Felieton: Dlaczego Real Madryt wygra Ligę Mistrzów?

Sigmalive

Latem i jesienią zeszłego roku Real Madryt dotknął mały kataklizm. W mało przyjaznej atmosferze z klubem pożegnał się jego najwybitniejszy zawodnik, manatki zawinął architekt sukcesów ostatnich lat, czyli Zidane, a na ich miejsce przyszli… no w sumie za Ronaldo to nikt, za to Francuza zastąpił człowiek zwolniony po kilku miesiącach pracy. Wydaje się, że są to niezbyt sprzyjające warunki do osiągania znakomitych wyników, na przykład czwartego z rzędu zwycięstwa w Lidze Mistrzów. Ale czy na pewno jest to niemożliwe?  Uważam, że nie. A dlaczego? Zapraszam do lektury.

 

To wciąż świetna drużyna          

Odejście najlepszego piłkarza w historii klubu to bez wątpienia gigantyczne osłabienie. Tym bardziej, że Mariano, który chociaż w minimalnym stopniu miał swoimi golami wypełnić lukę po Ronaldo, zastępuje Portugalczyka wyłącznie w dzierżeniu numeru „7” na koszulce. Nie zapominajmy jednak, że Real Madryt to drużyna przepełniona znakomitościami, zarówno z Cristiano, jak i bez niego. Po transferze 34-latka do Juventusu postrzeganie kadry Los Blancos zmieniło się o 180 stopni. Odszedł jeden zawodnik, tak, najważniejszy, ale nie jedyny fenomenalny, a można spotkać się z narracją, jak gdyby drużynę opuścili jeszcze Modrić, Ramos, Marcelo, Casemiro i Kroos. W skrócie – cały kręgosłup. A przecież oni wszyscy wciąż reprezentują te same barwy, co sezon temu. Dalej są w stanie wnosić mnóstwo jakości, zwłaszcza w Lidze Mistrzów, gdzie regularność nie jest aż tak ważna, jak wstrzelenie się z formą w odpowiednim momencie. Jest Karim Benzema, który ostatnio odżył i właściwie robi to co roku na fazę pucharową Champions League. Jest Gareth Bale, który pokazał już, że na dłuższą metę liderem tej ekipy nie będzie, ale jak chce to potrafi. W każdej chwili mogą obudzić się Marcelo i Casemiro, którzy są zmotywowani do ciężkiej pracy, bo miejsce w składzie zabierają im Reguilon oraz Llorente. Ramos i Varane wielkiego sezonu nie rozgrywają, ale niejednokrotnie udowodnili już, że na europejskich boiskach mogą tworzyć duet praktycznie nie do przejścia. W lidze Realowi brakuje powtarzalności i brakowało jej już rok temu, z Ronaldo w składzie oraz z Zidanem na ławce trenerskiej. Nie przeszkodziło im to w triumfie w Pucharze Europy.

Słabe występy w lidze

Dla niektórych ten podnagłówek zapewne brzmi niedorzecznie. No bo jak słaba gra w lidze, gdzie rywale na papierze zazwyczaj są słabsi od Modricia i spółki, ma rzutować na znakomite występy w spotkaniach z potęgami pokroju Bayernu czy Juventusu? Ano może. Królewscy podrażnieni dominacją Barcelony na krajowym podwórku (7 tytułów w 10 lat) mogą chcieć „odbić” to sobie w Europie, gdzie Blaugrana od kilku lat tkwi w marazmie i regularnie odpada na etapie ćwierćfinałów. Tym bardziej, że i w tym sezonie zanosi się na triumf Katalończyków na hiszpańskich boiskach. Nawet kapitan, Sergio Ramos powiedział, że teraz wszystkie siły na Ligę Mistrzów i Puchar Króla.  Jeśli takie postulaty wygłasza lider, to jest już coś na rzeczy. W tym miejscu kolejny raz warto posłużyć się analogią do zeszłego sezonu – wtedy też Real zawodził w La Liga, tracąc głupio punkty i przegrywając batalię tak naprawdę w grudniu. Wtedy też były śmichy chichy z Królewskich, że ten sezon pójdzie na straty. Czy poszedł? Sądząc po zdjęciach piłkarzy z wygranym po raz trzeci z rzędu Pucharem Mistrzów – nie sądzę.

Presja mniejsza niż zwykle

Ameryki nie odkryję – Real zdobywając trzy puchary jeden po drugim, dokonał rzeczy niesłychanej. W erze Ligi Mistrzów nikt inny nie wzniósł tego trofeum dwa razy z rzędu, a co dopiero mówić o trzech. Podejrzewam, że ewentualna porażka z Liverpoolem również nie sprawiłaby, że kibice żywiliby do swoich ulubieńców urazę. Po tak gigantycznych sukcesach słabszy rok zdarza się każdemu. Ale Real ten finał wygrał, po raz kolejny zapisując się na kartach historii. Trudno we współczesnym futbolu wymagać od drużyny, żeby nieustannie triumfowała, ponieważ przy takiej konkurencji jest to po prostu niemożliwe. Zwycięstwa w Champions League wymagają od swojej drużyny sympatycy Juventusu, który mógłby napisać doktorat z przegrywania finałów, Barcelony, która sporo wydaje na wzmocnienia i chciałaby zmazać plamę po blamażu z Romą, czy Liverpoolu, który od dawna nic nie dorzucił do gabloty w muzeum. Na tych firmach ciąży największa presja. Nie na Realu, dominatora w ostatnich trzech latach. Prawda jest taka, że do niedawna prawie nikt nie wymieniał ich nawet w gronie faworytów. Start w fazie pucharowej z takiej pozycji może podziałać budująco na zespół, który w tym momencie w Champions League nie jest w centrum uwagi.

Czy Real Madryt to faworyt numer jeden do wygrania Ligi Mistrzów w tym roku? Raczej nie. Przed nimi spokojnie dałoby się wymienić jeszcze kilka drużyn. Ale dyskredytowanie Królewskich na etapie 1/8 finału, czy fazy grupowej zakrawa o kuriozum.  Przy takim potencjale kadrowym, odpowiednim nastawieniu i, jak to w futbolu, odrobinie szczęścia, podopieczni Solariego dalej są zdolni do wielkich rzeczy. Zresztą, nie jest to pustosłowie. Derby Madrytu wyraźnie pokazały, na co stać Los Merengues jeszcze w tej kampanii. Zdecydowanie nie można ich lekceważyć.

 

Przejdź do paska narzędzi