Projekt, który zatoczył koło. Bordalas traci cierpliwość

Bordalas

fot. AS


– Jeśli nie pojawią się wzmocnienia, będzie nam ciężko – mówił Jose Bordalas zapytany zimą o możliwe ruchy na rynku transferowym. Valencia znów chętnie oddaje, ale brakuje zasobu i projektu, aby zbudować coś więcej. Zamiast rewolucji jest postępujący rozpad, który trzeba zatrzymać.

Dziury w defensywie, niedociągnięcia w drugiej linii i to boli, bo gdy rozwijasz, liczysz na ciągłość. Przychodzi jednak moment, jak z Danielem Wassem, gdy klub ma niewiele do powiedzenia. Znów Atletico i gra do jednej bramki, bo Valencia doprowadza się do stanu, w którym trudno prowadzić poważne negocjacje. Brakuje karty przetargowej. Tym samym wzrok naturalnie kieruje się w stronę Bordalasa. Hiszpan czuje się bezradny i coraz częściej dzieli się tym ze światem.

Z pewnością nie powinniśmy mówić o zaskoczeniu. Nie powinien robić tego Pep, który wiedział, na co się pisze, przybywając na Mestalla. Mocne wejście w sezon wlało nadzieję, ale zaciśnięte więzi między Bordalasem, a zarządem zaczęły puszczać. Brakuje wyników, więc i atmosfera robi się gęsta. Relacje z Peterem Limem okazały się mocno stonowane, bo ten stara się dystansować od opinii publicznej, ale i samego personelu klubu, wydając polecenia przez pośredników. Po owocnym początku współpracy z Anilem Murthym historia powoli zatacza koło. Znów dwie różne wizje i sprzeczne komunikaty. Ten sam scenariusz, ale inni aktorzy. Minęło już wystarczająco dużo czasu, byśmy nauczyli się, że w tym klubie właściwie nic się nie zmieniło.

Powrót do żywych

Przepiękne trafienie Gabriela Paulisty wystarczyło, aby przełamać złą passę w lidze i zdobyć trzy punkty. To nie był solidny występ Valencii, ale w tym przypadku cel uświęcał środek. Beniaminek z Balearów miał być odpowiednim przeciwnikiem, chociaż trzeba pamiętać, że przyjezdnym na Iberostar łatwo nie jest. Jose Bordalas zdawał sobie sprawę, że jego podopieczni potrzebują przełamania po siedmiu meczach bez zwycięstwa. Przed najważniejszym sprawdzianem do tej pory. Zaraz przecież Athletic i walka o finał Pucharu Króla. Być może jedyny pozytywny akcent, na który stać ekipę z Mestalla. I tak, jest to trochę paradoks, jeśli przypomnimy sobie czasy Marcelino i wiele cierpkich słów po wygranym finale w 2019 roku. Oczekiwania były większe na innych frontach. Dziś nie ma już żadnych.

Valencia po 26. kolejce LaLiga ma 33 punkty na koncie. Jest w tym jakaś historia, gdy spojrzymy na ten etap rozgrywek w kilku ubiegłych sezonach po przejęciu klubu przez Petera Lima. To 31 pkt w 2015/16 i dwa mniej w 2016/17. 36 oczek w kampanii 2018/19 i 30 pkt w 2020/21. Jedynie w dwóch sezonach pod dowództwem Marcelino zespół z Mestalla był w stanie przebić barierę 40 punktów po 26 meczach (2017/18 i 2019/20). Niemniej aktualny dorobek pozwolił zająć 9. lokatę w tabeli. To może działać na wyobraźnie, bo przecież tragedii nie ma. Walka o Europę, choć realna to cały czas odległa. Na tyle, że dziś konkurencja musiałaby popełnić całą masę błędów, aby Nietoperze zbliżyły się do rozgrywek międzynarodowych. Zwycięstwo z Villarrealem to jedyny pozytywny wynik z górną częścią tabeli. Los Ches strzelili 38 goli i stracili aż 42, co daje nam średnią 1,6 na mecz.

Tym samym nie można powiedzieć, że jest to najgorszy dorobek ostatnich lat, ale równocześnie nie widać żadnej poprawy. Zwolnienie Pablo Longorii, Mateu Alemany’ego i Marcelino nie przyniosło pożądanego efektu. Asem w rękawie może być wspomniany Puchar Króla, z którego sensacyjnie – a może i nie – odpadli już giganci. Reszta stawki pozostaje w zasięgu, ale czy Valencia może upatrywać swojej szansy? W teorii to Real Betis pod batutą Pellegriniego nabiera rumieńców, a Athletic udowadnia, że jest dziś w stanie pokonać każdego. I również z każdym przegrać. Bordalas byłby szaleńcem, gdyby myślał o złocie, lecz nadzieja to towar, którym łatwo handlować.

Łowca promocji?

Wielu kibiców oczekiwało, że zima będzie przełomowa. Nawet jeśli z prawnego i ekonomicznego punktu widzenia niewiele wskazywało na taki obrót spraw. Latem Jose Bordalas otrzymał wiele zaufania od Murthy’ego na rynku transferowym. To on zdecydował, iż Gonzalo Villar i Florentino Luis nie trafią na Mestalla. Sprowadził za to Hugo Duro i Marcosa Andre. Nie udało się z Mauro Arambarrim, ale nie można mieć wszystkiego. W styczniu okręt zaczął nabierać wody, więc znów trzeba było wyruszyć na łowy. Tu pojawia się zonk.

W klubie nie ma już Wassa, Jasona, Blanco, czy Picciniego. Dienis Czeryszew w czerwcu odejdzie za darmo, a sprawa Carlosa Solera i Jose Gayi nie jest jeszcze zakończona. Pierwszy z wymienionych nie jest przekonany do proponowanych warunków finansowych. Drugi w połowie marca ma przedłużyć kontrakt do 2027 roku, ale w biurach Los Ches aż do momentu złożenia podpisu będzie nutka niepewności. Valencia poza sprowadzeniem Eraya Comerta pokusiła się jedynie o wypożyczenia. Do Hiszpanii w poszukiwaniu minut wrócił Ilaix Moriba i Bryan Gil. Były zawodnik Sevilli, gdy tylko wysiadł z samolotu, od razu wpadł w łaski Pepa, mimo że przez wiele miesięcy w Anglii ledwo powąchał murawę. Stał się starterem w trzech pierwszych spotkaniach i rozkochał w sobie kibiców. Na Mendizorroza trener dał mu odpocząć, co dało się zauważyć, albowiem jego brak zdecydowanie wpłynął na grę Nietoperzy.

Valencia wie, że to rozwiązania krótkoterminowe. Ciągle szuka w środowisku graczy, znających ligę. Najchętniej po niskich kosztach, czy wręcz za darmo. Latem spróbują uderzyć w drużyny, którym nie uda się utrzymać pierwszej dywizji. Z pewnością na radarze ponownie pojawi się Luis Rioja i Joselu. 28-latek łączony jest z Mestalla od zeszłego lata. Łatwo nie będzie, bo dopiero co podpisał nowy kontrakt, ale cena błyskawicznie spadnie, gdy Alaves nie wywalczy utrzymania. Trochę inaczej sytuacja wygląda w przypadku napastnika urodzonego w Stuttgarcie. Joselu zapowiedział, że będzie to jego ostatni sezon na Mendizorroza, a Bordalas zdążył już wykonać pierwsze telefony. To szczególnie atrakcyjne opcje, jeśli Bryan Gil wróci do Tottenhamu.

W gronie spadkowiczów może znaleźć się także sąsiad zza miedzy – Levante. Tym samym mówi się o Jorge de Frutosie, będącym jedną z najjaśniejszych postaci klubu. Problemem jest cena, ponieważ wraz ze zwyżką formy poszybowała do ponad 15 mln euro. Trzeba również pamiętać, że Levante przy ewentualnej transakcji musi liczyć się z Realem Madryt, który posiada 50% praw do zawodnika oraz ma pierwszeństwo wykupu. Potencjalnym transferem może być zatem Rober Pier lub Mickael Malsa, który utrzymuje dobre stosunki z Bordalasem.

Bordalas i projekt z papieru

Valencia od dwóch lat nie jest w stanie rozegrać dwóch spotkań bez straty bramki! Podopieczni Pepa tym sezonie tylko siedem razy zachowali czyste konto. I mówimy także o meczach wyciąganych jak ten z Getafe, Cadiz, czy ostatnio z Mallorcą. Jeśli myślisz o europejskich pucharach, to nie możesz walczyć o życie w każdym spotkaniu. Drużyna gra brzydko, łatwo się podpala, choć to wszystko w stylu Bordalasa. To działało w Getafe przez blisko pięć lat. Tylko w Valencii tyle cierpliwości może nie otrzymać.

Klub mówi o szkoleniu. O rywalizacji na szczytowym poziomie, ale akademia to wymówka. Nikt nie wspomina budowie drużyny na wychowankach. Każdy zdaje sobie sprawę, że adepci dostaną szansę, ale przy pierwszej lepszej ofercie klub pozwoli im odejść. Pozwoli na to zarząd, bo trudno przypuścić kontrofensywę. Jeśli Bordalas będzie jeszcze trenerem, to pozostanie mu jedynie świecić oczami na konferencji, żyjąc w przekonaniu, że być może coś się ruszy z uwagi na porozumienie z CVC. Tylko ile w tym realnej wiary? Ile znaczą słowa Bordalasa, który nie może doprosić się o zmiany w pionie medycznym, z którym współpracuje na co dzień? Charakter jest w cenie, ale dopóki za sznurki pociąga pewien Singapurczyk…


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Ten artykuł jest dostępny tylko w zagraniczej odsłonie tego serwisu.