Ale to już było.. Czy jeszcze wróci?

Krzysztof Drobnik (Piłkarski Świat)

To były piękne czasy… Spontaniczna, ale bardzo duża radość. Sukces, którego nikt się nie spodziewał. Wczoraj przeżywaliśmy 15-stą rocznicę zdobycia przez Kolejorza Pucharu Polski w 2004 roku. Po wygranym dwumeczu z Legią Warszawa. Biedny i skazywany na pożarcie Lech pokonał warszawian na swoim boisku po dwóch golach legendy klubu – Piotra Reissa. W rewanżu zawodnicy trenera Czesława Michniewicza wytrzymali napór Legii i dali swoim fanom powody do radości. Pierwsze od wielu lat.. I mimo zdobytych Mistrzostw Polski, Pucharu Polski i wygranie Superpucharu w następnych latach, tamten sukces w pewnym sensie zamyka rozdział “prawdziwego Lecha”.


Zdobycie w 2004 r. Pucharu Polski jest dla mnie osobistym przeżyciem. Było to pierwsze trofeum dla Kolejorza, które pamiętam w pełni świadomie. Z racji tego, że urodziłem się w 1990 roku, to nie mogę pamiętać zdobytych Mistrzostw Polski z początku tych lat. Ale pierwszy mecz finałowy z Legią Warszawa pamiętam już bardzo dobrze. Od mojego pierwszego meczu na stadionie Lecha mijało właśnie jakieś sześć lat.


Stadion już się zmieniał. Trybuna IV była na swoim miejscu. Jeszcze nie zadaszona, ale była pierwszym symbolem zmian jakie czekały Lecha w najbliższych latach. Reszta stadionu w kształcie podkowy, który na zawsze pozostanie w pamięci mojej jak i wszystkich Kiboli pamiętających tamte czasy. Jupitery, które stykały się z niebem. Nieodzowny obrazek kojarzący się z ulicą Bułgarską i stadionem Kolejorza. Mam to szczęście, że właśnie w latach 90-tych mogłem zacząć jeździć na mecze.


Z całym szacunkiem do wszystkich kibiców, ale w dzisiejszych czasach nie poczujecie tego czegoś, co czułem ja i rzesza fanów, którzy tamte lata wspominają nie rzadko ze łzami w oczach.
Wtedy właśnie ten biedny Lech był tym klubem, w którym kibice byli zakochani bez opamiętania. Byliby w stanie oddać życie za barwy. Zawsze na pierwszym miejscu był Lech Poznań. Nikt się nie przejmował tym, że za chwilę być może nasz klub mógłby zniknąć z piłkarskiej mapy Polski. Niebiesko-biały szal jednoczył. Pomimo wszystkich przeciwności.
Siadając do rozmów ze starszymi kibicami widzę to jak dziś reagują na to, co dzieję się wokół ukochanego klubu. Prawda brutalna, ale z tych kibiców, którzy zasiadają na meczach Lecha w teraźniejszych czasach niewielu byłoby gotowych do poświęceń dla barw i dla historii. Niestety..


Zmiana priorytetów


Jak już napisałem czasy biednego Lecha były jednocześnie tymi czasami, które scalały ze sobą kibiców. Zjednoczonych w miłości do tego klubu i marzących o tym, by Lech był wielki. Po 2006 roku i fuzji z Amicą mam wrażenie, że z każdym rokiem ta miłość może nie topniała, ale była trudniejsza do okazywania. Aż do teraz. Gdy na mecze przychodzi garstka kibiców. Stadion świeci pustakami. Pasja wśród rdzennych kibiców została skutecznie wygaszona. Bo jak inaczej nazwać to, że nie jeden Kibol z bardzo długim stażem nagle musi sobie powiedzieć, że nie pójdzie na stadion. Nie czuję tego co było jeszcze kilka lat temu, a bycie kibicem w wielu przypadkach jest równoznaczne ze zrobieniem sobie selfie na trybunie. Nawet tej najbardziej zagorzałej.


Nie mam zamiaru pouczać kogokolwiek, bo nie taka moja rola. Ale z wieloletnich obserwacji mogę wyciągnąć sobie wnioski.
Kiedyś zgubienia szalika było wręcz niewybaczalnym grzechem. Głupio było się tym “pochwalić”, bo każdy doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że w najlepszym czasie dostanie ostry ochrzan. Zakładanie niebiesko-białej koszulki było nagrodą. Nagrodą za nauczenie się tego, czym jest dla każdego Kolejowy Herb na piersi.


Czasy zmieniły się tak bardzo, że jadąc na mecz widzę niejednokrotnie młodych kibiców, dla których najważniejsze w byciu kibicem jest właśnie popisanie się przed kimś innym, że się tutaj jest. Zero wiedzy z historii. Zero świadomości, która powinna być na pierwszym miejscu. Doprowadza to do podziałów między kibicami. A tak nie powinno być..


Niepotrzebne nieporozumienia


Jedni wyzywają drugich od tych, którzy zbytnio spoufalają się z zarządem. Drudzy mają pretensję, że krytyka jest nieprzemyślana i większość słów jest wypowiedzianych niepotrzebnie. Zarzuty o bycie bardziej lub mniej kumatym. Tak od jakiegoś czasu wygląda obraz Kiboli Lecha. Pusty Kocioł, w którym z pewnością są kibice nadal w Lechu zakochani, ale jest też duża grupa fanów, która chodzi do Kotła, bo tam są bilety tańsze. Wiem, jest to bardzo ryzykowna teza, ale uwierzcie, że jadąc do Poznania 100 km słyszę nie raz takie słowa, że głowa mała.


Czy nie warto dla dobra wszystkich byłoby zaprzestać szukać kłótni?
Może najlepszym rozwiązaniem jest powrót do pewnego rodzaju rygoru na trybunie? W końcu jakieś zasady muszą obowiązywać. Gdy ja sam zaczynałem pojawiać się w Kotle, to nie do pomyślenia było jakieś robienie sobie fotek. Nie było mowy o trzymaniu rąk w kieszeni i nie śpiewaniu. A już w ogóle nie było opcji, żeby wejść na trybunę w innej koszulce niż koszulka w barwach. Jak to wygląda w ostatnich latach? Niech każdy sobie odpowie.


Szczerze napiszę, że marzę o tym, aby znów poczuć pewien strach wchodząc na stadion. Nie piszę tutaj o używaniu przemocy, żeby nie zostać źle zrozumianym. Ale każdy będący w Kotle powinien wiedzieć po co tutaj przyszedł i, że nie jest to miejsce do zrobienia sobie zdjęcia na Facebooka. Że obowiązują barwy niebiesko-białe. Że szalik to najważniejsza rzecz w całym naszym kibolskim życiu.
Czy takie marzenie ma szansę się spełnić? Nie wiem.. Wiem natomiast, że za marzenia nie karać nie zamierzają.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi