Król bez mistrzostwa schodzi ze sceny [Felieton]

bbc.co.uk

Jako kibic Arsenalu, teoretycznie niewiele dobrego powinienem powiedzieć o legendzie rywala. Ale już jako realista doceniam wszystkich, niezależnie od barw klubowych, patrząc z perspektywy kibica piłki nożnej, a nie pojedynczego klubu. Toteż wyżej w mojej hierarchii legend od Stevena Gerrarda jest chyba tylko Thierry Henry.

O Gerrardzie można powiedzieć wszystko, a to i tak będzie za mało. Kto by pomyślał, że spośród wydarzeń z 29 listopada najbardziej po latach pamiętać się będzie wejście na boisko nieopierzonego młodziana w barwach Liverpoolu.

Tego właśnie dnia w 1998 roku “Stevie G” pojawił się na boisku w koszulce swojego ukochanego Liverpoolu, zmieniając Vegarda Heggema. Jasna cholera. Teraz co chwilę ktoś debiutuje, ale w życiu nikt by nie przewidział, że to może być moment, który zapamiętamy na długo.

Gość, którzy przez lata budował swoją pozycję, był kochany przez kibiców “The Reds”. A ci powodów do takiego uczucia mieli mnóstwo. Zadeklarowany fan Liverpoolu, klubu, który dał mu wszystko, a on jemu jeszcze więcej.

W jego żyłach nie może płynąć zwykła czerwona krew. Przez lata kapitan i gwiazda tego klubu, bez którego mało kto wyobrażał sobie Anfield Road. Kto wie, gdyby uległ Realowi Madryt, który przez lata podlizywał się mu, miałby w swojej kolekcji więcej trofeów. Ale dla niego ważne najwyraźniej było co innego.

Człowiek, którego nie da się nie szanować. Zawsze ułożony, spokojny, którego nawet po wpadkach omijała hejterowska fala nienawiści. Prawdziwy symbol, który warto pokazywać młodym adeptom futbolu.

Mimo, że nie wygrał nigdy mistrzostwa Anglii, ominęły go też sukcesy z reprezentacją Anglii, zawsze pozostanie tym wielkim. I choć ma w swojej kolekcji tylko dwa istotne trofea: zwycięstwo w Lidze Mistrzów i w Pucharze UEFA, pamiętany będzie głównie za to pierwsze.

O tym historycznym finale w Stambule pisano już wszystko. Przypominać pogoni Liverpoolu i ogromnego udziału w tym Gerrarda przypominać nie trzeba, ale przecież bez niego, “The Reds” stolicę Turcji mogliby wtedy oglądać tylko jako turyści.

Mało brakowało, a już w grudniu Liverpool skończył by swoje rozgrywki w tamtym sezonie. O awansie do kolejnej fazy decydował mecz z Olimpiakosem Pireus, który Anglicy musieli wygrać dwoma bramkami. Na kilka minut przed końcem przy stanie 2:1, gdy kibice zaczęli tracić nadzieję, do akcji wkroczył właśnie on, potężnym wolejem (przy błędzie bramkarza) powiększył prowadzenie i taki wynik dał upragnioną grę na wiosnę. A wtedy poszło już z górki.

Gerrard, choć nigdy nie był graczem tak widowiskowym jak Ronaldinho, czy Zidane, spokojnie może być stawiany na równi. Dysponował fantastycznym strzałem z dystansu, świetnym przeglądem pola, a przede wszystkim sercem.

Anglik tworzył też fantastyczne duety, jak ten z Fernando Torresem, czy Luisem Suarezem. Choć pod koniec swojej przygody z Liverpoolem dopadały go już kontuzje, a on sam grał coraz słabiej (słynna czerwona kartka w meczu z Manchesterem United, zdobyta w kilkadziesiąt sekund po wejściu na boisko), nigdy nie przestał być kochany nie tylko na trybunie The Kop.

Teraz, gdy zdecydował się rozstać z boiskiem, nikt nie wyobraża sobie, aby nie dołączył do sztabu szkoleniowego Juergena Kloppa, a w przyszłości pójść drogą inny wielkich, takich jak Zinedine Zidane, czy Pep Guardiola, którzy na płycie boiska, pozostali, z tym, że pod drugiej stronie linii, stając się liderami swoich ukochanych drużyn.

Dlaczego takich graczy jest coraz mniej? Takich, dla których pieniądze mają znaczenie poboczne? Gdy po raz ostatni paradował w czerwonej koszulce po Anfeld, z córką na rękach, nawet takiemu zawodnikowi z oczu pociekły łzy. W końcu podczas wielu podchodów z innych klubów, odpowiadał, że nigdy nie strzeli bramki swojemu Liverpoolowi. Pękłoby mu serce, a Liverbird uciekłby z liverpoolowskiego herbu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *