Nowe rozdanie w Levante i pierwsze ofiary, a lista jeszcze długa

Levante

fot. Superdeporte


Levante po spadku szykuje się na wietrzenie magazynu. Rewolucja już się rozpoczęła. Od zmiany na ławce trenerskiej po odejście żywej legendy – Jose Luisa Moralesa. W jakim miejscu jest dziś ekipa z Ciudad de Valencia?

Gdy spadli z LaLiga wielu kręciło nosem. Bo przecież takie drużyny chce się oglądać na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Zespoły barwne, choć czasem chaotyczne. Dające widowisko bez względu na rangę rywala. Jak w zremisowanym 3:3 meczu z Realem Madryt na początku sezonu. Rollecoasterze z Sevillą (3:5), Espanyolem (3:4) i Valencią (3:4). W końcu Żaby zapewniły nam wiele pamiętnych momentów. Od urwanych punktów w meczach z Atletico po bolesną porażkę z Barceloną i szóstce od przyszłego mistrza.

Levante potrafiło bawić za czasów niechlubnej serii Paco Lopeza oraz Javiera Perreiry. Robiło to także później, gdy za ster chwycił żółtodziób Alessio Lisci. Podjął się wyzwania wręcz niemożliwego. Ożywił, ale nie zdążył nadrobić zaległości. Ta historia ma swoje bogactwo, lecz próbując skwitować ją jednym słowem, należałoby po prostu spojrzeć na tabelę. Aż 56 zdobytych bramek, co daje siódmy najlepszy wynik minionego sezonu w LaLiga. I 76 straconych – jedenaście więcej od zamykającego Alaves.

Czas na roszady

Czy na Ciudad de Valencia istnieje życie po spadku? Na to pytanie z pewnością znajdziemy odpowiedź w najbliższych miesiącach, ale rewolucja już się rozpoczęła. Ratunkowy Alessio Lisci pożegnał się ze stanowiskiem, bo jego kontrakt nie zostanie odnowiony. Od początku był zależny od utrzymania dywizji, ale nadzieja po całkiem udanej wiośnie gdzieś się tliła. Środowisko doceniało również jego postawę. Konsekwencję i transparentność. Lojalność, gdy rok temu odrzucił propozycję wstąpienia do akademii Realu Madryt, przejmując drużynę rezerw Levante. Finalnie otrzymał co prawda propozycję od prezesa Quico Catalana jednak dotyczącą powrotu na zaplecze klubu. Odmowa nie wzbudziła sensacji.

Walizki spakowało już jedenastu piłkarzy akademii oraz Carlos Clerc, który aktualnie pozostaje wolnym agentem. Oscar Duarte nie otrzymał żadnej oferty, co potwierdził publicznie na łamach Cadena SER. Jose Campana naciska, a Roger Martin czeka na ruch Rayo Vallecano i dalej nie wiadomo co z Jorge Miramonem, którego kusi pierwszoligowy Cadiz. Osasuna zgłosiła się po Aitora Fernandeza, a Dani Cardenas wciąż przebiera w ofertach, mimo że upadł temat Espanyolu. Priorytetem Levante będzie utrzymanie jednego z dwójki wspomnianych bramkarzy, a 25-latek cieszy się większym poparciem dyrektora sportowego Felipe Minambresa.

To jednak nie koniec, bo wyjść spróbuje także Jorge de Frutos i Enis Bardhi. Były piłkarz Realu Madryt znalazł się na celowniku Getafe, co potwierdził sam Minambres. Azulones spotkali się z odmową, proponując 12 mln euro, choć furtka pozostaje otwarta. De Frutos chciałby pozostać w pierwszej lidze, a Levante musi sprzedawać, aby nie zamknąć kolejnego roku finansowego z deficytem. Bardhi to temat otwarty. Sam gracz odrzuca propozycje spoza Europy, aczkolwiek nie chce spędzić najbliższej kampanii na zapleczu LaLiga.

Pożegnanie legendy i spory niesmak

Jest jeszcze jeden człowiek, który z pewnością nie będzie częścią ekipy Żab w zbliżającym się sezonie. Chodząca legenda klubu i człowiek od budowy pięknych momentów. Kapitan Jose Luis Morales po jedenastu latach opuszcza statek. W piątek pożegnał się poprzez nagranie, w którym przedstawił swoją perspektywę transferu do Villarrealu. I pewnie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, bo 34-latek zostawił serce na Ciudad de Valencia. Skok na głęboką wodę po prostu mu się należy. Szczególnie teraz, gdy nie udało się wywalczyć utrzymania, a w celu zrównoważenia klubowego budżetu taki ruch wydaje się rozsądny dla obu stron.

Niemniej Morales zadbał, aby wokół transferu zrobić niemałą burzę, gdy jeszcze niedawno zapewniał, że zamierza kontynuować grę w Levante. – Kiedy powiedziałem, że zostanę, rozmawiałem z duszą Levante. Naprawdę to czułem, więc proszę o wyrozumiałość dla tego, co zrobiłem i powiedziałem. To zawsze płynęło z serca i nieskończonej miłości do tego klubu. Wiem, że niektórzy z was są rozczarowani moją decyzją o odejściu ze względu na przebieg wydarzeń… Zapewniam, że nie było to pożądane… – tłumaczył podczas swojego pożegnania.

To prawda, że ​​rozłąka w ten sposób nie jest łatwa dla nikogo i trudno ją wytłumaczyć. Jednego dnia czujesz, że chcesz grać w klubie nawet po spadku, a kolejnego dogadujesz dwuletni kontrakt z Villarrealem. Morales nie dał klarownych wyjaśnień, więc możemy jedynie dywagować, czy przekonała go lokalizacja, zarobki, czy poziom sportowy, którego nie osiągnie, grając dla Levante. A może wszystko na raz? 34-latek wytworzył rysę na swoim nieskalanym pomniku, ale czy to powinno przysłaniać jego historię? Tak jak w przypadku Sergio Ramosa i Realu Madryt rana będzie bolała, bo świeża, ale czas odegra kluczową rolę.

Kontrakt na… 10 lat!

Pepelu podpisał kontrakt do 2032 roku, stając się tym samym zawodowym piłkarzem z najdłuższym kontraktem w Hiszpanii. Umowa posiada jednak kilka opcji, które umożliwiają Pepelu opuszczenie Ciudad de Valencia znacznie wcześniej. Szczególnie w przypadku braku awansu do LaLiga w przyszłym sezonie. – To był jego pomysł i uznałem, że jest bardzo dobry. Nie jest to umowa dla wszystkich graczy, ale są zawodnicy, którym można zaufać i w których widzi się coś, co może uczynić cię lepszym – stwierdził Felipe Minambres na konferencji prasowej.

Oficjalnie: Michał Żuk odszedł z Barcelony, wraca z rodziną do Polski

Ta historia ma swój urok nie tylko z uwagi na termin obowiązywania umowy. Pepelu sezon 2020/21 spędził na wypożyczeniu w Vitorii Guimaraes i gdy wrócił latem ubiegłego roku, wydawało się, iż jego przyszłość w Levante dobiega końca. Po okresie przygotowawczym Paco Lopez poinformował 23-latka, że nie widzi go w swoich planach i ten powinien poszukać minut gdzieś indziej. Po Pepelu zgłosił się Clermont Foot, występujący w Ligue 1, a obie strony błyskawicznie znalazły nić porozumienia. Ostatecznie na drodze do transferu stanął sam prezes, który za cel postawił sobie umieszczenie opcji odkupu w kontrakcie Hiszpana, na co nie zgodzili się Francuzi.

Nowe rozdanie, nowa miotła

Rozstanie z Alessio Liscim zrodziło wiele pytań w kontekście jego następcy. Luis Garcia Plaza został podebrany przez Deportivo Alaves, a Michel postanowił pozostać w Gironie mimo zakusów ekipy z Walencji. I choć na liście zaczęło przewijać się nazwisko byłego technika Espanyolu, to Levante szybko ucięło plotki – Mehdi Nafti nowym trenerem Żab.

Prawdę mówiąc, Tunezyjczyk nie wywołał ekscytacji wśród kibiców. Jest kilka kwestii, które łatwo byłoby postawić w kontrze do jego kandydatury. 43-latek nie pracował pod tak dużą presją i nie ma dużego doświadczenia jako trener. Zwolniony z Lugo zatrudnienie znalazł w Leganes. Los Pepineros po spadku i nieudanych barażach ponownie spotkały się ze ścianą, kończąc miniony sezon w środku stawki. Z drugiej strony zaplecze LaLiga łatwo weryfikuje faworytów. W ostatnich latach przekonała się o tym Almeria i Girona, gdy musiały uznać wyższość Elche, a rok później Rayo. W ubiegłym sezonie śladem wspomnianych poszedł Eibar, który już pożegnał się z szansą na powrót do pierwszej dywizji.

Za tunezyjskim szkoleniowcem przemawia jedynie styl pracy z zespołem i fakt, iż nie miał on wygórowanych oczekiwań sportowych i finansowych, a jak wiemy współpraca z Quico Catalanem często wymaga bezwarunkowego podporządkowania.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Ten artykuł jest dostępny tylko w zagraniczej odsłonie tego serwisu.