twitter.com/PremierLeague

Raptem we wtorek i środę piłkarze Premier League rozegrali mecze 24. kolejki sezonu 2018/19, a tymczasem za nami już kolejna seria gier. Przyniosła ona pewne zmiany w czołówce tabeli. Manchester City zmniejszył swoją stratę do liderującego Liverpoolu, a na czwarte miejsce powróciła Chelsea. O tym, jak do tego doszło, a także o pozostałych wydarzeniach ostatnich dni, piszemy jak zwykle w naszym podsumowaniu kolejki.

Inauguracja 25. kolejki Premier League wypadła okazale. Na Wembley w starciu pomiędzy Tottenhamem a Newcastle było niemal wszystko: strzały w obramowanie bramki, efektowne parady bramkarzy czy ofiarne interwencje obrońców. Przez długi czas brakowało jednak tego, co najważniejsze – goli. Przez większość meczu przewagę miał Tottenham, jednak ataki podopiecznych Mauricio Pochettino przypominały raczej uderzanie głową w mur. Dosłownie głową, bo to właśnie po strzałach tą częścią ciała gospodarze stwarzali największe zagrożenie. Warto jednak zaznaczyć, iż goście nie ograniczali się jedynie do defensywy. Po piłkarzach Newcastle wyraźnie było widać, iż są – jak na Sroki zresztą przystało – uskrzydleni ostatnimi triumfami nad Cardiff, a zwłaszcza Manchesterem City. W takich meczach często bywa tak, że o zwycięstwie którejś ze stron decyduje jeden błąd. W sobotę popełnił go Martin Dúbravka, który przepuścił pod sobą piłkę po strzale z dystansu Sona Heung-mina w 83. minucie spotkania. Dla ekipy Pochettino była to już trzecia z rzędu wygrana, odniesiona dzięki bramce w końcowych dziesięciu minutach meczu. Tottenham ustanowił tym zwycięstwem także nowy rekord Premier League. Dla Kogutów był to bowiem już 29. mecz z rzędu bez remisu, dzięki czemu poprawiły one wynik Boltonu Wanderers z 2011 roku.

Pięknie z kibicami Chelsea przywitał się Gonzalo Higuaín. W swoim pierwszym meczu na Stamford Bridge Argentyńczyk dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. Zwłaszcza drugie trafienie było nieprzeciętnej urody. Dwa gole strzelił także Eden Hazard, a jednego David Luiz i The Blues rozbili Huddersfield 5:0. Podopieczni Maurizio Sarriego w jakimś stopniu zmazali tym samym plamę po środowej klęsce z Bournemouth. I choć nie chcielibyśmy deprecjonować ich wyczynu, nie sposób nie zwrócić uwagi na poziom ich rywala. Huddersfield zamyka tabelę z coraz większą stratą do miejsca gwarantującego utrzymanie w lidze i wydaje się, że w klubie są już pogodzeni ze swoim losem. Widmo spadku coraz głębiej zagląda także w oczy piłkarzy Fulham. W derbach Londynu – bardzo istotnych w kontekście walki o utrzymanie – podopieczni Claudio Ranieriego ulegli na Selhurst Park Crystal Palace 0:2. Takim samym wynikiem zakończyło się spotkanie w Cardiff, gdzie inna drużyna ze strefy spadkowej pokonała Bournemouth, co po ostatnich zwycięstwach Wisienek z West Hamem i Chelsea może wydawać się pewnym zaskoczeniem. Artura Boruca dwukrotnie pokonał Bobby Reid, który właśnie w sobotę obchodził swoje 26. urodziny.

W nieco lepszym nastroju od Boruca może być Jan Bednarek, choć polski obrońca i jego cała drużyna z pewnością odczuwają ogromny niedosyt. W bezpośrednim starciu drużyn, znajdujących się tuż nad strefą spadkową, Southampton w ostatnich sekundach stracił cenne wyjazdowe zwycięstwo z Burnley. Święci prowadzili od 55. minuty po trafieniu Nathana Redmonda, któremu asystował Bednarek. W doliczonym czasie gry Jack Stephens, naciskany przez Petera Croucha, zagrał jednak piłkę ręką we własnym polu karnym, a jedenastkę na gola zamienił Ashley Barnes, ratując tym samym punkt drużynie gospodarzy. Był to jeden z dwóch sobotnich meczów zakończonych remisem. W spotkaniu Brighton z Watfordem bramki jednak nie padły. Skoro padło już natomiast nazwisko Petera Croucha, warto zaznaczyć, iż był to jego debiut w barwach Burnley. Dla rosłego napastnika jest to już siódmy klub, dla którego zagrał w Premier League. Pod tym względem wyprzedza go jedynie Marcus Bent, który w najwyższej klasie rozgrywkowej reprezentował barwy ośmiu zespołów.

Nie ustają zachwyty nad rewelacyjnym beniaminkiem z Wolverhampton. Wilki powoli oddalają się rywalom w wyścigu o siódme miejsce w lidze. W sobotę, w bezpośrednim pojedynku z innym kandydatem do zajęcia tej pozycji, piłkarze Wanderers pokonali na wyjeździe Everton 3:1, odnosząc tym samym już trzecie zwycięstwo z rzędu. W starciu portugalskich menedżerów Nuno Espírito Santo okazał się zatem lepszy od Marco Silvy, którego posada staje się powoli zagrożona. Everton, który za sprawą swojego potencjału i przeprowadzonych przed sezonem transferów miał być faworytem do siódmego miejsca, wciąż ma kłopoty z ustabilizowaniem swojej formy. Strata The Toffies do Wolverhampton wzrosła już do pięciu punktów, a jej odrobienie w najbliższym czasie nie będzie łatwe, gdyż już w środę Everton czeka trudne spotkanie z Manchesterem City.

Tymczasem mistrzowie Anglii, po sensacyjnej porażce z Newcastle, wrócili na zwycięską ścieżkę. Hit 25. serii gier okazał się spektaklem jednego aktora. W głównej roli na Etihad Stadium wystąpił Sergio Agüero. Argentyńczyk trzykrotnie trafił do siatki Arsenalu, a podopieczni Pepa Guardioli zwyciężyli 3:1. Dla snajpera The Citizens był to dziesiąty hat-trick w Premier League i już tylko jednego brakuje mu do wyrównania rekordu Alana Shearera. Inna sprawa, że wyczyn Agüero nie byłby możliwy, gdyby nie popisowy występ jego kolegów. Każda z trzech bramek to prawdziwa demonstracja siły i kunsztu ze strony mistrzów Anglii, którzy pokazali tym sposobem, że puścili w niepamięć wtorkową wpadkę na St. James’ Park i wciąż liczą się w walce o obronę tytułu. Arsenal przypłacił natomiast tę porażkę spadkiem na szóste miejsce w tabeli. Stało się tak za sprawą zwycięstwa drugiego zespołu z Manchesteru. United pokonali na wyjeździe 1:0, a o wygranej Czerwonych Diabłów ponownie przesądził niezawodny duet Paul Pogba – Marcus Rashford. Ten pierwszy zaliczył asystę, a Anglik strzelił zwycięskiego gola. Taki obrazek stał się w ostatnich tygodniach niemal znakiem firmowym ekipy z Old Trafford, która pod wodzą Ole Gunnara Solskjæra wciąż pozostaje niepokonana.

Ostatni mecz 25. kolejki przypomniał nam niestety o nieudolności angielskich sędziów. Bramka, po której Liverpool objął prowadzenie w starciu z West Hamem (rzecz jasna z Łukaszem Fabiańskim między słupkami), nie powinna być bowiem uznana. James Milner, asystujący przy trafieniu Sadio Mané, znajdował się na pozycji spalonej. Sytuacja ta nie była nawet kontrowersyjna, gdyż spalony był wyraźny. Wszystko działo się w bocznym sektorze boiska, niemal tuż przed oczami sędziego liniowego. Potwierdza to tylko słuszność decyzji o wprowadzeniu od przyszłego sezonu systemu VAR, który najwidoczniej jest arbitrom potrzebny, a wręcz niezbędny. Małym pocieszeniem w całej tej sytuacji może być fakt, że The Reds cieszyli się z niezasłużonego prowadzenia zaledwie pięć minut, gdyż Michail Antonio doprowadził do remisu. Remisu, który utrzymał się już do ostatniego gwizdka sędziego. Liverpool stracił punkty drugi raz z rzędu, a dodając do tego wcześniejsze wymęczone zwycięstwa nad Brighton i Crystal Palace oraz porażkę z Manchesterem City, można wywnioskować, że lider Premier League złapał zadyszkę. Podopieczni Jürgena Kloppa ponownie poczuli za swoimi plecami oddech mistrzów Anglii, którzy zbliżyli się na dystans zaledwie trzech punktów. Okazja do zniwelowania tej straty już w najbliższą środę, kiedy to The Citizens rozegrają awansem mecz 27. kolejki przeciwko Evertonowi. Kolejka numer 26 natomiast zgodnie z planem – w nadchodzący weekend.


Jedenastka 25. kolejki Premier League wg PilkarskiSwiat.com:


Wyniki 25. kolejki i tabela Premier League:

Tottenham Hotspur FC – Newcastle United 1:0
Brighton & Hove Albion – Watford FC 0:0
Burnley FC – Southampton FC 1:1
Chelsea FC – Huddersfield Town 5:0
Crystal Palace FC – Fulham FC 2:0
Everton FC – Wolverhampton Wanderers 1:3
Cardiff City – AFC Bournemouth 2:0
Leicester City – Manchester United 0:1
Manchester City – Arsenal FC 3:1
Liverpool FC – West Ham United 1:1


Czołówka klasyfikacji strzelców Premier League:

Przejdź do paska narzędzi