na terenie bliskim biegunowi północnemu. Z pomocą za to przyszły władze Nuuk wydatnie włączając się w projekt budowy pierwszego na wyspie pełnowymiarowego boiska oraz kilku pomniejszych – wszystkich ze sztuczną trawą. I tak w poprzednim roku z pieniędzy od sponsorów wybudowano w mieście pierwszego „orlika”, a w minionym czerwcu otwarto pierwsze prawdziwe boisko. Dodatkowo już z miejskiej kasy dobudowano jeszcze aż 5 pięć pomniejszych placów do gry w piłkę. W porównaniu do całej reszty Grenlandii, Nuuk wydaje się więc istnym rajem piłkarskim zwłaszcza, że do tego momentu na wyspie dobudowano jeszcze tylko jedno pełnowymiarowe boisko w Paamiut, a następne ma być oddane do użytku w przyszłym roku w Qeqartarssuaq. By pokazać ogrom inwestycji „miasta nadziei” – bo tak z duńskiego tłumaczy się lokalną nazwę Nuuk, Godthab – warto przywołać jeden fakt z historii piłki w „krainie ludzi”. Otóż w 2010 roku na Grenlandii otwarto pierwszy obiekt posiadający sztuczną trawę. Na wielką uroczystość z tej okazji do Qaqortoq przybył sam Sepp Blatter, wcześniej fundując z kasy FIFA aż 4/5 niezbędnej kwoty. Kwoty, która patrząc na koszt naszych „orlików”, czyli mniej więcej 500 tysięcy złotych, jest niebotyczna. Dlaczego? Ponieważ by uzyskać koszt budowy na Grenlandii boiska o wielkości placu do gry w piłkę ręczną w całości wyścielonego sztuczną trawą trzeba na końcu połowy miliona podmienić złotówki na… dolary. 500 tysięcy zielonych by dać jakąkolwiek nadzieję małym Inuitom na to, iż na ich ziemi kiedyś pojawi się wielki futbol. W większości miejsc na wyspie wciąż jednak te marzenia dosłownie dotykają słów „na ziemi”, ponieważ jak dotąd gra się tam na żwirze lub piachu.

Fot. W tym miejscu 2 lata wcześniej na błocie i żwirze w piłkę kopał Robert Pires. Stadion Narodowy z murawą z prawdziwego zdarzenia. Coś realnego w Nuuk, a na północy wciąż tylko marzenie.

W celu zwalczania takich patologii wydatną pomoc finansową dla GBU mogłaby przekazać duńska federacja piłkarska, jednak kontakty między jedną i drugą instytucją są dość ograniczone. Otóż kiedy w 2008 roku na największej wyspie świata sukcesem zakończyło się referendum o zwiększenie autonomii Grenlandii, stało się jasne, iż oba związki należy rozumieć jako dwa, kompletnie niezależne od siebie podmioty. I tak na piłkarskiej linii „kraina ludzi” – „państwo bajarza Andersena” powstało jedynie porozumienie mówiące o wsparciu merytorycznym ze strony kraju europejskiego. „Współpraca między GBU, a Duńczykami ogranicza się tylko do edukowania naszych trenerów, dla których organizowane są specjalne kursy na Starym Kontynencie. Warto jest przy tej okazji wspomnieć, że pomaga nam również B-93 Kopenhaga – ekipa z trzeciej ligi duńskiej.” – zauważa Christian Laursen. Inuici obecni na takich szkoleniach chłoną wiedzę niczym suche gąbki wodę, ponieważ w pewien sposób są oni to winni swoim przodkom.

/KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ/

Druga zostanie opublikowana w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia. Powyższym tekstem oraz jego niedzielną kontynuacją autor chciałby życzyć wszystkim czytelnikom wesołych Świąt!

CZĘŚĆ DRUGA

P.S. Szczególne podziękowania za pomoc w zrealizowaniu artykułu składam Madsowi Mathiassenowi [Przeczytacie o nim w drugiej części artykułu] oraz panu Christianowi Laursenowi. Wypowiedzi Madsa zostały wplecione we fragmenty zapisane prozą oraz po części będą zaprezentowane w drugiej części w postaci cytatów. Christian Laursen dostarczył mi kapitalnej wiedzy na temat spraw typowo technicznych [wraz z historią występów B-67 w ciągu ostatnich… 16 lat] odnośnie piłki na Grenlandii, więc nie omieszkałem zacytować jego słów. Bez tych dwóch osób tekst o futbolu na największej wyspie świata nigdy nie ujrzałby światła dziennego.

Wyrazy podziękowania należą się również kolegom Madsa Mathiassena, czyli Ivikowi oraz Danielowi, którzy nie bali się stanąć w krzyżowym ogniu pytań, zadawanych niekiedy dość niezrozumiale przez autora. Poruszane przez nich kwestie również można znaleźć we fragmentach pisanych prozą.


Najlepsze oferty bukmacherskie na Euro 2020
20 zł bez depozytu, 600 zł bez ryzyka i bonus 2100 zł na eFortuna.pl
20 zł bez depozytu, 333 zł bez ryzyka i bonusy 2000 zł na LVBET.pl
21 zł bez depozytu, 230 zł bez ryzyka i bonusy 549 zł na Totolotek.pl

1 thought on “Grenlandia: Gdy na przekór wszystkiemu starasz się spełniać swoje futbolowe marzenia. cz. 1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *