Premier League – podsumowanie 37. kolejki

Przed ostatnią kolejką Premier League wciąż nie wiemy najważniejszego – kto zostanie mistrzem Anglii.

twitter.com/PremierLeague

Przedostatnia w sezonie 2018/19 kolejka Premier League przyniosła nam kolejne, istotne rozstrzygnięcia. Z najwyższą klasą rozgrywkową w Anglii żegna się Cardiff, a z marzeniami o Lidze Mistrzów – Manchester United. Wciąż nie znamy jednak odpowiedzi na najważniejsze pytanie – kto zostanie mistrzem Anglii.

Dramaturgia na finiszu rozgrywek sięgnęła zenitu. Na kolejkę przed końcem sezonu wciąż nie wiemy, kto sięgnie po mistrzowski tytuł, ale jedno jest pewne. Będziemy mieli najlepszego wicemistrza w historii Premier League. Zarówno Manchester City, jak i Liverpool już mogą się bowiem pochwalić dorobkiem punktowym, który w większości poprzednich sezonów zagwarantowałby pewne mistrzostwo. Niestety, jedna z tych świetnych ekip będzie musiała obejść się smakiem. W 37. serii gier jako pierwsi do rywalizacji przystąpili pretendenci do tytułu. Ich wyjazdowe starcie z Newcastle, pod względem emocji, idealnie wpisało się w obraz całego kończącego się sezonu. The Reds prowadzili do przerwy 2:1, ale druga połowa przez długi czas nie układała się po ich myśli. Najpierw do wyrównania doprowadził José Salomón Rondón, a następnie groźnie wyglądającej kontuzji doznał Mohamed Salah. As Liverpoolu zderzył się z bramkarzem Newcastle Martinem Dubravką i został zniesiony z boiska na noszach. W końcówce meczu los się jednak uśmiechnął do zespołu z Anfield. W 86. minucie zwycięskiego gola strzelił zmiennik Salaha i zarazem joker w talii Jürgena Kloppa – Divock Origi, a fanom The Reds zapewne przypomniały się derby Liverpoolu, kiedy to w równie dramatycznych okolicznościach, główka Belga także przesądziła o wygranej z Evertonem.

Liverpool wygrał z zespołem prowadzonym przez swojego byłego menedżera – Rafę Beníteza, ale aby pozostać na fotelu lidera, potrzebował pomocy ze strony innego dawnego opiekuna The Reds. Brendan Rodgers, bo o nim oczywiście mowa, zapewne pamięta jeszcze pasjonującą końcówkę sezonu 2013/14. Jego Liverpool na samym finiszu przegrał wówczas batalię o mistrzowski tytuł właśnie z Manchesterem City. Teraz Irlandczyk z północy, już jako szkoleniowiec Leicester, mógł sobie powetować tamtą porażkę, a przy okazji pomóc swojemu byłemu klubowi w zdobyciu pierwszego w erze Premier League mistrzostwa Anglii. Do 70. minuty wyjazdowego meczu z mistrzem Anglii, wszystko układało się po myśli fanów The Reds. Wtedy stało się jednak coś, co z całą pewnością może na stałe zapisać się na kartach historii angielskiego futbolu. Potężnym strzałem z dystansu w samo okienko popisał się Vincent Kompany. Kapitan zespołu z Etihad jest jednym z trzech, obok Davida Silvy i Sergio Agüero, piłkarzy, którzy pamiętają pierwsze od 44 lat mistrzostwo Anglii dla The Citizens w 2012 roku. Wówczas o tytuł walczyli oni ze swoim derbowym rywalem – United. W 36. kolejce tamtego sezonu doszło do bezpośredniego starcia obydwu drużyn. Piłkarze City zwyciężyli 1:0, dzięki czemu wskoczyli na pierwsze miejsce w tabeli, którego nie oddali (choć jak pamiętamy, rywalizacja trwała do końcowych sekund ostatniej kolejki) już do końca sezonu. Tę jedyną bramkę we wspomnianych derbach Manchesteru zdobył oczywiście Kompany. Wygląda na to, że po siedmiu latach historia może zatoczyć koło. I nie mielibyśmy nic przeciwko temu, gdyby i tym razem emocji również nie zabrakło dosłownie do ostatnich sekund sezonu.

