Pep Guardiola – romantyk w świecie futbolowego pozytywizmu

Pep Guardiola

Twitter Manchester City

Na wstępie trochę kokieterii – uwielbiam Pepa Guardiolę. Uwielbiam jego wizjonerstwo, nieustanne dążenie do doskonałości, czy to, jaki wpływ wywiera na młodych piłkarzy. Nie ulega wątpliwości, że jest trenerem-rewolucjonistą, takim jak Sacchi, Wenger, Michels czy sam Johan Cruyff. Dwanaście lat temu Pep na zawsze odmienił futbol, wyznaczając trendy, które dominowały w światowej piłce przez wiele sezonów. No właśnie – „dominowały”. Czas przeszły.

 

Coś się chyba skończyło

Nie tak wyobrażałem sobie sobotnie popołudnie. Liczyłem na fajne widowisko, wiele efektownych akcji, a tymczasem oglądając spotkanie Manchesteru City z Tottenhamem po prostu się męczyłem. Męczyli się też zawodnicy „The Citizens”, nie mając pomysłu, jak przedrzeć się przez dobrze dysponowaną defensywę Tottenhamu. Podopieczni Pepa, jak to mają w zwyczaju, dominowali jeżeli chodzi o posiadanie piłki, czy liczbę strzałów, ale co z tego, skoro wywieźli z Londynu okrągłe zero punktów. Ich rywale oddali dwa celne uderzenia – po obu piłka znalazła się w bramce strzeżonej przez Edersona. „Obywatele” z kolei klepali futbolówkę po obwodzie, czasami próbując nieudolnych wrzutek na niskich napastników. Jak łatwo można się domyślić, ich strzały prawie w ogóle nie zagrażały Llorisowi, a w połowie przypadków zatrzymywały się już na defensorach.

Michael Cox, analityk The Athletic, zauważył, że Manchester City cierpi przez nadużywanie gry środkiem, nie tworząc sobie tym samym potrzebnych przestrzeni. Nie chcę tutaj specjalnie zagłębiać się w aspekty taktyczne, ale wystarczy przeanalizować zestawienie personale drużyny na mecz ze Spurs, żeby stwierdzić, że Cox miał rację – obaj skrzydłowi regularnie zacinali do środka, prawy obrońca Walker nie szedł na obieg, a jego odpowiednik na lewej flance – Cancelo, prędzej czy później i tak schodził w centralne strefy boiska szukając swojej lepszej, prawej nogi. Choć wydaje się to nieprawdopodobne, Guardiola w ten sposób zdradził filozofię swojego mentora – Johana Cruyffa, u którego aspekt ten stanowił absolutną podstawę w taktyce. Brzmi to nieprawdopodobnie, ale nie ma lepszego dowodu na to, iż Pep się pogubił.

 

Gdzie te skrzydła? Gdzie ta intensywność?

Nie muszę chyba też długo tłumaczyć, że w dzisiejszym futbolu bez mocnych skrzydeł ani rusz. Potwierdzają to przypadki Bayernu i Liverpoolu, drużyn, które znakomicie wykorzystują boczne sektory boiska,  a także kazus Barcelony, której indolencja spowodowana jest między innymi zbyt dużym zagęszczeniem środka pola. Bez robienia różnicy na bokach, trudno walczyć o najwyższe cele w dzisiejszej mocno fizycznej, niezwykle intensywnej oraz dynamicznej piłce, gdzie i tak miejsca na trawiastej scenie za wiele nie ma.

Manchesterowi City tejże intensywności brakuje. Momentami wyglądają jak drużyna, która zatrzymała się w poprzedniej epoce i nie nadąża za obecnymi realiami. I tu moim zdaniem leży największy problem Pepa Guardioli. Jest tak wierny swoim ideałom, że boi się modernizacji. To romantyk, zmuszony do tworzenia w erze futbolowego pozytywizmu. Uważam, że Guardioli brakuje pragmatyzmu. W 2020 roku, aby odnosić sukcesy, trzeba kłaść większy nacisk na przygotowanie fizyczne, wybieganie i bardziej bezpośrednią grę. Potrzeba tej katowanej przez uczniów w liceum „pracy u podstaw”. W wydaniu futbolowym, ma się rozumieć.

 

U Pepa wszystko po staremu

Weźmy przykładowo takiego Juergena Kloppa. Niemiec potrafił ustawić Liverpool defensywnie w finale Ligi Mistrzów z Tottenhamem, ponieważ wiedział, że czasami takie podejście jest niezbędne do końcowego triumfu. A Pep dalej swoje. I jaki tego efekt? Regularny brak sukcesów na scenie europejskiej. To nie jest przypadek, że ekipy Guardioli w ostatnich latach eliminowały drużyny pokroju Lyonu czy Monaco, a ostatni raz w półfinale Champions League 49-latek znalazł się jeszcze prowadząc Bayern, a w finale prowadząc Barcelonę. W 2011 roku. Ansu Fati najprawdopodobniej szykował się wtedy do Pierwszej Komunii, a Kylian Mbappe w Polsce zaczynałby gimnazjum. Nie mówię, że Katalończyk powinien zmienić swoje postrzeganie piłki nożnej o 180 stopni, tym niemniej, wypadałoby w końcu wyciągnąć pewne wnioski.

Inna sprawa to fakt, iż Guardiola pracuje w City już piąty rok i mógł się najzwyczajniej w świecie wypalić. Żeby nie było, że tylko krytykuję – drugi i trzeci sezon na Wyspach miał znakomite: dwa mistrzostwa Anglii z rzędu, pobite rekordy punktowe i bramkowe, zdobyty tryplet krajowy. Do ideału zabrakło właściwie tylko triumfu w tej nieszczęsnej Lidze Mistrzów. „Obywatele” grali porywająco, a przy tym diabelsko skutecznie. Dzisiaj grają… no cóż, właściwie tak, jak we wczorajszym meczu z Tottenhamem. Więcej nie trzeba dodawać. Podobna sytuacja miała miejsce w ostatnim sezonie pracy Guardioli na Camp Nou, kiedy to był już całkowicie wydrenowany i miał dość tej roboty. Notorycznie kombinował ze składem, a styl Dumy Katalonii nużył i raził brakiem efektywności. Brzmi znajomo, prawda?

 

Presja i obsesja

Wcześniej wspomniałem, że dla bohatera tego tekstu to już piąta kampania jako trener „The Citizens”. Jest to o tyle istotne, bowiem w Barcelonie problemy pojawiły się już w czwartym, a w Bayernie nawet do niego nie doszło. Zaprzeczając dotychczasowej logice, Guardiola przedłużył umowę z Manchesterem… do 2023 roku! Czym więc mogła być spowodowana decyzja o kontynowaniu współpracy, pomimo coraz większych oznak zmęczenia materiału? Ano powodów jest kilka. Po pierwsze, do tej pory nigdzie mu się tak dobrze nie pracowało. W City presja jest o wiele mniejsza niż w Barcelonie, nie trzeba znosić tylu ataków prasy, a sezon bez trofeów nie jest uważany za tragedię. W Niemczech natomiast zawsze był kimś „obcym”, człowiekiem z zewnątrz, mającym dziwne podejście do futbolu.

Bez wątpienia chodzi mu również po głowie wszem wobec wypominany brak sukcesu w Lidze Mistrzów. Setki milionów wydanych na transfery, kilka lat pracy nad projektem, a wciąż lepsze okazują się „kopciuszki” i rywale z krajowego podwórka. Pep, jako perfekcjonista, na pewno będzie chciał udowodnić, że potrafi jeszcze wyciągnąć drużynę z kryzysu i doprowadzić ją do wiktorii w najbardziej prestiżowych rozgrywkach klubowych.

 

Na ratunek Leo Messi

Według niektórych fanów futbolu, w osiągnięciu tego celu pomóc może Guardioli… Messi. Brzmi to abstrakcyjnie, ale mając na uwadze wydarzenia, które wstrząsnęły Barceloną latem, niewykluczone, że Pep zdecydował się na przedłużenie kontraktu, ponieważ ma zapewnienie, że Argentyńczyk ponownie trafi pod jego skrzydła. Kontrakt Messiego z Barceloną wygasa w czerwcu przyszłego roku i wiele wskazuje na to, że po dwudziestu jeden latach opuści Camp Nou, aby znowu grać pod wodzą najlepszego trenera, jakiego miał w swojej dotychczasowej karierze.

Osobiście uważam jednak, że ściągnięcie „La Pulgi” na Etihad Stadium nie rozwiąże problemów Manchesteru City. Jeden zawodnik, nawet tak genialny, nie uzdrowi wiecznych kłopotów z defensywą, czy przedostawaniem się pod bramkę rywala. Wyeliminowaniem tych słabości powinien zająć się trener. No i pewnie się zajmuje, tylko na razie mu to za bardzo nie wychodzi. Messi, jeśli zmieni barwy klubowe, może wygrać Obywatelom kilka meczów „w pojedynkę”, ale sam upragnionej Ligi Mistrzów nie zdobędzie – próbował już w Barcelonie, ale na drodze stanął Liverpool.

 

Teraz jest źle, więc co będzie później?

Z bólem serca stwierdzam, że tak długa współpraca nie wyjdzie na dobre ani klubowi, ani samemu Guardioli. Wszystkie znaki na niebie wskazują na to, iż Pep osiągnął ten sam punkt, co przed ośmioma laty w Barcelonie – powtarzanego przeze mnie jak mantra wypalenia. Kosztowne wzmocnienia niewiele pomagają, a niektóre gwiazdy nie błyszczą już takim blaskiem jak przed chociażby dwoma laty. Nie zdziwię się nawet, jeśli dojdzie do sytuacji, w której Guardiola po raz pierwszy w swojej karierze trenerskiej wyląduje na bezrobociu. Trudno mi po prostu znaleźć jakiś argument przemawiający za tym, że on tę drużynę jeszcze podniesie. Te cztery lata katalońskiego geniusza na Etihad były piękne, lecz następne na takie się niestety nie zapowiadają.


Najlepsze oferty bukmacherskie na Euro 2020
20 zł bez depozytu, 600 zł bez ryzyka i bonus 2100 zł na eFortuna.pl
20 zł bez depozytu, 333 zł bez ryzyka i bonusy 2000 zł na LVBET.pl
21 zł bez depozytu, 230 zł bez ryzyka i bonusy 549 zł na Totolotek.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *