W tej bajce smoków nie było, ale są zgliszcza. Granada już bez Moreno w walce o utrzymanie

Granada

fot. Granada CF


Wskoczyć na konia po sukcesach Diego Martineza nie jest łatwo, ale Robert Moreno podjął się wyzwania. Czas pokazał, że słowa o regularnej grze w Europie są dalekie od rzeczywistości, a Granada wróciła do walki o utrzymanie dywizji.

Do Granady przybył z pomysłem, którego nie był w stanie zrealizować. Walczył z władzami, trybunami i całym środowiskiem. Fatalne wejście w sezon i spadek na samo dno, by pod koniec ubiegłego roku znów rozpalić nadzieję. To miało być przełamanie, a okazało się gwoździem do trumny. Zespół znów się rozpadł. Zapadł wyrok – Robert Moreno zwolniony.

Walka o utrzymanie nabiera rozpędu, a prezesi nie przebierają w środkach. Na stołku trenerskim rotowano już w Getafe, Cadiz, Elche, Alaves i dwukrotnie w Levante. Właściwie w dolnej części tabeli LaLiga pracę utrzymał jedynie Luis Garcia (Mallorca). Pożegnanie Moreno nie jest zaskoczeniem z uwagi na wyniki, ale również dlatego, że o takiej ewentualności rozmawiano już w październiku. Istniała szansa, że to nie Paco Lopez jako pierwszy trafi na trenerską karuzelę, ale wówczas wygrała cierpliwość.

Skok w bok i powrót do szarzyzny

I to mogło być początkiem pięknej historii, albowiem po trudach na początku kampanii 44-latek dał kilka pozytywnych akcentów. Zwycięstwo w derbach Andaluzji z Sevillą, czy pokaz siły w meczu z Levante. Wcześniej i urwany punkt Barcelonie na Camp Nou, choć Nazaries mogli wywieść komplet oczek, gdyby nie bramka Araujo w doliczonym czasie gry. Trudno mówić o punkcie zwrotnym, gdy remisujesz z miernym Getafe, przegrywasz z beniaminkiem, a z Kadyksem do końca walczysz, choćby o punkt. Niemniej początek zimy dla trenera andaluzyjskiej ekipy był obiecujący, a zwycięstwo z mistrzem Hiszpanii to najszczęśliwszy moment kadencji Moreno, z uwagi, iż Granada z Atletico nie wygrała od 1975 roku.

Mimo wszystko trenerowi wciąż wypominano dość wyraźną skazę w postaci Pucharu Króla. Mowa o bolesnej porażce z Atletico Mancha Real, dziś bijącym się o utrzymanie czwartej ligi. Sam Moreno wolał skupić się na braku skuteczności mimo oddanych 24 strzałów na bramkę, deprecjonując rezultat meczu.

Wraz z początkiem roku wróciły koszmary, chociaż Hiszpan zaczął przyzwoicie, bo od remisu z Barceloną. Czas nie był jednak hojny i po kolejno siedmiu meczach bez zwycięstwa resztki zaufania wyparowały. Rozdział zamknęła Valencia, ale to ostatni mecz Moreno na Los Carmenes z Cadiz był swego rodzaju stemplem późniejszego zwolnienia. Po remisie znów na trybunach pojawiły się gwizdy, ale 44-latek był dobrej myśli. A przynajmniej taką postać przybrał, mówiąc nawet, że ten moment będzie ciekawą anegdotą pod koniec sezonu.

Miało być El Dorado

Największym rozczarowaniem ery Roberta Moreno jest utrata własnej tożsamości. Zbudowanej pod Diego Martinezem, która zaczęła przynosić sukcesy. I to całkiem konkretne, bo ponad stan i wszelkie założenia. Moreno nie chciał wchodzić w buty swojego poprzednika. Preferował futbol bardziej stylowy. Więcej gry piłką i płynniej w ofensywie. Tylko zasób i możliwości szybko zweryfikowały barwne słowa szkoleniowca, a Granada zaczęła pikować w tabeli.

Projekt, który zatoczył koło. Bordalas traci cierpliwość

Można było odnieść wrażenie, że Moreno za wszelką cenę chce podążać utrwaloną ścieżką znaną mu z reprezentacji Hiszpanii. Nie udało się w Monaco i również nie wyszło w Granadzie. Sam 44-latek nie poradził sobie z zaistniałą sytuacją, kibicami, prasą a pożegnanie było kwintesencją tego epizodu. Po cichu i tylnym wyjściem. Wczesna porażka aż 0:4 z Rayo Vallecano okazała się sygnałem, choć wtedy jeszcze było za wcześnie, żeby postawić krzyżyk. Finalnie tę historię podsumowuje statystyka – 29 meczów i tylko sześć zwycięstw. To najgorszy procent w całej historii klubu, który dziś pozostaje jedynie trzy punkty nad strefą spadkową.

Granada wraca do korzeni

Prezes Enrique Pina Campuzano nie zamierzał kalkulować. Sięgnięto do zaplecza i tymczasowym trenerem Granady został Ruben Torrecilla. Przywitany przez kibiców z uśmiechem na twarzy. W dużej mierze ze względu na wykonaną pracę w akademii. Być może również z uwagi na wyjście z dość podobnej sytuacji w ubiegłym sezonie. A może po prostu fani liczą, że człowiek z własnego podwórka zna drużynę na wylot i to mu, łatwiej będzie nawiązać do czasów Martineza.

Torrecilla w akademii przywrócił do łask kilku graczy i zamierza to wykorzystać, choć bez pochopnych decyzji. – W tej chwili nie rozmawiałem szczegółowo z nikim z pierwszego zespołu, skupiłem się na drużynie rezerwowej. Dużo o wszystkim myślę, dużo rzeczy zapisuje. Myślę, że mamy graczy na wysokim poziomie. Swego czasu zmieniliśmy Caio Emersona, który skończył z siedmioma bramkami w dziewięciu meczach – mówił nowy szkoleniowiec Nazaries.

Sztab Rubena ma składać się po części z osób aktualnej grupy i tej, z którą współpracował w akademii. Jedną z najważniejszych postaci będzie prawa ręka Torrecilli, czyli Diego Mainz. Nowy szkoleniowiec chce położyć duży nacisk na intensywność, którą imponuje mu Athletic. Granada ma być gotowa motorycznie, aby nadrabiać braki techniczne. Niemniej Ruben znany jest z luźnej relacji z piłkarzami i to może być kluczem w odzyskaniu szatni i postawieniu jej na nogi. 42-latek zna wartości klubu i ma po swojej stronie „górę”. Jego wizja jest zgodna z tą zarządu, więc nikt nie powinien mu rzucać kłód pod nogi. Nie przejmuje się rangą „tymczasowego” trenera, bo wie, że jeśli koncepcja przyniesie rezultat, to nie tylko utrzyma ligę, ale i pracę. –  Spróbujemy zmienić dynamikę zespołu. Czuję się zmęczony, ponieważ mało spałem, analizując, myśląc i wizualizując, co możemy poprawić. W końcu to ważne wyzwanie. Mamy za sobą wielu ludzi – mówił tuż po zatrudnieniu.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Ten artykuł jest dostępny tylko w zagraniczej odsłonie tego serwisu.