5. kolejka Ligi Mistrzów, czyli siła główek i gospodarzy

Robert Lewandowski / fot. Mikołaj Barbanell (Piłkarski Świat)

Rozgrywki Ligi Mistrzów w pełni, jednak faza grupowa dobiega już końca. Pora na krótkie podsumowanie 5. kolejki spotkań. We wtorek królowały ważne bramki strzelane głową, zaś w środowych spotkaniach na boisku zazwyczaj panowali gospodarze. 

Ostatnio na jednym z piłkarskich fanpejdżów przeczytałem, że w życiu pewne są: śmierć, podatki, Arjen Robben strzelający gola po zejściu na lewą nogę oraz… gol z główki Olivera Bierhoffa. Pierwszemu zdobywcy złotego gola w historii finałów Mistrzostw Europy (1996 rok) wtorkowe mecze Ligi Mistrzów z pewnością przypadłyby do gustu. Z kolei holenderski skrzydłowy potrafił w Lizbonie ponownie zaskoczyć obronę rywala najbardziej oczywistym rozwiązaniem.

 Lewandowski pobił idola, Aguero ustalił kolejny rekord

We wtorek w polskich mediach i nie tylko królowała informacja, że Robert Lewandowski zdobywając dwie bramki w wygranym 5:1 meczu Bayernu z Benficą awansował na 6. miejsce w klasyfikacji strzelców wszech czasów Ligi Mistrzów. Jest też najlepszym strzelcem tej edycji rozgrywek do spółki z Lionelem Messim.

Polak strzelił swojego 50 i 51. gola w tych rozgrywkach właśnie po uderzeniach głową. Tym samym Robert wyprzedził we wspomnianej klasyfikacji Thierry’ego Henry’ego, który był dla niego wzorem do naśladowania. Przyznać trzeba, że technika i powtarzalność fantastycznych uderzeń głową były w tym meczu tak precyzyjne jak strzały lewą stopą Arjena Robbena. Der Spiegel napisał po tym meczu, że Polak i Holender ofiarowali Niko Kovacowi prezent w samym środku kryzysu trawiącego cały zespół.

A propos wzorów do naśladowania. Kimś takim po zakończeniu kariery będzie dla napastników grających w Premier League Sergio Aguero. Argentyńczyk zdobył niezwykle ważne trafienie, dające Manchesterowi City remis 2:2 z Lyonem, a zarazem pewność awansu do 1/8 finału. I choć mierzy tylko 172 centymetry wzrostu nie miał problemów, by dokonać pokonać bramkarza strzałem głową. Dzięki temu został pierwszym piłkarzem angielskiego zespołu, który zdobywał bramki w sześciu kolejnych wyjazdowych spotkaniach Ligi Mistrzów.

Copa Cabana u “Wieśniaków”

W rankingu ważnych goli strzelonych głową w tej kolejce należy umieścić także trafienie na 2:2 Marka Zubera z meczu Hoffenheim z Szachtarem Donieck. Bynajmniej nie z powodu urody – okazja została stworzona właściwie przypadkowo po “pinballu” w polu karnym. Dzięki tej bramce Szachtar musiał starać się o trzecią bramkę i zrobił to w najlepszy możliwy sposób. To znaczy absolutnie nie wzorując się na poprzednim trafieniu. Prawdziwe joga bonito rodem z brazylijskich plaż.

Uderzenia głową odegrały we wtorek istotną rolę, nawet jeśli piłka po takich właśnie próbach nie znalazła drogi do siatki. Najlepszym tego przykładem jest strzał  Diakhaby’ego, który fenomenalną interwencją zatrzymał Wojciech Szczęsny. Wybacz Wojtek, moje serce skradła jednak niezamierzona asysta Federico Fazio przy trafieniu Garetha Bale’a. Wiem, jako obrońca był pod dużą presją. Wiem, chciał tylko wyjaśnić sytuację. Nie zmienia to faktu, że Argentyńczyk i tak konkretnie dał ciała, a Antonio Mirante powinien umówić się z Edersonem na lekcję porządnego wybijania piłki.

Jeszcze o meczu Manchesteru United słów kilka. Nie o Mourinho – show, czyli rzucaniu bidonami będzie mowa. Gdy zobaczyłem, że Marouane Fellaini strzelił gola w doliczonym czasie gry, byłem pewien, że okaże się to trafienie do “główkowego” zestawienia. Cóż, Belg ściął włosy i pokazał, że – o dziwo – strzelać nogą też potrafi.

Przewaga bez pokrycia

Środowe starcia Ligi Mistrzów stał pod znakiem zwycięstw gospodarzy. Tylko w dwóch meczach padły inne rezultaty. Bezbramkowym remisem zakończyło się starcie Borussii Dortmund z Club Brugge, a PSV poniosło  porażkę 1:2 z FC Barceloną. Trzeba jednak otwarcie przyznać, że również w tych meczach to ekipy grające na “własnych śmieciach” miały przewagę. Borussia zmarnowała dwie sytuacje stuprocentowe (okazje Pulisicia i Reusa). Dzięki wysokiemu procentowi posiadania piłki indywidualne osiągnięcie na swoje konto zapisał Akanji. Nie może się ono jednak równać z rekordem Łukasza Piszczka, który po meczu z belgijską ekipą jest zawodnikiem z największą ilością meczów rozegranych w Lidze Mistrzów dla BVB. Ma ich na koncie 45.

Lionel Messi po środowym zwycięstwie nad PSV ustanowił nowy rekord, jeśli chodzi o gole strzelone w rozgrywkach Ligi Mistrzów dla jednego klubu. “La Pulga” dzięki 106 golom dla Barcelony przegonił w tej klasyfikacji Cristiano Ronaldo. Argentyńczyk zapewne wyśrubuje jeszcze dość mocno ten wynik i jakiemukolwiek innemu zawodnikowi trudno będzie zbliżyć się do jego osiągnięcia. Barcelona miała w tym meczu furę szczęścia oraz geniusz Messiego. Tylko tym dwóm czynnikom Duma Katalonii zawdzięcza wygraną w Eindhoven. Holenderski zespół musi czuć spory niedosyt. Niemniej pożegnał się z honorem, zarówno z Ligą Mistrzów, jak i Ligą Europy. Jeśli traci się bramkę po takim uderzeniu Messiego, ma się do siebie zdecydowanie mniej pretensji.

Przewaga bezdyskusyjna

Paris Saint – Germain było wyjątkowo niegościnne dla Liverpoolu w Parku Książąt. Najjaśniej na paryskim niebie błyszczała gwiazda Neymara, który może wreszcie w najważniejszych meczach będzie w stanie ciągnąć zespół do przodu. Nie da się ukryć, że gospodarze byli lepsi od The Reds pod każdym względem. Kamień spadający z serca Thomasa Tuchela był pewnie słyszany szczególnie wyraźnie w ojczyźnie właściciela paryskiego zespołu. Swoją drogą Szymon Marciniak nie miał łatwo z dwoma wspomnianymi panami – inna sprawa, że karny za faul van Dijka na Neymarze zdecydowanie się należał.

Wściekłe tyrady Tuchela w kierunku arbitra przypominały wrzaski Jurgena Kloppa, który wydawał się wczorajszego wieczoru nad wyraz spokojnym człowiekiem. W Paryżu nie było słychać heavy – metalu. Raczej dobrą współpracę solistów pod batutą dyrygenta Marco Verrattiego. Zobaczymy, jednak czy to nie kolejny chwilowy przebłysk PSG, które jeśli wygra z Crveną Zvezdą zapewni sobie awans do fazy finałowej.

O zwycięstwie Napoli 3:1 nad serbskim zespołem nie ma co długo wspominać. Konkurenci Arkadiusza Milika i Piotra Zielińskiego, czyli Dries Mertens i Fabian Ruiz udowodnili wczoraj, dlaczego Polacy siedzą na ławce rezerwowych. Na dodatek odblokował się Marek Hamsik, strzelając pierwszego gola w tym sezonie. Występ wprowadzonego z ławki Zielińskiego jak wiele innych w tym sezonie – bez historii.

Przegrany Falcao

Przewagę – niestety w jedynej ciekawej – drugiej połowie miało w meczu z Schalke FC Porto, które po raz siódmy w historii startów w Lidze Mistrzów zdołało wygrać swoją grupę. Szansę na grę w Lidze Europy podtrzymał Lokomotiv Moskwa. Bardzo dobry mecz rozegrał Grzegorz Krychowiak. Szkoda, że gol, który padł po uderzeniu polskiego pomocnika ostatecznie zakwalifikowano jako samobój, ale z drugiej strony – nie było to wybitne uderzenie. Oby to spotkanie okazało się przełomowe dla Krychowiaka w procesie powrotu do wysokiej dyspozycji.

Na zakończenie słówko o największym przegranym tej kolejki. Zdecydowanie tę klasyfikację wygrałby Radamel Falcao. Grając przeciwko zespołowi, w którym święcił największe triumfy spudłował fatalnie z 11. metrów i Atletico wygrało 2:0. Tym samym Kolumbijczyk udowodnił, że nigdy nie będzie w stanie grać na takim poziomie, jak w czasach występów dla Los Colchoneros. Największym wygranym? Mówiąc przekornie – chyba ten sympatyczny chłopiec, który wyszedł na boisko z Antoinem Griezmannem.

Co wiemy po 5. kolejce Ligi Mistrzów?

Przejdź do paska narzędzi