Puchar Narodów Afryki w obszernym wydaniu. Co działo się w Kamerunie?

Puchar Narodów Afryki

fot. AFCON official


– Powiedziałem to trzy lata temu po turnieju w 2019 roku i powtórzę raz jeszcze. Dla mnie Puchar Narodów Afryki to najlepsze ze wszystkich trofeów, które zdobędę w mojej karierze i życiu. Pozostałe są jedynie premią – mówił Sadio Mane, po tym, jak Senegal po raz pierwszy w historii sięgnął po złoto. Turniej w Kamerunie dał nam dużo sędziowskich pomyłek i kuriozalnych sytuacji, ale i barwnych historii, które zapadają w pamięć.

To nie historia kopciuszka. Nie ma w tym niespodzianki, chociaż Senegal nigdy wcześniej po Puchar Afryki nie sięgnął. Dziś spoglądając na tę drużynę, wydaje się, że mówimy o najmocniejszym zestawieniu na Czarnym Lądzie. Niemniej tę wartość trzeba udowodnić na boisku, a to nie było takie proste, sięgając pamięcią do pierwszej części rozgrywek. Tylko jedna bramka w fazie grupowej. W pucharowej Wyspy Zielonego Przylądka musiały grać w dziewiątkę, aby podopieczni Aliou Cisse mogli przełamać impas. To wyglądało blado, ale Senegal wyciągnął wnioski w odpowiednim momencie. Sześć bramek w meczu z Gwineą Równikową i Burkina Faso przyniosło wyczekiwaną ulgę. Tym bardziej że Lwy Terangi nie straciły na jakości w defensywie. Złoty środek wydawał się na wyciągnięcie ręki, chociaż trema zaczęła przybierać na wadze.

Senegal zaprezentował swój najbardziej spójny występ w ćwierćfinale z Gwineą Równikową.  Aliou Cisse często próbował wyjaśnić brak kreatywności w pomocy, grając centralnie Sadio Mane. Z czasem od tego planu odstąpił i to wyszło wszystkim na dobre, bo na lewej flance stworzył znakomity duet z Saliou Cissem. W półfinale cudów miało nie być, aczkolwiek szkoda tej niefortunnej kontuzji Herve’a Koffiego. Zamiar był dobry, ale nieproporcjonalny do poniesionych kosztów. Po zderzeniu z Cheikhou Kouyate bramkarz Ogierów musiał opuścić boisko i to można uznać za punkt zwrotny.

Senegal z pewnością nie mógł się pochwalić przejściem afrykańskich tuzów. Faworyzowani od początku do końca właściwie walczyli z samym z sobą. Z opinią publiczną, która przed finałem była podzielona. Być może niekoniecznie w kontekście sympatii, bo tu Faraonowie zdecydowanie odstawali. Mimo wszystko do meczu finałowego podchodzili, mając za sobą trzy dogrywki. To więcej w nogach, ale i w głowie. Senegal nie miał okazji zweryfikować swojej skuteczności w serii jedenastek. Kibice mogli więc zadrżeć, gdy okazało się, że w meczu o puchar potrzebne będą karne. Szczególnie że tego wieczoru Sadio Mane jednego już zmarnował.

Sam pomysł Carlosa Queiroza na spotkanie z Senegalem był dosyć prosty. W zasadzie ten sam, którym raczył nas od meczu w 1/8. Zadbać o bezpieczeństwo z tyłu, pozwalając rywalowi się wyszaleć. Aliou Cisse nie zamierzał przeciągać liny, bo takie założenie było mu na rękę. Senegal zdecydowanie lepiej odnajduje się, gdy może grać piłką, a tu miał sporo okazji, aby zaprezentować swoje możliwości. Egipt na dużej intensywności dążył do dogrywki, gdy Lwy Terangi narzucały tempo. Wyjściowe 4-3-3 błyskawicznie przybierało kształt 5-3-2, gdzie najwyżej ustawiona dwójka wcale nie była zwolniona z obowiązków defensywnych. Być może to wszystko byłoby za mało, ale Senegal nie chciał się odsłonić. Zaryzykować, gdy na szali było tak wiele. Poszedł w grę Egipcjan, którzy przeliczyli siły na zamiary. To Senegal został mistrzem, wygrywając w rzutach karnych. Mohamed Salah swojego nawet nie wykonał, bo był wyznaczony jako piąty w serii. Jaki turniej, taki finisz.

Finalista z przypadku?

Najbrzydszy Egipt, a może po prostu zdumiewająco skrajny? Finał to wynik ponad stan, ale porażka w starciu o złoto zawsze boli. Nikt nie spodziewał się Faraonów na tym poziomie rozgrywek. W pojedynku z Senegalem mieli być underdogiem. I tak, brzmi to trochę zabawnie, bo mówimy o siedmiokrotnym zdobywcy Pucharu Afryki. Niemniej chyba nikt o zdrowym rozsądku nie przypuszczał, że ekipa Quieroza w ogóle znajdzie się w czołowej trójce. Po kiepskiej fazie grupowej panowało rozgoryczenie i medialna wojenka. Mohamed Salah przemówił do narodu, spróbował popracować nad mentalnością kolegów z drużyny. Częściowo się udało, bo w starciu z Wybrzeżem Kości Słoniowej nie odstawali. Za kluczowy moment można uznać jednak końcówkę. Heroicznego Abou Gabala w dogrywce i zwycięskie rzuty karne. To ich umocniło.

Faraonowie na Czarnym Lądzie słyną z fabryki świetnych golkiperów, na czele, których wyróżniamy legendarnego Essama El-Hadaryego. Podczas tegorocznego PNA najpierw furorę zrobił Mohamed El-Shenawy, a po odniesionej kontuzji w jego buty wskoczył późniejszy bohater – Gabaski. 33-latek nie stracił ani jednej bramki z otwartej gry. Obronił pięć jedenastek. Nie odpuścił ani na moment, mimo że w międzyczasie sam nabawił się urazu. Trudno sobie wyobrazić jak bardzo ten szaleńczy epizod odbił się na jego życiu. Przed turniejem miał zaledwie trzy rozegrane mecze w barwach narodowych. Teraz oprócz medalu Pucharu Narodów Afryki ma przed sobą mecze barażowe o mundial.

To też po części wymowne, że – choć zasłużenie – wyróżniamy bramkarza w drużynie z Mohamedem Salahem. Zawodnik Liverpoolu to postać na wskroś różna, której występ w Pucharze Afryki trudno wrzucić do jednego worka. Według jego standardów możemy mówić o dość miałkim turnieju, aczkolwiek to przecież on ciągnął tę ekipę za fraki. Gabaski, Abdelmonem, Elneny… Egipt miał pozytywnych bohaterów, ale tylko jeden zapewniał jakikolwiek ruch pod bramką przeciwnika. Rywal po prostu musiał mieć na niego oko, a on to wykorzystywał. Często przepłacał zdrowiem, ponieważ po Sadio Mane to właśnie 29-latek był piłkarzem najczęściej faulowanym na tym turnieju. Mo Salah to dużo, ale w rezultacie za mało. Egipt strzelił tylko cztery bramki w Kamerunie. Dwie z otwartej gry.

A mimo to jednego Queirozowi nie można odmówić – wytrwałości. Zespół z północnej Afryki, aby dostać się do finału, musiał pokonać Wybrzeże Kości Słoniowej, Maroko i Kamerun. Trzy wielkie marki. Dwóch faworytów do triumfu. Gospodarza turnieju z przyszłym zdobywcą Złotego Buta. W tym zestawieniu to Faraonowie byli outsiderami. Egipt gra minimalistycznie. Nie ryzykuje, nie rozwija, a usypia. Całość opiera się na Salahu, bo Queiroz sam uzależnił zespół od swojego gwiazdora. Senegal przecież zrobił to samo z Mane. Z tym że ekipa Cisse ma więcej indywidualności, które dążą do współpracy i rozwoju na każdej płaszczyźnie. Egipt ciągnie tylko jedna. Czasem szczęśliwa, częściej rozgoryczona.

Czarny koń, a raczej Ogiery

Trudno nazwać “czarnym koniem” ekipę, która na to miano miała zadatki już przed turniejem. Spodziewano się, że Burkina Faso może być niewygodnym przeciwnikiem dla wyżej notowanych rywali. Wszystko za sprawą odpowiedniej organizacji gry, a to – jak mogliśmy zauważyć – dla wielu afrykańskich ekip świat wciąż nieznany. U Kamou Malo imponować ma przede wszystkim jedność. 59-latek nie ma problemów z posadzeniem na ławce swojego syna, lidera, czy kapitana. Ten zespół ma chodzić jak naoliwiona maszyna. Każdy kolektyw buduje i tym razem nie było inaczej. Zachwycaliśmy się latającym Herve Koffim, nieskazitelnym Edmondem Tapsobą, czy barwną historią Ibrahima Blati Toure.

To, na co należałoby zwrócić szczególną uwagę to również podejście do samych meczów. Za kluczowy moment można uznać 1/8 z Tunezją, gdy Malo nie wystawił największej gwiazdy, lidera Bertranda Traore. Zaczął Djibril Ouattara, który współpracując z Dango Outtarą i Cyrille Bayalą miał za zadanie wyciągać rywali, jak najbliżej własnej połowy. Wszystko w celu stworzenia miejsca za plecami drugiej linii. Kilka szybkich, progresywnych podań miało wymusić pojedynki biegowe, w których to piłkarze Malo czuli się, jak ryba w wodzie.

Selekcjoner Burkina Faso nie raz zaskoczył w Pucharze Narodów Afryki i to stało się czymś intrygującym. Zarówno z uwagi na niewielki zasób możliwości, ale i ryzyko, że nie zdąży wdrożyć drużyny, w któryś z przyjętych scenariuszy. Bezpieczniej wybrać opcję znaną i sprawdzoną, ale Malo miał inny pomysł. Półfinał to wynik, który przed mistrzostwami brano by w ciemno, więc śmiało, można stwierdzić, że obrany plan okazał się trafny.

Bajkowe życie kopciuszka

Gambia, podobnie jak Republika Zielonego Przylądka w 2013 roku, dotarła do ćwierćfinału już w swojej pierwszej próbie. Skorpiony stały się atrakcją, pokonując Tunezję w debiucie, a następnie kompletując cztery punkty w dwóch kolejnych spotkaniach. Gwinea w 1/8 nie odrobiła lekcji, więc szybko pożegnała się z turniejem. Dyscyplina w defensywie i skuteczna gra z kontry wystarczyła, aby stać się jedną z turniejowych sensacji.

Najsłabsza Ghana ostatniej dekady. Bez selekcjonera, a zaraz walka o mundial

Czar prysł w meczu z gospodarzem turnieju. Kamerun zmonopolizował posiadanie piłki i całkowicie powstrzymał wszelkie kontrataki oponentów. Gambia zmuszona grać w formacji 5-3-2 bez futbolówki, tak naprawdę uzależniła się od bezpośrednich podań do napastników, którzy nie byli w stanie tej piłki utrzymać z uwagi na krótkie krycie przeciwnika. Tym samym zespół Toniego Conceiçao zagnał podopiecznych Toma Saintfieta w kozi róg, a kara mogła być tylko jedna. W przypadku każdej opowieści o kopciuszku zegar musi kiedyś wybić północ.

Oprócz momentów Burkina Faso, czy Gambii, w fazie pucharowej oglądaliśmy również najmniejszy kraj w historii Pucharu Narodów Afryki.  Komory to opowieść o beniaminku, który nie byłby w stanie zakwalifikować się do turnieju mistrzowskiego, gdyby nie rozszerzenie formatu rozgrywek. To zespół, który miał zostać rzucony na pożarcie. W grupie z Marokiem, Ghaną i Gabonem trudno było przewidzieć inny scenariusz. Jednakże ten malutki archipelag okazał się zabójczy dla Czarnej Gwiazdy, wyrzucając czterokrotnych mistrzów z turnieju.

Komory przeszły do ​​historii już po czterech minutach spotkania, gdy El Fardou Ben pokonał Jojo Wollacotta. Mimo że sytuacja wymknęła się spod kontroli, to wydawało się, iż z biegiem czasu Czarna Gwiazda narzuci tempo, odwracając losy meczu. I być może tak by to właśnie wyglądało, gdyby nie czerwona kartka dla Andrew Ayew. Zepchnięta Ghana po stracie kolejnej bramki wzięła się do roboty i po trafieniach Richmonda Boakye i Alexandra Djiku mieliśmy 2:2. Remis, który nie potrwał długo, bo ostatnie słowo należało do Komorów i Ahmeda Mogniego. Historia napisała się na naszych oczach i nawet ta porażka z Kamerunem w 1/8 nieszczególnie boli. Komory rozpoczęły mecz z obrońcą w bramce, a zaledwie siedem minut później grali już w dziesiątkę. Chaker Alhadhur między słupkami dał kilka popisowych zagrań, a na koniec Youssouf M’Changama zdobył bramkę fenomenalnym strzałem bezpośrednio z rzutu wolnego. Dał kontakt na kilka minut przed końcem regulaminowego czasu gry. Dał życie, a my oglądaliśmy obrazek, w którym gigant musiał przeciągać grę, aby przypadkiem nie doszło do dogrywki.

Nagrody indywidualne, czyli klasyczna przepychanka

Młodość wymieszana z doświadczeniem. Wielkie marki z tymi, które szukają światła reflektorów. Sadio Mane, czy Mohamed Salah wielokrotnie powtarzali, że sukces z reprezentacją to dla nich najważniejsze trofeum, jakie mogą zdobyć w swojej piłkarskiej karierze. Dla młodych, Puchar Afryki to przepustka do wielkiego futbolu i w tym kontekście jednym z największych wygranych z pewnością jest Issa Kabore.  20-latek z Burkina Faso został wyróżniony nagrodą dla najlepszego młodego piłkarza Pucharu Narodów Afryki 2021.

Piłkarz Manchesteru City nie wszedł w turniej najlepiej, ale z każdym kolejnym spotkaniem nabierał tempa. Niezwykle ofensywnie usposobiony w meczu z Wyspą Zielonego Przylądka. Jeden z najlepszych na boisku w starciu z Etiopią, w którym zaliczył 14/15 wygranych pojedynków bezpośrednich. Swój poziom utrzymał nawet w przegranym meczu o brąz z Kamerunem, notując już trzecią asystę na turnieju. Kabore to wybór z natury oczywistych i wielka duma Burkina Faso. Czy w przyszłości i część zespołu Pepa Guardioli? Trudno powiedzieć, chociaż takie występy z pewnością mu nie zaszkodzą.

Złote Rękawice powędrowały do Edouarda Mendy’ego, choć zainteresowany oświadczył, że sam wskazałby kogoś innego – Abou Gabala. To wystarczyło, aby podsycić dyskusję, bo internet i tak już płonął po ostatnich występach Gabaskiego. Rzadko zdarza się, że golkiper wyróżnia się na tyle, aby być gwiazdą swojego zespołu. Drużyny, mającej taką personę jak Mohamed Salah. Jeszcze rzadziej, gdy robi to w spektakularnym stylu, broniąc pięć karnych na mistrzostwach. Całość potęguje jego historia oraz fakt, że do gry wskoczył dopiero w fazie pucharowej. I trudno w tym wszystkim nie odnieść wrażenia, że to właśnie ten jeden element sprawił, że ostatecznie ozłocono Mendy’ego. W tym miejscu warto przypomnieć, że w meczach grupowych pierwszym wyborem Queiroza był Mohamed El Shenawy, który w późniejszym czasie odniósł kontuzję. Szkoda, ale chyba po prostu każdy plebiscyt musi mieć swoje na sumieniu.

Złotego Buta po ośmiu trafieniach otrzymał Vincent Aboubakar, zaś piłkarzem turnieju został Sadio Mane. Prawdę mówiąc, gwiazda Liverpoolu błysnęła, gdy ojczyzna była w potrzebie, chociaż brak Kamerunu w finale wiele ułatwił. Aboubakar jest pierwszym graczem od ponad dwóch dekad, który w Pucharze Afryki zdobył przynajmniej siedem goli. Ba, zabrakło mu tylko jednej bramki do wyrównania rekordu Ndaye Mulamby (9). Był decydujący w każdym starciu… Poza tym najważniejszym – z Egiptem.

I to okazuje się gwoździem do trumny. Sadio Mane pozostawił mieszane uczucia po meczach grupowych, ale ciągnął za uszy w fazie pucharowej. Dał kluczowe otwarcie w meczu o ćwierćfinał z Wyspami Zielonego przylądka. Dyktował warunki w starciu z Gwineą Równikową, by w półfinale dać swój najlepszy występ na tym turnieju. Jakże istotny moment z uwagi na późniejszy triumf i zdecydowanie gorszy indywidualnie występ w meczu finałowym. Sadio Mane nie zdominował, ale to on okazał się kluczem i ta nagroda nie dziwi.

Jedenastka turnieju ma swoich fanów

Śmiało mogę powiedzieć, że ja do tej grupy należę. Nierealnym jest pogodzić wszystkich, czy nawet stworzyć jedenastkę, która faktycznie mogłaby funkcjonować na boisku. Ostatnie plebiscyty to kuriozum w najczystszej postaci, chociaż zdołaliśmy się do tego przyzwyczaić. Mimo wszystko tutaj po prostu zbyt wiele się zgadza, aby narzekać. Jest rewelacyjny Saliou Ciss, kluczowy dla finalisty turnieju Mohamed Abdelmonem. Jest też i Edmond Tapsoba, który dołączył do drużyny po przejściu koronawirusa i momentalnie zaskoczył. Mimo kilku błędów indywidualnych to on napędzał grę do przodu progresywnymi podaniami. Pomagał mu w tym Ibrahim Blati Toure, trzykrotnie wybierany piłkarzem meczu.

Nie mogło zabraknąć człowieka od brudnej roboty, czyli Nampalysa Mendy’ego, a i Mohamed Elneny w rezultacie zasługuje na kilka ciepłych słów. Atak to trio Salah, Aboubakar i Mane. Egipcjanin nie strzelał wiele, ale w drużynie, grającej bierny futbol wygenerował najwięcej okazji pod bramką rywala. Nie trudno odnieść wrażenie, że bez niego ten zespół szybko by się posypał, a jednak dotrwał aż do finału, pokonując Wybrzeże Kości Słoniowej, Maroko, czy Kamerun. Dwóch kolejnych to indywidualnie ścisły top tego turnieju. Najczęściej faulowani, najwięcej bramek, mnóstwo stworzonych okazji i świetnie pracujące duety. W przypadku Aboubakara z Toko-Ekambim, Mane z Saliou Cissem.

Poza dla wielu kontrowersyjną kandydaturą bramkarza w oczy trochę koli Achraf Hakimi. Nazwisko medialne i autor dwóch pięknych bramek z rzutu wolnego. Przy zestawieniu z Issą Kabore lub Collinsem Faiem wypada jednak blado, ale to może kwestia oczekiwań. Tak samo pokusiłbym się pewnie o wprowadzenie Abdou Diallo, który był nie do zdarcia, utrzymując stabilny poziom od początku do końca turnieju w Kamerunie. Najpierw stworzył monolit z Pepe Abou Cissem, a następnie już z Kalidou Koulibalym. I powiem szczerze, iż na tle zawodnika Napoli to Diallo wyglądał lepiej. Senegal stracił tylko 2 bramki na turnieju, 0.28 na mecz. Na siłę można poszukać i innych rozwiązań bliżej centralnej części boiska. Martin Hongla, Ibrahim Sangare, czy nawet Wilfried Ndidi nie mieli czego się wstydzić.

Zdjęcie

Król serii jedenastek, dubler Aubameyanga, marokański magik…

Mówiąc o nagrodach indywidualnych, ograniczamy się do pewnego schematu. Kilku, kilkunastu miejsc, które w dużej mierze definiujemy przez pryzmat tego, gdzie dana drużyna skończyła swoją przygodę z Pucharem Afryki. Obierając szerszą perspektywę nie trudno dostrzec więcej potencjału. Nie sposób wyróżnić wszystkich, mimo że nie był to turniej wysokich lotów i nie ma co się czarować. Więcej w tym produktu dla koneserów, czy po prostu sympatyków afrykańskiej piłki. Niemniej w ciągu tych kilku tygodni mogliśmy dostrzec wiele ciekawych postaci, które zachwycały w różnoraki sposób.

Hakim Ziyech zakończył karierę reprezentacyjną

Tegoroczny Puchar Narodów Afryki to Mohamed Kamara, który z sukcesem ratował Sierra Leone przed naporem Algierczyków. Nie padł również w meczu z Wybrzeżem Kości Słoniowej, broniąc strzał Kessiego z jedenastego metra. To także Jim Allevinah, który musiał zastąpić Perre-Emericka Aubameyanga i mimo kiepskiej formy Gabonu meczem z Marokiem wyszarpał awans do fazy pucharowej. To para Simon i Icheanacho, Boufal z brazylijskim pierwiastkiem, Toko-Ekambi walczący z Aboubakarem o Złotego Buta. To historia obrońcy Chakera Alhadhura, stojącego w bramce Komorów na mecz o ćwierćfinał z Kamerunem, czy wspomnianego Gabaskiego, który tym peletonem przewodzi.

Bertrand Traore, Blati Toure, czy Kabore. Gabadinho Mhango, prowadzący Malawi do 1/8, wyśmienity Selim Amallah w naszpikowanej potencjałem ekipie Maroka, czy tajna broń Aliou Cisse – Famara Diedhiou. W końcu Egipcjanie, którzy nudzili, ale i jednostkowo potrafili chwycić za serce. Od bramkarza Mohameda El-Shanawy’ego po Abdelmonema i Omara Kamala, a to wciąż tylko niewielki wycinek.

Trochę upokorzenia, trochę niedosytu

Turniej wielkiej rangi to szansa, która może uciec między palcami. Kandydatur na listę rozczarowań nie brakuje, ale od czego tu zacząć?

Ghana i Algieria

Przed turniejem można było zakładać, że reprezentacja Ghany nie dołączy do grupy faworytów. Droga do Kamerunu nie była usłana różami. Arogancja liderów zmieszana z trudną zmianą pokoleniową. Walka charakterów i mentalny wrak drużyny. Tu nic się nie rozwija, a według wielu ekspertów Ghana właściwie straciła dwa ostatnie lata. Najpierw we wrześniu z posadą selekcjonera pożegnał się Charles Akonnor, który prowadził kadrę od stycznia 2020 roku. Porażka z RPA w eliminacjach do mistrzostw świata przelała czarę goryczy. W miejsce 47-latka wskoczył Milovan Rajevac, który w przeszłości już prowadził zespół Czarnej Gwiazdy.

To Serb miał wszystko poukładać. Przede wszystkim dać nadzieję na mundial, a Puchar Narodów Afryki to odpowiednie miejsce, aby przetestować wypracowane schematy. Jak się okazało, turniej w Kamerunie był brutalny, bo choć niewiele wskazywało, że w tej drużynie coś miałoby drgnąć, to nikt nie spodziewał się aż takiej klapy. Ostatnie miejsce w grupie i tylko jeden punkt na koncie. Z turnieju wyeliminowani przez piłkarskiego kopciuszka – Komory. Po raz pierwszy w historii bez zwycięstwa w Pucharze Afryki. Rajevac już pożegnał się z pracą, a w jego miejsce szykowany jest kolejny kandydat. Wszystko z myślą o Katarze.

W tym gronie nie może zabraknąć także obrońcy tytułu, który szansę na powtórzenie sukcesu sprzed dwóch lat zaprzepaścił w fazie grupowej. Sensacyjny remis w otwarciu z Sierra Leone. Rozczarowanie w starciu z Gwineą Równikową, która przerwała passę meczów bez porażki, trwającą od października 2018 roku. Na koniec 1:3 z Wybrzeżem Kości Słoniowej, zwieńczone chybionym karnym przez Riyada Mahreza. Czy mogło być gorzej?

Nigeria i Maroko

Na to pytanie mogłaby odpowiedzieć Nigeria, która zaliczyła imponujący zjazd o kilka pięter. W fazie grupowej zaczęli przecież fenomenalnie. Super Orły wygrały wszystkie trzy spotkania, trafiając sześciokrotnie do siatki rywala, a samemu tracąc tylko jednego gola. Mimo niepełnego potencjału osobowego tak naprawdę nie dali żadnych szans konkurencji. Gdyby tę passę utrzymali w drabince pucharowej, to być może mówilibyśmy dzisiaj przynajmniej o półfinaliście tegorocznych rozgrywek. Tak się jednak nie stało, albowiem w meczu z Tunezją już na poziomie 1/8 doszło do nieoczekiwanego rozłamu. Wpadka Oli Ainy, błędy Maduki Okoye i w końcu czerwona kartka dla Alexa Iwobiego. Wszystko wyeksponowane na tle nieistniejącego ataku, który brylował jeszcze kilka dni temu. Esencja gdzieś się ulotniła i to Nigeryjczyków kosztowało awans, a kibiców wprawiło w srogie rozczarowanie.

Czy wtopą można natomiast nazwać postawę Maroka? Z drużyny, która miała zadowolić się wyłącznie złotem, stała się ofiarą bezbarwnego Egiptu już na poziomie ćwierćfinału. Z całą pewnością Marokańczycy to jeden z ciekawszych akcentów tego turnieju i mimo sporych oczekiwań trudno tę drużynę zestawiać z Ghaną, czy Algierią. Mimo wszystko, biorąc pod uwagę, jakim arsenałem dysponował Halilhodzic, jak ten zespół prezentował się na turnieju oraz w jaki sposób zadbał o organizację – pozostał niedosyt.

Marokańczycy obsługę hotelową zastąpili własną. Ściągnęli do Kamerunu również swoich szefów kuchni oraz całe zaplecze odpowiedzialne za regenerację. Specjalne materace miały pomóc zachować sen na optymalnym poziomie, a ułożona dieta przygotować do wytężonego wysiłku. Niemniej jak to później podsumował Halilhodzic – Egipt miał Mohameda Salaha. To wystarczyło.

Konkurs absurdów i organizacyjny fikołek

Tegoroczna edycja Pucharu Afryki miała też swoje zabawne, a czasem wręcz żałosne oblicze. Poziom absurdu potrafił zaskoczyć i niekiedy przykryć wiele pozytywnych akcentów. Dołożyli się wszyscy po trochu. Boiska nieprzygotowane do gry, czy mikrofony zabierane podczas konferencji, bo nikt nie uiścił opłaty. Mieliśmy Etiopię, która ogłosiła swój skład na siedem godzin przed rozpoczęciem meczu. Mauretanię, u której pomylono hymn i finalnie zabrakło czasu, aby zaśpiewać ten prawidłowy. Medyków wjeżdżających w swoich piłkarzy, czy nagrodę dla zawodnika meczu przed jego zakończeniem. Nie obyło się i bez przykrych obrazków. Ścisk kibiców po próbie wtargnięcia na stadion przed meczem Komorów z Kamerunem zakończył się śmiercią sześciu ludzi.

Zdjęcie

Kapitan Aubameyang i Lemina zarazili się koronawirusem na imprezie cztery dni przed Pucharem Narodów Afryki. Andrew Ayew urządzał bójki na stadionie. Komory nie miały dostępnego żadnego golkipera na mecz w 1/8. Selekcjoner Egiptu wykartkował się na finał turnieju, a bramkarze wyczyniali… No trudno to sprecyzować.

W końcu sędziowanie. Punkt kulminacyjny, który zbyt często dawał o sobie znać. Janny Sikazwe zdeterminowany do odegrania najważniejszej roli w meczu Burkina Faso z Gabonem. Kontrowersyjna czerwona kartka w meczu Komorów z Kamerunem. Mecz Senegalu z Wyspami Zielonego Przylądka, gdzie mimo urazu głowy nikt nie zadbał o zdrowie Sadio Mane. Pozwolono mu grać, choć na szczęście nic się nie stało. Wisienką na torcie oczywiście przedwczesne kończenie meczu. Tegoroczna edycja znalazła się na szczycie pod względem czerwonych kartek, ale to nie brutalność była największą bolączką organizatorów.

Widzimy się za czte… Rok

Tegoroczny Puchar Narodów Afryki był średnio najgorszym turniejem od dwóch dekad pod względem skuteczności. Tylko 1,92 bramek na mecz to piąty najgorszy wynik w historii. W dużej mierze zawdzięczamy to rozszerzeniu formatu rozgrywek do 24 drużyn. Z jeden strony to strzał w kolano, ale z drugiej kilka historii, których w innych okolicznościach nigdy byśmy nie poznali. Organizując mistrzostwa Afryki co dwa lata, największe gwiazdy kontynentu mają zasadniczo większą szansę na sukces z reprezentacją. Tylko czy stawka nie traci na znaczeniu? Gdy nagle z trzech, czterech szans robi się dwa razy tyle?

To będzie miało swoje konsekwencje, ale do tego trzeba czasu. Dziś niestety, ale niewiele dobrego można powiedzieć przed zbliżającym się mundialem. Brakuje poważnych kandydatów. Mocnej zapowiedzi, która nawiąże do tych kilku, odległych już historii. Baraże będą przepustką, ale dla wielu również sprawdzianem, czy Katar to okazja, czy jedynie nagroda.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Ten artykuł jest dostępny tylko w zagraniczej odsłonie tego serwisu.