Wyjść z cienia wielkiego brata

a-league.com.au

Dla nas po letniej, a dla Australijczyków zimowej przerwie rozpoczyna się nowy sezon Hyundai A-League. By przebić się do świadomości europejskich kibiców, piłkarskie rozgrywki Kraju Kangurów muszą w tym roku stawić czoła nie lada rywalowi, który niebywale rozwinął się w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy za Wielkim Murem. Czy liga australijska ma więc w swoim zanadrzu argumenty by wyjść na pierwszy plan futbolu azjatyckiego?

W jednym z wywiadów, naczelny ekspert RP na temat oceanicznego piłkarstwa oraz Major League Soccer, Adam Kotleszka stwierdził, iż aby „spróbować poznać MLS, trzeba odrzucić wszelkie wyobrażenie o lidze piłkarskiej, jakie zna się z Europy. Trzeba pojąć, że ludzie żyjący na innym kontynencie mają nieco inne spojrzenie na życie, a co dopiero na taką błahostkę, jaką jest futbol”. Jego słowa można w stu procentach przenieść na grunt Australijski. By w pełni zrozumieć, jaki poziom trudności ma zadanie, które w tej rundzie chce wykonać Hyundai A-League trzeba nieco zagłębić się w jej regulaminie.

Po pierwsze sezon ligi australijskiej dzieli się na dwie części: sezon zasadniczy, w którym walka toczy się o trofeum Premiers Plate oraz jak najlepsze rozstawienie do play-offów [miejsca 1-6 z 10 w tabeli – przyp.red.], a także serię finałową, gdzie padają ostateczne rozstrzygnięcia w wojnie o tytuł mistrzowski. Wielu z was pewnie teraz puka się w głowę: Co to za liga, w której o ewentualnym mistrzostwie mogą zadecydować trzy ostatnie mecze? Otóż w Australii gra w sezonie zasadniczym toczy się o coś więcej niż sam “suchy” start w play-offach. Miasta odpowiednich klubów dzielą w tym państwie setki, jak nie tysiące kilometrów, a wyższe miejsce w tabeli końcowej daje komfort rozgrywania spotkań serii finałowej na własnym terenie. Co więcej, zwycięzca sezonu regularnego zapewnia sobie udział w upragnionej Azjatyckiej Lidze Mistrzów.

Z polskiej perspektywy: fajnie, małe zespoliki biją się o jakiś tam puchar i meczu u siebie, co z tego? Między innymi to, iż tam nie ma pojęcia, że coś jest nieważne. W poprzednim sezonie do ostatniej kolejki rundy zasadniczej o Premiers Plate walczyły aż cztert zespoły, a wszystko rozstrzygnęło się za sprawą fantastycznej postawy bramkarza Lawrence’a Thomas’a (Melbourne Victory), który nie dał się pokonać piłkarzom Brisbane Roar w starciu kończącym zmagania przed play-offami. Pierwsze miejsce przed Final Series zdobyła Adelaide United, drużyna będąca przez dłuższy czas… czerwoną latarnią ligi! Tak, w Australii dosłownie każdy jest w stanie wygrać z każdym, dowolnym, niekiedy nawet hokejowym, rezultatem. Znacie może ligę, w której średnio w jednym spotkaniu padają ponad trzy bramki [średnio 3.12 – przyp.red.]? A może taką, gdzie wyniki postać 6:3, 4:3, czy 5:2 są na porządku dziennym? Macie ostatnią szansę: zespół w najważniejszym meczu sezonu przegrywa u siebie w 23. minucie 0:3, tracąc gola samobójczego oraz chwilę później po rykoszecie. Do przerwy jest już tylko 2:3, a w 13 minut to gospodarze wychodzą na prowadzenie 4:3, by stracić je na dziesięć obrotów wskazówki zegara przed zakończeniem spotkania. W dogrywce Western Sydney Wanderers, bo to oni grali rolę gospodarzy, zdobyli jeszcze jedną bramkę, dobijając przyjezdnych Brisbane Roar. Z resztą obejrzyjcie filmik poniżej i poczujcie to na własnej skórze, gdyż jak stwierdził komentator Eurosportu Adam Kotleszka: “Nikomu nie staram się udowodnić, że liga australijska jest lepsza od jakiejkolwiek w Europie. Ona jest po prostu MEGA ciekawa.” A dlaczego tak się dzieje? Za to odpowiada kolejny punkt w przepisach Hyundai A-League.

Każdy z dziesięciu klubów uczestniczących w rozgrywkach ma ograniczony miesięczny budżet na wydatki wobec piłkarzy, tzw. Salary Cap. Wszystko po to by wyrównać poziom ligowy i dać takie same szanse wszystkim występujących w nim zespołom: od biednych Central Coast Mariners po kupionych przez właścicieli Manchesteru City, Melbourne City. W tym roku Salary Cap wynosi 2.6 miliona dolarów australijskich (ok. 7.67 mln PLN), które zespół może przeznaczyć na maksymalnie dwudziestu trzech zawodników. Do tej puli nie wliczają się jednak kontrakty typu „Marquee”, czyli specjalne umowy przeznaczone dla potencjalnych gwiazd ligi. Do tej pory można było zatrudnić dwóch takich „gwiazdorów”, przy czym jeden z nich musiał posiadać australijski paszport. Od tego sezonu przedstawiciele rozgrywek wprowadzili zasadę „Guest Marquee Rule”, pozwalającą sprowadzić do drużyny  na okres dwunastu miesięcy trzeciego wielkiego gracza, z którego pensji jeden milion będzie refundowany przez federację (FFA). Nim jednak dojdzie do podpisania umowy, dany klub musi zgłosić chęć pozyskania konkretnego zawodnika do FFA, gdyż ta musi sprawdzić czy nowy nabytek spełni kryteria marketingowe oraz zapewni odpowiedni poziom sportowy. Symbolem tej swego rodzaju rewolucji jest legenda australijskiej piłki, Tim Cahill, który wrócił do kraju i podpisał umowę ze wspomnianym Melbourne City.

Inna drużyna z Melbourne, Melbourne Victory, toczyła bardzo zaawansowane rozmowy z Alessandro Diamantim (kiedyś Juventus) oraz Michaelem Essienem (Chelsea) i choć żaden z nich ostatecznie nie przywdzieje w tym sezonie granatowej koszulki to w świat poszła informacja, iż A-League wzbudza zainteresowanie. Z resztą wciąż możliwy jest transfer Diego Forlana do Brisbane Roar, ale ewentualna finalizacja negocjacji miałaby mieć miejsce w styczniu. Mimo iż więcej światowych gwiazd jak na razie nie zagra w Hyundai A-League to tych ciut mniej znanych, ale wciąż prezentujących znakomity poziom przybyło do australijskiej ekstraklasy. Sydney FC wzmocnił najlepszy strzelec w historii Besiktasu Stambuł, Brazylijczyk Bobo, do Perth Glory przeszli reprezentanci kraju z Middlesbrough oraz Fulhamu, odpowiedni Rhys Williams oraz Adam Taggart, a dodatkowo Melbourne City podpisało kontrakt z wieloletnim piłkarzem Boca Junios, Nicholasem Colazo. Cieszy też powrót do rodzimych rozgrywek innych reprezentantów The Socceroos. Pomocnika Bretta Holmana (Roar) czy dwóch Jamesów: Troisi’ego (Victory) oraz Holland’a (Adelaide Unied). A słyszeliście co z piłką potrafi uczynić najlepszy zawodnik poprzedniego sezonu Diego Castro (Perth Glory)? Jak gra kapitan reprezentacji Fidżi Roy Krishna (Wellington Phoenix), którego strzały będzie bronił Thomas Sorensen (Melbourne City)? Tak, to ten Sorensen, który przez wiele lat z powodzeniem występował w Premier League.

