By odkurzyć gablotkę. Zapowiedź finału Ligi Mistrzów 18/19

Ten 1. Czerwca to nie tylko Dzień Dziecka. To też Dzień Fana Futbolu.

MARCA

Nadszedł ten dzień. Dziś Tottenham Hotspur i Liverpool powalczą w angielskim finale o koronę królów Europy.

28 lat. Tyle Tottenham czeka na znaczące trofeum. W 1991 roku zdobyli Puchar Anglii. Liverpool czeka nieco mniej, bo “tylko” 14 lat minęło od pamiętnego finału Ligi Mistrzów w Stambule. Dziś, któraś z tych drużyn przerwie impas i w końcu odkurzy swoją gablotkę z trofeami.

By napisać historię

Tottenham zmagał się z wieloma przeciwnościami w tym sezonie. Poczynając od praktycznie ciągłego grania na wyjeździe, ponieważ budowa Tottenham Hotspur Stadium przedłużała się aż do początku kwietnia. Wtedy Koguty w końcu zasiadły na swojej nowej “grzędzie”. Stadion pochłaniał także fundusze, przez co klub musiał radzić sobie z i tak wąską ławką. Do tego dochodziły kontuzje, chociażby Kane’a, bez którego trudno sobie wyobrazić ekipę Tottenhamu. Przynajmniej do pewnego czasu. Bez 25-letniego kapitana reprezentacji Anglii Spurs radzili sobie co najmniej nieźle, a chwilami fenomenalnie. Może to być spowodowane czymś w stylu “syndromu gwiazdy”, jaką jest Kane w drużynie Kogutów. Gdy jest na boisku jego koledzy z drużyny w nim widzą lidera prowadzącego do sukcesu, kapitana ich okrętu. To jego mają uwzględniać, chociażby akcje bramkowe. Gdy Kane’a nie ma, ciężar przywództwa spada równomiernie na plecy reszty drużyny. Wtedy błyszczeć może np. Heung-min Son, który w hierarchii gwiazd Tottenhamu zajmuję w tym sezonie drugie miejsce. Największym problemem Pochettino w tym momencie jest to, czy Harry Kane wykuruje się na finał na Wanda Metropolitano. Zawodnik takiego pokroju byłby niesamowitym wzmocnieniem, chociaż i bez niego może być spokojny. W końcu drużyna przeszła Manchester City i Ajax w zasadzie bez jego pomocy. A mogli skończyć w Lidze Europy.

Tottenham w tym sezonie Ligi Mistrzów uciekał spod gilotyny kilkukrotnie. Po 3 kolejkach fazy grupowej mieli 1 punkt, a wyjście z grupy uratował im rzutem na taśmę Lucas Moura oraz piłkarze PSV Eindhoven. Brazylijczyk wtedy jeszcze nie wiedział, że to nie będzie jedyna taka sytuacja w tym sezonie. PSV natomiast urwało punkty Interowi Mediolan i Tottenham w zasadzie fartem pojawił się 1/8 finału. Tam zmierzyli się z efektem współpracy Borussii Dortmund z lokalnym szpitalem w największym mieście Zagłębia Ruhry. Spurs również zmagali się z brakiem kilku nazwisk, ale mimo tego udało im się pokonać BVB 4:0 w dwumeczu. Ich rywalem w 1/4 finału był Manchester City. Choć wszystkim wydawało się, że The Citizens nie będzie miało większych problemów z pokonaniem Kogutów, to Tottenham za cenę kostki Harry’ego Kane’a pokonał u siebie City 1:0. O rewanżu nie trzeba wspominać, bo prawdopodobnie był to mocny kandydat na mecz sezonu. Dzięki zasadom bramek na wyjeździe Spurs pojawili się w półfinale Ligi Mistrzów, co dla nich było już i tak nie małym wyczynem. Po pierwszych meczach mogliśmy już zakładać “finał Johana Cruijffa” w postaci starcia FC Barcelony i Ajaxu Amsterdam. Jednak mecze rewanżowe pokazały już niejednokrotnie, że w tej edycji Champions League nie ma faworytów. Ajax mimo prowadzenia w rewanżu już 2:0 ostatecznie przegrał 2:3 po bramce dającej awans w ostatnich sekundach. Bohater rewanżu? Nie kto inny jak Lucas Moura. Sukces Tottenhamu idealnie pokazuje jak wybitnym menedżerem jest Mauricio Pochettino. Tylko szkoleniowcom ze światowego topu udałoby się dotrzeć do finału LM z takim składem i z takimi przeciwnościami losu.

Najważniejszą jest to, aby być wolnym. Aby grać jak wtedy, gdy było się młodym, gdy było się dzieckiem, siedmio, ośmio czy dziewięcioletnim  i czuło się wolność. Kluczem jest nie myśleć, że obserwuje cię miliard ludzi. Jutro chodzi o wygraną. Chcemy pisać historię w piłce nożnej. Doskonale wiemy, co musimy zrobić. Liverpool to świetny zespół, Jürgen to genialny menedżer. Bardzo go podziwiam. Dotarcie do trzeciego finału Ligi Mistrzów to zasługuje tylko na gratulacje. Chapeau bas – powiedział Mauricio Pochettino przed finałowym starciem z Liverpoolem.

Przewidywany skład: Lloris – Trippier, Alderweireld, Vertonghen, Rose – Winks, Sissoko – Eriksen, Alli, Son – Kane
Nieobecni: nikt
Wątpliwy występ: Kane (uraz kostki)

By uratować sezon

Liverpool mógł mieć sezon marzeń na wyciągnięcie. Rekordowa ilość punktów w Premier League dawałaby im mistrzostwo w większości poprzednich kampanii. Ale nie w tym roku, gdzie o punkt przegrali wyścig z Manchesterem City. Wyścig, w którym prowadzili sporo czasu mając niezłą przewagę. Żeby uratować sezon potrzebują trofeum Ligi Mistrzów, a w batalii o nie są faworytem. Druga okazja, by wejść 2 razy z rzędu do finału Champions League szybko się nie zdarzy, więc muszą wykorzystać okazję. Liverpool ma wszystkie elementy drużyny marzeń. W końcu ułożyli genialną obronę, mają porządny środek pola, a wtóruje im tercet marzeń z przodu. A na ławce Jurgen Klopp, o którego umiejętnościach nie trzeba pisać.

Podobnie jak Tottenham, Liverpool mógłby teraz co najwyżej grać w finale Ligi Europy. Tak samo jak ich najbliżsi rywale rzutem na taśmę wyszli z grupy. Gdyby nie fenomenalna interwencja Alissona, to Arkadiusz Milik pozbawiłby ich fazy pucharowej. Fazy pucharowej, którą zaczęli od pojedynku z Bayernem Monachium. Bezbramkowy remis na Anfield Road oraz zwycięstwo na Allianz Arenie dały The Reds awans do 1/4 finału. Tam czekał na nich na najłatwiejszy rywal spośród ćwierćfinalistów – Porto. 6:1 w dwumeczu pozbawiło Portugalczyków marzeń o powtórce z sezonu 03/04. W półfinale czekał nas “przedwczesny finał”. Zwycięzca dwumeczu Liverpool – FC Barcelona miał chwytać jedną ręką za puchar. Po pierwszym meczu można było tą rękę interpretować jako rękę Leo Messiego. Rewanż udowodnił, że ta edycja Ligi Mistrzów nie ma w słowniku pojęcia “faworyt” czy też “zwycięzca dwumeczu po pierwszym spotkaniu”. 4:0 na Camp Nou, którego ojcami sukcesu byli Georginio Wijnaldum, Trent Alexander-Arnold czy etatowy rezerwowy – Divock Origi, nie przewidziałby żaden wróżbita czy inny czarodziej. No chyba, że traktujemy Kloppa i jego ekipę jako magików.

Finały są zawsze różne – przyjeżdżasz z innym zespołem, okoliczności są zawsze inne. Gdybym był powodem przegrania sześciu finałów z rzędu to wszyscy by się martwili. A tak nie jest. W ciągu ostatnich siedmiu lat jestem prawdopodobnie rekordzistą świata w wygrywaniu półfinałów. Gdybym miał napisać o tym książkę, prawdopodobnie nikt by jej nie kupił. To prawdziwy finał. Teraz oboje musimy sobie z tym poradzić. – powiedział przed finałem Jurgen Klopp.

Przewidywany skład: Alisson – Alexander-Arnold, Matip, Van Dijk, Robertson – Fabinho, Henderson, Wijnaldum – Salah, Firmino, Mané
Nieobecni: Keïta (uraz pachwiny)
Wątpliwy występ: nikt

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi