Girona zostawia Real na spalonym

el pais

Czy cokolwiek w życiu jest pewne? Śmierć – krzykniemy chórem. Coś jeszcze? Podatki – dodamy. A czy cokolwiek pewne jest w piłce nożnej? Cisza, konsternacja. Oczywiście zacznie się sezon ligowy, Liga Mistrzów, na nagłówkach gazet pojawi się parę ciekawych transferów. Jednak jeśli ktoś uważa się za piłkarskiego wizjonera, to chciałbym poznać jego sierpniową opinię o prognozach na nadchodzący sezon Realu Madryt.

87 lat. Szmat czasu. Liczba, która przewyższa średnią długość życia człowieka w Europie. Tyle też lat od momentu powstania, czekała Girona na awans do Primera Division. Dekady walki, awansów, rozczarowań i upokorzeń. Podopieczni Pablo Machina okazali się dziś być wojownikami, którzy swą postawą nie splamili czci prekursorów ich sukcesu. Zostawili dziś na boisku nie jedno, a co najmniej dwa pełne pasji serducha.

Kryzysy formy wielkich klubów są czymś, co zawsze wprawia fanów w osłupieni. Do tej pory funkcjonujący w homeostazie organizm, sukcesywnie zaczyna zmniejszać swą wydajność, aby finalnie zabić pasję w kibicach. Bo jak mogło to się stać, że Real, który jeszcze przed właściwym sezonem rozbijał Manchester United czy Dumę Katalonii, zalicza trzy mecze bez zwycięstwa na własnym obiekcie i przegrywa z żółtodziobem La Ligi? Mają dokładnie taką samą kadrę, większość kontuzji zażegnana, a gra wciąż pozostawia wiele do życzenia. Pokusiłem się kiedyś o porównane Los Blancos do walca, który miał rozjeżdżać rywali, lecz zwolnił i daje wyprzedzać się innym. Miesiąc później teza ta jest wciąż aktualna.

Królewscy wyszli dziś nastawieni na naukę gry przeciwnika. Girona w tym sezonie radzi sobie mizernie, ale dokonuje czegoś, co obserwuje się u wielu mniejszych klubów – mobilizuje się na starcia z najlepszymi. Kampanie ligową rozpoczęła od remisu bramkowego z Atletico Madryt. Podejmując u siebie Barcelonę, Girona od początku zdecydowała się na futbol totalny idąc na wymianę ciosów z gośćmi. O ile w meczu z Blaugraną brakowało im argumentów czysto piłkarskich, to goszcząc u siebie wybrakowany Real, wznieśli się na wyżyny. Taktyka mistrzów Hiszpanii zakładająca granie 4-4-2 z Isco jako piłkarzem łączącym strefy w ataku, a broniącym jako pomocnik, zwykła działać w meczach z mniejszymi. Dziś jednak kataloński opór okazał się zbyt duży, aby to wystarczyło. Fakt, nie był piękny futbol. Za to taktycznie, do bólu skuteczny. Gospodarze lepsi byli we wszystkim. W intensywność, taktyce i oczywiście w strzelaniu bramek. Tytuł artykułu odnosi się do genialnego nagłówka dziennika MARCA.


Zabójczy kwadrat w środku pola stłumił wielkie gwiazdy Królewskich. Ze środka pola jedynie Isco spełnił pokładane w nim nadzieje, choć grywał lepiej. Ku wielkiemu smutkowi pasjonatów futbolu, po Modriciu zaczyna być widać pierwsze oznaki piłkarskiej starości. Coraz częściej gra on bardzo dyskretne mecze z ligowymi outsiderami. Centralna część boiska dla podopiecznych Zizou zamknięta była na tyle, że nawet Casemiro brał się za rozgrywanie piłki, a często tego nie robi. Obie flanki były skutecznie zamykane przez bocznych obrońców, którzy wygrywali większość piłek z Achrafem i Marcelo.

Warto powiedzieć sobie kim przed karierą w Hiszpanii byli poszczególni piłkarze beniaminka La Liga. Ośmiu z nich biegało po boiskach drugiej ligi hiszpańskiej,  Aday łączył piłkę z koniecznością pracy jako fryzjer, a Granell kończył na uczelni pedagogikę, aby zająć się nauczaniem w szkole podstawowej. CV piłkarzy Girony wygląda blado niczym najbielszy pergamin przy naszpikowanej gwiazdami drużynie Zidane’a. Mimo to Dawid powalił Goliata. Dywagacja o złych sędziach w Hiszpanii, którzy uznali bramkę ze spalonego nie ma sensu. Spójrzmy prawdzie w oczy. Klub pokroju Los Merengues z drużyną debiutującą, podkreślam debiutującą w La Liga powinien do przerwy zapakować trzy bramki, zamknąć mecz i myśleć o środowym starci z Tottenhamem.

Inną sprawą są braki kadrowe. Perez sprzedał zawodników, którzy rok temu wygrali mu ligę. Ją z kolei, wygrywa się  meczami z wymęczonym, ale zwycięstwem. Tak, jak w tym sezonie robi to Barcelona, czy sensacja obecnej kampanii -Valencia. Piłkarze pokroju Moraty czy Jamesa wchodząc z ławki przechylali szalę na korzyść Realu, łapiąc za długopis i dopisując trzy punkty do dorobku mistrzów Hiszpanii.

Real Zidane’a w takim dołku jeszcze nie był. Najbliższe tygodnie zweryfikują potencjał trenerski Francuza. Nie trudno zauważyć jest, że trudniej odbudować się klub z własnej ruiny, niż z tej, dzieła poprzednika.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.


Ten artykuł jest dostępny tylko w zagraniczej odsłonie tego serwisu.