„Mógłbym się założyć, że na świecie żyje niewiele osób, które oglądają aktualnie więcej piłki ode mnie. Powiem wam, iż niektórych lig europejskich nie da się obserwować, a co dopiero porównywać do Hyundai A-League” – mówił przed wrześniowym meczem eliminacji MŚ, szkoleniowiec kadry The Socceroos, Ange Postecoglou. – „W kontraście do wielu innych rozgrywek, liga australijska wypada naprawdę dobrze i moim zdaniem, jeśli któryś z zawodników dobrze radzi sobie tutaj, to poradzi sobie także za oceanem. Część drużyn ze Starego Kontynentu jeszcze tego nie zrozumiała, ale te bystrzejsze już czerpią korzyści z dawania szans Australijczykom”. Najlepszym przykładem ilustrującym słowa szkoleniowca jest tegoroczny transfer Aarona Mooya z Melbourne City do Manchesteru City. Co prawda The Citizens momentalnie wypożyczyli pomocnika do Huddersfield, jednak tam Mooy z miejsca został jednym z liderów drużyny. Inne przykłady? Tom Rogić asystujący przy bramkach Celticu w meczu LM przeciwko angielskiemu City, Matthew Ryan stojący między słupkami Valencii oraz defensywny pomocnik Aston Villi, Mile Jedinak. Dobrze radzą sobie, także m.in. obrońcy: Scott Jamieson (wcześniej Western Sydney, teraz IFK Goteborg) oraz młodziutki Alex Gersbach (Rosenborg Trondheim). Kolejnym gorącym towarem eksportowym może być wspomniany wcześniej Maclaren. 23-letni napastnik znakomicie spisywał się podczas poprzedniej rundy, czym zapracował na oferty, które ponoć pojawiały się podczas majowego sparingu z Anglią. Wszyscy wyżej wymienieni zawodnicy pierwsze kroki w profesjonalnym futbolu stawiali właśnie w Hyundai A-League.

Tegoroczne rozgrywki zapowiadają się być jeszcze bardziej pasjonujące od tych minionych, ale jest to nie tylko zasługa wzmocnień newralgicznych pozycji wszystkich zespołów, ale również… testów powtórek wideo, które mają mieć miejsce w tym sezonie Hyundai A-League. Kto wie czy Australia nie będzie punktem zwrotnym w rozwoju tej technologii, gdyż jak do tej pory nie stosowano pomocy kolejnych arbitrów w spotkaniach decydujących o tym, gdzie powędruje tytuł mistrzowski danego kraju. Ciekawie może też dziać się za kulisami potyczek typowo sportowych. Władze ligi są w trakcie negocjacji ze stacjami telewizyjnymi, których rezultatem może być nowy kontrakt między oboma podmiotami, dający duże wsparcie każdej z rywalizujących drużyn? Federacja ma także zacząć podejmować decyzje odnośnie utworzenia drugiego poziomu ligowego by spełnić oczekiwania FIFA oraz azjatyckiego AFC. Chwila, chwila, ale kogo to tak naprawdę obchodzi?

Wielu tradycyjnym kibicom z Europy może się wydawać, iż piłką australijską interesują się tylko obywatele tego kraju. Otóż nie! Po pierwsze, Grand Final 2016, czyli mecz decydujący o to kto zostanie mistrzem kraju w sezonie 2015/16 [Adelaide United – Western Sydney 3:1 – przyp.red.], miał globalny zasięg wynoszący 211 milionów osób, z czego tylko niewiele ponad 590 tysięcy śledziło go w Państwie Kangurów. Co więcej, Hyundai A-League zajmuje 14 miejsce na świecie jeśli chodzi o średnią frekwencję na trybunach, zostawiając daleko w tyle m.in. naszą rodzimą ekstraklasę! A przecież futbol w Australii musi rywalizować z rugby, krykietem czy ichniejszą dyscypliną sportu zwaną futbolem australijskim. Coś więc musi w tej lidze być!

Może i jedyne co kojarzy wam się z A-League to to, iż w Sydney grał kiedyś Alessandro Del Piero. Prawdopodobnie widzieliście którąś z wydawanych co rok kompilację „faili” wyciągniętych wprost z tamtejszych boisk, ale musicie wiedzieć jedno. Jeśli oglądaliście jakikolwiek mecz reprezentacji Australii na Mistrzostwach Świata w Brazylii to widzieliście ile serca pozostawili tam The Socceroos by walczyć z silniejszymi od siebie drużynami. Te serce jest aż nadto widoczne w codziennych zmaganiach ligi australijskiej.

Zapraszam do oglądania w weekendowe poranki!  Sezon zaczyna się 7 października!

Dwa dni wcześniej przyszykujcie się jednak na coś, czego prawdopodobnie w polskim internecie jeszcze nie było.


Najlepsze oferty bukmacherskie na Euro 2020
20 zł bez depozytu, 600 zł bez ryzyka i bonus 2100 zł na eFortuna.pl
20 zł bez depozytu, 333 zł bez ryzyka i bonusy 2000 zł na LVBET.pl
21 zł bez depozytu, 230 zł bez ryzyka i bonusy 549 zł na Totolotek.pl
Zakład bez ryzyka 500 zł i bonus od depozytu 50 zł na Superbet.pl
Freebet 50 zł, zakład bez ryzyka 600 zł i bonus od depozytu 1000 zł na Betfan.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *