Polskiej piłki klubowej dwa problemy

Łukasz Przybył (Piłkarski Świat)

W poprzedni wtorek cała futbolowa Polska przeżyła szok. Legia Warszawa na swojej ukochanej Łazienkowskiej pod numerem trzy poległa (przegrała to małe słowo) z wyższą o sześć klas Borussią Dortmund. Mówiąc szczerze wszyscy spodziewaliśmy się porażki legionistów, ale zdecydowana część z nas oczekiwała chociaż równej walki i możliwości do tego, aby po zakończonym już meczu móc powiedzieć: Ale przynajmniej walczyliśmy niczym lwy. Pierwszy mecz w Lidze Mistrzów po dwudziestu latach obnażył przed nami doszczętnie poziom naszej klubowej piłki nożnej.

Polska może być dumna ze swojej drużyny narodowej, która ostatnimi czasy naprawdę podniosła się z kolan i jest w stanie mierzyć się z największymi. Oczywiście ktoś może teraz podać przykład meczu z Kazachstanem, ale na razie uznajmy to za zwykły wypadek przy pracy i wydarzenie, które nie zwiastuje jeszcze końca złotej ery. Podanie naszej reprezentacji, jako odnośnika w tym momencie jest kluczowe, ponieważ wydawało się, że wraz z nią do góry piąć się będą nasze kluby. Z samego początku faktycznie mogło się tak wydawać, wszak stołeczna Legia Warszawa wywalczyła po raz pierwszy od dwudziestu lat awans do Ligi Mistrzów, który można spokojnie nazwać już historycznym. Dosłownie tygodniami debatowano nad możliwą grupą, którą wylosujemy, a następnie nad rywalami, których już poznaliśmy. Sprzeczali się kibice, eksperci, a gazety wyprzedzały się wyliczeniach i statystykach. Największą furorę zrobiła ta, która wykazała, że Legia jest jedynym mistrzem kraju w swojej grupie. Nawet kibice stworzyli wspaniałą oprawę, która miała dobitnie podkreślić powrót Legii do wielkiej piłki. Wszystko po to, aby w parę minut spaść z Nieba do Piekła, a właściwie brutalnej rzeczywistości.

Przykład Legii Warszawa w Lidze Mistrzów jest wspaniałym punktem wyjścia do głównego tematu tego felietonu, a mianowicie problemów polskiej piłki klubowej, bo trzeba przyznać, że jest ich dosyć sporo. Po wspomnianym przeze mnie powyżej meczu zewsząd pojawiły się pytania o przyczynę naszej bardzo słabej gry. Każdy głowił się dlaczego jest tak, że polskie zespoły w taki znaczący i bolesny sposób odstają od reszty Europy. Mam kilka teorii na ten temat.

Po pierwsze uważam, że największą bolączką polskich klubów jest zatrważający brak stabilności. Ze świecą u nas szukać zespołu, który miałby trenera dłużej niż trzy lata. Jest to absurd, który chyba najbardziej mnie u nas denerwuje. W Polsce trenerów zwalnia się po trzech przegranych meczach, a następnie zatrudnia się kolejnego, którego akurat też zwolnili, ale z innego klubu. Trzy mecze, a nawet i sezon to często zdecydowanie za mało, aby trener mógł wprowadzić swoją wizję do klubu (oczywiście, jeżeli w ogóle taką ma). Gdyby władze Liverpoolu miały polską mentalność to Jurgen Klopp z pewnością nie byłby już trenerem The Reds. Jego drużyna nie gra jeszcze magicznego futbolu, który pozwoli na zdominowanie Europy, ale powoli i pewnie kroczy w tym kierunku. Niestety żeby go osiągnąć trzeba mieć w sobie duże pokłady cierpliwości, których naszym działaczom brakuje. Muszą oni w końcu zrozumieć, że należy zatrudnić odpowiedniego trenera, a nie przypadkowego ze stadionu i dać mu spokojnie pracować i wdrażać tą wyżej wymienioną wizję.

Niestety często jest też tak, że wizja trenera zaburzona jest przez nieodpowiednią politykę transferową naszych klubów i jest to moim zdaniem główny problem numer dwa. Polskie kluby mają zbyt dużą rotacje w swoich składach, co sprawia, że często zespoły nie potrafią się ze sobą wystarczająco zgrać. Czasami ma się wrażenie, że tych piłkarzy kupuje i sprzedaje się hurtowo, bądź też w promocji czterech za cenę jednego. Taka polityka może być wystarczająca na Ekstraklasę, ale nigdzie więcej. Wystarczy spojrzeć na Barcelonę, gdzie skład wymieniano w iście żółwim tempie, co zaowocowało tym, że ciągle są jednym z najlepszych klubów na planecie. Ten podpunkt można by spokojnie podpiąć pod poprzedni, co tylko potwierdza moją tezę o braku stabilności. Dodatkowym błędem jest kupowanie rzekomych gwiazd, które w ostatecznym rozrachunku okazują się totalnymi niewypałami i ich jedynym pożytkiem dla kibiców są wszechobecne memy. Odpowiednia polityka transferowa naszych klubów to element kluczowy do poprawy ich kondycji.

Naszą jedyną nadzieją są szkółki juniorów i to właśnie na nie powinien być kładziony największy nacisk. Musimy sobie powiedzieć szczerze, że zwyczajnie nie stać nas na kupowanie wielkich gwiazd, które podniosłyby poziom naszej ligi. Jedyną opcją jest wyprodukowanie i wypromowanie ich od samego początku. Całe szczęście przez parę ostatnich lat można zauważyć znaczącą poprawę w tym zakresie i to właśnie tutaj pojawia się światełko nadziei w tym ciemnych i mrocznym tunelu. Miejmy nadzieje, że już niedługo polska piłka klubowa postara się dorównać poziomowi naszej reprezentacji. Wszyscy bardzo na to liczymy.

PS: Wolę nawet nie zaczynać mówić o problemach finansowych naszych klubów i ich próbami radzenia sobie z nimi, bo szkoda na to wirtualnego papieru.

 


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Ten artykuł jest dostępny tylko w zagraniczej odsłonie tego serwisu.