NA GORĄCO

SAper przy Łazienkowskiej

25 września 2018, 09:50 | Foto: MIkołaj Barbanell (Piłkarski Świat) | Autor: Wojciech Palacz
SAper przy Łazienkowskiej
Blogi
0

Gdy Legia poinformowała o podpisaniu kontraktu z Sa Pinto pojawiło się wiele drwin i niedowierzań w stronę Portugalczyka i jego trenerskich umiejętności. Średnia punktów na mecz jaka oscylowała w granicach punktu i okres jaki spędza w klubie (rok) była fantastyczną okazją do pastwienia się nad stołecznym klubem, który w tamtym momencie był wrakiem, z którego tymczasowy kapitan – Vuković zbierał bandery Klafuricia.

Dariusz Mioduski po czasie eksperymentów, długofalowych pomysłów zdecydował się na prawdziwą bombę, którą spuścił do zniszczonej szatni Legii z nadzieją, że ta bomba zrówna z ziemią przeszłość i pozwoli na odcięcie się od nieudanych pomysłów.

Bomba jaką był Sa Pinto wydaje się spełniać zadanie. Do skłóconej szatni wszedł charakter przypominający Stanisława Czerczesowa. Czas na dyscyplinę, na szacunek do trenera, ale i zaufanie. Dyscyplinę trener z mocnym charakterem może wprowadzić bez problemu, szacunek i zaufanie trener jest w stanie sobie tylko wypracować dając zawodnikom wiarę, że jego plan będzie tym właściwym.

Powiedzmy sobie szczerze, taki trener był Legii potrzebny, bardzo mocne pozycje piłkarzy jak ta Radovicia, choć zasłużona patrząc na jego historię i tego co zrobił dla Legionistów, to nie koniecznie dobra dla atmosfery w klubie. Przez ostatnie lata taki Radović, czy Malarz musiał pracować z ludźmi, którzy wiedzę o piłce mieli na pewno mieli nie małą, ale zabrakło im doświadczenia. Brak doświadczenia kadry przelał się na zawodników, którzy nie czuli się przygotowani fizycznie do poszczególnych rund sezonu. Przygotowanie Magiery doprowadziło do roku bez europejskich pucharów, Jozaka do bardzo kiepskiej, mimo, że mistrzowskiej rundy wiosennej, a Klafuricia do podobnego koszmaru co rok wcześniej.

Ciężko wymagać od piłkarzy, którzy pracowali już z niejednym szkoleniowcem, w różnych miejscach na świecie, aby udawali, że wszystko jest okej, gdy sami w to nie wierzą. Braku przygotowania fizycznego nie da się ukryć, a od 2 lat Legia wyglądała jakby co weekend stawali do gry po tygodniu spędzonym w kopalni.

Brakowało świeżości, umiejętności, wiary, może trochę ambicji, lecz Sa Pinto dał szansę na nowe rozdanie, na przerwanie naprawdę trudnych lat marazmu.

Portugalczyk sprawę postawił jasno. Legia zasługuje na Europę, a kibice na dobrze grającą drużynę. Zadanie to nie będzie łatwe, trzeba odbudować pewność siebie zawodników którzy kilka tygodni wcześniej odpadli z eliminacji Ligi Mistrzów z drużyną gdzie gwiazdą jest wyrzutek z ekstraklasy, a następnie z pół-profesjonalistami z Luksemburga w ramach eliminacji Ligi Europy. Już pod wodzą Pinto przyszła też sromotna klęska na własnym stadionie z Wisłą Płock, pracy co nie miara.

Drużynie potrzeba zrobić wyrównawczy obóz przygotowawczy do połowicznie już straconego sezonu, gdzie odbudują kondycję, ich poprzednia wyglądała jak po dwumiesięcznych wakacjach. Codzienna żmudna praca i przerwa na reprezentację, która dla portugalskiego sztabu była jak dar prosto z niebios.

Czas i spokój to najlepsze co mogli wszyscy związani z Legią dostać. Sprawdzianem tych przygotowań miało być spotkanie nie byle jakie, derby Polski przeciwko Lechowi. Dla obu drużyn ten mecz to szansa na odbicie się od naprawdę kiepskiej dyspozycji.

Lech przy Łazienkowskiej został skompromitował się sam. Zabrakło walki, zaangażowania, chęci do zmiany wyniku, a Pinto? A Pinto może zapisać sobie już mały, polski sukces.

Nie obyło się w tej historii od decyzji trudnych. Miejsce w bramce stracił ten który dał kilka miesięcy wcześniej Legii mistrzostwo – Arkadiusz Malarz, na rzecz Radosława Cierzniaka, który wreszcie w oczach kolejnego trenera Legii stał się pierwszym bramkarze.

Ta decyzja się póki co broni, Cierzniak wydaje się pewniejszy od Arkadiusza, lepiej wznawia akcje, jest dokładniejszy i przypomina zawodnika jakim był w Wiśle, nie to co pokazywał nam wszystkim już w Warszawie. Kolejnym zawodnikiem jakiego Sa Pinto nie widzi w zespole to kolejny, duży transfer z ligi polskiej do Legii – Krzysztof Mączyński. Nie pasuje on do idealnej drużyny byłego zawodnika Sportingu.
Nie jest to walczak, nie będzie gryźć zębami murawy, a tego właśnie Sa wymaga, ta drużyna ma walczyć od pierwszego gwizdka  do ostatniego.

W sobotę przeciwko Miedzi widzieliśmy już inną drużynę Legii, lepszą, pewną siebie. Fantastycznie grał Cafu, Szymański widać, że odnajduje formę i stara się zapracować na wartość sięgającą 10 milionów o której mówił Dariusz Mioduski. Nagy, skreślony przez Jozaka zaczyna wchodzić na wyższy poziom i wygląda na jednego z liderów drużyny. Wystarczyły dwa mecze, aby Węgier stał się ikoną nowej Legii, wygląda fantastycznie i robi na boisku niesamowitą różnicę.

Ta Legia zaczyna przypominać drużynę, a Sa Pinto wydaje się być trenerem za którym zawodnicy już wskoczą w ogień.

Trudno powiedzieć jak długo taki stan rzeczy się utrzyma, ale im dłużej trener z prawdziwego zdarzenia pracuje w Warszawie, tym widać, że Legia jest coraz lepsza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przejdź do paska narzędzi