Rozstrzygnięcia zapadły już natomiast za plecami rywalizującej o mistrzostwo dwójki. Z batalii o czołową czwórkę koncertowo wypisał się Manchester United, który w niedzielę stracił punkty z ligowym outsiderem. Czerwone Diabły wprawdzie długo prowadziły z Huddersfield po bramce Scotta McTominaya, ale w drugiej połowie wyrównał Isaac Mbenza i mecz zakończył się podziałem punktów. Oznacza to, że podopieczni Ole Gunnara Solskjæra w przyszłym sezonie będą musieli się zadowolić występami w Lidze Europy. Los zespołu z Old Trafford najprawdopodobniej podzieli Arsenal. Kanonierzy – w takim samym stosunku, jak United – zremisowali na własnym stadionie z Brighton i na kolejkę przed końcem sezonu, ich strata do czwartego Tottenhamu wynosi trzy punkty. Jeśli dorzucimy do tego osiem goli różnicy w bilansie bramkowym na korzyść Kogutów, nie trzeba być specjalistą od statystyki czy rachunku prawdopodobieństwa, aby stwierdzić, że odrobienie tej straty przez Arsenal graniczyłoby z cudem. A przecież jeszcze niedawno niewiele wskazywało na taki scenariusz. W pewnym momencie, podopieczni Unaia Emery’ego zajmowali trzecią pozycję w tabeli, będąc na fali i nie mając w perspektywie żadnego meczu przeciwko drużynie z czołowej szóstki. Tymczasem zespół z Emirates, w niewytłumaczalny sposób, zaprzepaścił ogromną szansę. W ostatnich sześciu meczach wygrał zaledwie raz, tracąc punkty z takimi „tuzami” jak Crystal Palace, Leicester czy właśnie Brighton. Warto jednak pamiętać, że Kanonierzy, choć stracili szanse na czołową czwórkę Premier League, wciąż mogą zagrać w przyszłym sezonie w Lidze Mistrzów. Stanie się tak w przypadku ich triumfu w rozgrywkach Ligi Europy.

Niewiele zabrakło, a o udział w przyszłym sezonie Ligi Mistrzów musiałby drżeć jej tegoroczny półfinalista (finalista?). W przeddzień klęsk Manchesteru United i Arsenalu, wspomniany już Tottenham uległ na wyjeździe Bournemouth. Podopieczni Mauricio Pochettino w niczym nie przypominali zespołu, walczącego o najwyższe cele. Zamiast polowania na Champions League, w sobotę Koguty urządziły sobie polowanie na rywali. Niemal całą drugą połowę meczu na Vitality Stadium, londyńczycy musieli grać w dziewiątkę po czerwonych kartkach dla Sona Heung-mina i Juana Foytha. Wisienki wykorzystały grę w przewadze i w doliczonym czasie gry zdołały wyszarpać trzy punkty za sprawą Nathana Aké. Potknięcia Tottenhamu, United i Arsenalu wykorzystała Chelsea, która awansowała na trzecią pozycję w tabeli i zapewniła sobie miejsce w czołowej czwórce na koniec rozgrywek, a tym samym – po roku przerwy – start w Lidze Mistrzów w następnym sezonie. W niedzielę The Blues bez problemów pokonali Watford 3:0. Dwie asysty w tym meczu zaliczył Eden Hazard. Dzięki temu Belg przekroczył już w tym sezonie barierę co najmniej piętnastu goli, jak i asyst. Został tym samym czwartym w historii Premier League piłkarzem, któremu udała się ta sztuka. Po raz ostatni dokonał tego Thierry Henry w sezonie 2002/03.

Poznaliśmy już także wszystkie rozstrzygnięcia w dolnej części tabeli. W sobotę komplet spadkowiczów uzupełnili piłkarze Cardiff City, którzy po porażce 2:3 z Crystal Palace stracili już matematyczne szanse na utrzymanie. Biorąc pod uwagę sytuację kadrową klubu z Walii, nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż jego relegacja była czymś nieuniknionym. Ba, w środowisku zapanowała powszechna opinia, że podopieczni Neila Warnocka i tak bardzo długo dzielnie bronili się przed spadkiem, a już na pewno nie przynieśli wstydu, jak chociażby pozostali dwaj spadkowicze – wspomniane już wcześniej Huddersfield oraz Fulham. Zespół z Londynu w sobotę również zszedł z boiska pokonany, a jego pogromcą okazał się Wolverhampton, który skromnie wygrał 1:0. Wilki zapewniły sobie tytuł „best of the rest” dla siódmej drużyny na koniec sezonu. Ich przewaga nad ósmym w tabeli Evertonem, który w piątek pokonał Burnley 2:0, wynosi bowiem cztery punkty. W kontekście starcia Wolverhampton z Fulham warto wspomnieć o jeszcze jednym istotnym wydarzeniu. W barwach gości w końcówce spotkania na boisku pojawił się Harvey Elliott, stając się najmłodszym graczem w historii Premier League. W dniu meczu miał dokładnie 16 lat i 30 dni. Pobił tym samym rekord Matthew Briggsa, który w 2007 roku, licząc 16 lat i 68 dni, zagrał przeciwko Middlesbrough w barwach… Fulham.

Podobnie, jak w poprzedniej kolejce, tak i teraz polscy kibice mogli ekscytować się bezpośrednim pojedynkiem swoich rodaków. Przed tygodniem, w meczu Southamptonu z Bournemouth padł remis 3:3. Minionej soboty zespół Jana Bednarka ponownie stracił trzy gole. Z tą różnicą, że tym razem nie zdołał strzelić żadnego. Pogromcą Świętych okazał się West Ham z Łukaszem Fabiańskim między słupkami. Dwie bramki dla zwycięzców zdobył Marko Arnautović, a jedno trafienie zanotował Ryan Fredericks. Warto dodać, że polski bramkarz w końcówce spotkania pełnił rolę kapitana swojego zespołu. Fabiański, w drugim meczu z rzędu, przejął opaskę od schodzącego z boiska Marka Noble’a.

Sezon 2018/19 dobiega końca. Pozostała już tylko jedna kolejka i jedna niewiadoma do rozwiązania. Wydaje się, że rozstrzygnięcia w kwestiach czołowej czwórki oraz utrzymania w lidze zapadły w najlepszym możliwym momencie. Po pierwsze, rywalizacja o owe cele trzymała bowiem w napięciu bardzo długo. Po drugie zaś – taki obrót zdarzeń pozwala w ostatniej kolejce skupić się tylko i wyłącznie na tym, co najważniejsze. Oczy całej piłkarskiej Anglii (i nie tylko) będą więc skierowane na Anfield oraz Amex Stadium w Brighton. Czy Manchester City przełamie mistrzowską klątwę i – jako pierwszy zespół od 2009 roku – obroni tytuł? A może to Liverpool zakończy trwającą blisko trzy dekady niemoc i wreszcie sięgnie po upragnione mistrzostwo? Odpowiedzi na te pytania poznamy już 12 maja.


Jedenastka 37. kolejki Premier League wg PilkarskiSwiat.com:


Wyniki 37. kolejki i tabela Premier League:

Everton FC – Burnley FC 2:0
AFC Bournemouth – Tottenham Hotspur FC 1:0
West Ham United – Southampton FC 3:0
Wolverhampton Wanderers – Fulham FC 1:0
Cardiff City – Crystal Palace FC 2:3
Newcastle United – Liverpool FC 2:3
Chelsea FC – Watford FC 3:0
Huddersfield Town – Manchester United 1:1
Arsenal FC – Brighton & Hove Albion 1:1
Manchester City – Leicester City 1:0


Czołówka klasyfikacji strzelców Premier League:

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi