Niespełniona miłość José Mourinho

Kilka słów o tym, jak kariera José Mourinho omal nie obrała zupełnie innego kierunku.

FourFourTwo

Sezon 2007/2008. Na Barcelonę po kilku obfitych w sukcesy latach spadło pasmo nieszczęść. Podziały wewnątrz klubu, kiepskie wyniki, wypalony trener, czy Ronaldinho wciągający w wir nocnego życia Leo Messiego. Katalończycy ligę zakończyli dopiero na trzecim miejscu ze stratą aż osiemnastu punktów do Realu Madryt, a na dodatek pod koniec kampanii musieli wykonać dla Królewskich szpaler, który przeszedł do historii jako jeden z najbardziej kompromitujących momentów w dziejach klubu. Niewiele lepiej wyglądały poczynania ekipy Rijkaarda w Pucharze Króla, gdzie odpali w półfinale z Valencią oraz w Lidze Mistrzów, bo tam na drodze do finału stanął Blaugranie Manchester United. Jasne stało się, że drużynie potrzebny jest wstrząs w postaci znalezienia nowego lidera, który zaprowadzi porządek i przywróci magię, którą jeszcze dwa lata wcześniej Barcelona podbiła Europę. Ówczesny prezydent Joan Laporta prędko doszedł do wniosku, że trzeba szukać następcy Rijkaarda i już w grudniu 2007 roku rozpoczął działania, mające na celu wytypowanie najodpowiedniejszego kandydata na to zaszczytne stanowisko. Lista została zawężona do trzech nazwisk: Ernesto Valverde, Pep Guardiola oraz… José Mourinho.

Żeby jednak dobrze zrozumieć całą historię cofnijmy się do roku 1996. Z Barcelony po ośmiu wspaniałych latach w niezbyt sympatycznej atmosferze miejsce na ławce trenerskiej zwalnia Johan Cruyff. Zastąpiony zostaje przez Bobby’ego Robsona – byłego selekcjonera reprezentacji Anglii, który tuż przed podjęciem pracy na Camp Nou prowadził Sporting Lizbona oraz FC Porto. Jako iż nie znał portugalskiego potrzebował tłumacza, który zapewni płynność w komunikacji pomiędzy zawodnikami a sztabem szkoleniowym. Tym człowiekiem, biegłym w kilku językach był właśnie José Mourinho. Robson, zadowolony z pracy, jaką wykonywał młody Portugalczyk zabrał go ze sobą do Barcelony. Prywatnie obaj dżentelmeni także darzyli się sporą sympatią. Mourinho często gościł na kolacjach u państwa Robsonów, przez co niektóre media spekulowały nawet o romantycznej relacji pomiędzy nimi, co oczywiście nie miało nic wspólnego z prawdą. Robson doceniał Mourinho, ponieważ ten świetnie sprawdzał się nie tylko jako tłumacz, ale i asystent. W szatni z marszu zaskarbił sobie sympatię wielu graczy, a ci, którzy znali angielski twierdzili, że Mourinho tłumacząc założenia taktyczne Robsona na hiszpański często ubogacał je swoimi przemyśleniami.  Po zwycięstwie nad PSG w finale Pucharu Zdobywców Pucharu uradowany José wybiegł na murawę ściskając kolejnych członków drużyny, między innymi… Pepa Guardiolę! Tak, obu przyszłych geniuszy trenerskich łączyła wtedy dosyć przyjazna relacja. Guillem Ballague w książce „Pep Guardiola. Sztuka zwyciężania” pisze, że potrafili oni siedzieć po kilka godzin i dyskutować  na temat taktyki. Co ciekawe, sam Pep po latach wypowiadał się o tej znajomości już w nieco chłodniejszym tonie:

– Rozmawialiśmy o różnych rzeczach, kiedy obaj mieliśmy wątpliwości i wymienialiśmy się pomysłami, ale nie wspominam tego jako coś, co określałoby nasze stosunki. On był asystentem mister Robsona, a ja byłem piłkarzem.

Sam Robson po zaledwie roku spędzonym na Camp Nou, gdzie zdobył Puchar Zdobywców Pucharów, Puchar Hiszpanii oraz Superpuchar Hiszpanii odszedł ze stanowiska. Prasa i niektórzy wysoko postawieni zawodnicy uważali, że Anglik nie do końca rozumiał warunki, jakie panowały wówczas w La Liga. Zastąpił go Louis Van Gaal, który po rekomendacji Robsona mianował na swojego asystenta José Mourinho. Mówiło się, że teraz Portugalczyk zamiast w domu państwa Robsonów gościł u Van Gaalów. Holender swoją pierwszą kadencję w stolicy Katalonii zakończył w 2000 roku, a Mourinho stwierdził wtedy, iż jest już gotowy, aby samemu poprowadzić jakąś drużynę, a za kilka lat może i samą Barcelonę.

Wróćmy jednak do sezonu 07/08. W Barcelonie źle się działo i zmiana na stanowisku trenera była tylko kwestią czasu. Niemalże od razu odrzucono takie kandydatury jak Van Basten, Wenger czy Pellegrini i wyłoniono finałową trójkę: Ernesto Valverde, Pep Guardiola, a także José Mourinho. Tego pierwszego odrzucono, choć jak wszyscy wiemy w przyszłości przejął dowodzenie na Camp Nou. Zostały więc dwa nazwiska – Guardiola i Mourinho. Obaj znali klub, a Pep miał też wielkie uznanie u Johana Cruyffa, z którego zdaniem liczył się prezydent Laporta. Były kapitan Barcy wzbudzał jednak pewne wątpliwości. Wykonywał świetną pracę z Barceloną B (w sparingu wewnętrznym jego podopieczni, którzy grali wówczas w czwartej lidze w dziesięć minut rozklepali pierwszą drużynę Rijkaarda), ale poza tym nie miał żadnego doświadczenia w trenerskim rzemiośle. Mourinho natomiast odnosił już wspaniałe sukcesy z Porto i Chelsea, zarówno na poziomie ligowym, jak i europejskim.

W styczniu 2008 roku w Lizbonie doszło do spotkania Mourinho z reprezentantami Barcelony – wiceprezydentem Markiem Inglą oraz dyrektorem sportowym Txikim Begiristainem.  The Special One zrobił duże wrażenie na działaczach, ponieważ doskonale orientował się w obecnej sytuacji klubu, nie miałby też problemu z pozbyciem się niepokornych gwiazdorów i przygotował nawet pendrive’a z pomysłami taktycznymi, które między innymi zakładały odejście od tradycyjnego systemu 4-3-3 oraz bardziej wertykalną grę. Podał również nazwiska potencjalnych kandydatów na stanowisko asystenta. I tutaj znowu mamy do czynienia z ironią losu, bo na tej liście dwa pierwsze miejsca zajęli Luis Enrique, wspaniały trener Barcy z lat 2014-2017 i nie kto inny jak Pep Guardiola. Wszystko przemawiało na korzyść Mou. Dlaczego więc go nie zakontraktowano, a ten poczuł się zdradzony i w przyszłości robił wszystko, żeby się zrewanżować? Otóż można by rzec, iż Portugalczyk poległ od własnej broni. Zapowiedział, że jako szkoleniowiec Blaugrany dalej będzie uciekał się do psychologicznych gierek na konferencjach prasowych, tak jak robił to chociażby w Chelsea.  Władzom klubu się to nie spodobało, bo w przeszłości José tego typu zachowaniem napsuł Barcelonie sporo krwi. W 2005 roku, gdy Ronaldinho i spółka mierzyli się z Chelsea na Camp Nou, Mourinho zarzucił Rijkaardowi, że ten w przerwie spotkania poszedł do szatni sędziów, dobitnie sugerując, że jego drużyna jest w ten sposób krzywdzona. Begiristain oraz Ingla nie chcieli ryzykować popsucia i tak już zszarganego przez nocne eskapady Ronaldinho i Deco wizerunku klubu i zerwali negocjacje, ostatecznie zatrudniając Pepa Guardiolę.

Inna teoria głosi natomiast, że José Mourinho został poproszony o porozmawianie z Johanem Cruyffem na temat objęcia posady w Barcelonie. Cruyff, choć nie pełnił żadnej oficjalnej roli w klubie, cieszył się dużym uznaniem członków zarządu i dla Mourinho rozmowa z nim zapewne stanowiłaby ostateczny test na kompatybilność z klubem. Nietrudno się domyślić, że Portugalczykowi ten pomysł niezbyt przypadł do gustu, bo nie chciał być zależny od Cruyffa, ani od nikogo innego.

Choć decyzja o skreśleniu José Mourinho z listy kandydatów nastąpiła dosyć szybko, nawet sam wiceprezydent Ingla przyznał, że nie przyszło im to łatwo:

– Nie potrafiliśmy do końca się zdecydować, jeśli chodzi o wykluczenie Mou jako trenera Barcy.

José Mourinho ostatecznie trenerem Barcelony nie został i prawdopodobnie już nigdy nie zostanie. W 2008 roku stery w klubie objął Pep Guardiola na zawsze zmieniając oblicze nie tylko Barcy, ale i całego futbolowego świata. The Special One, rozgoryczony decyzją Katalończyków przyjął ofertę Interu Mediolan, z którym już dwa lata później sięgnął po potrójną koronę eliminując po drodze… Barcelonę Guardioli.  Trudno powiedzieć, jak potoczyłaby się historia piłki nożnej, gdyby tego styczniowego dnia w Lizbonie Mourinho nie wspomniał, że ma zamiar grać nieczysto na konferencjach prasowych. Pewnie dostałby wymarzoną posadę, możliwe, że osiągnąłby wielkie rzeczy, a Pep Guardiola nigdy nie stałby się geniuszem, jakiego znamy dziś.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi