“Życzyliśmy sobie jak najtrudniejszych rywali” – Wspomnienie niezapomnianego wieczoru

Lech Poznań

Krzysztof Drobnik (Piłkarski Świat)

Po nieudanych eliminacjach do Ligi Mistrzów, poznański Lech został zmuszony był do walki o awans do rozgrywek Ligi Europy. Rywalem Kolejorza było ukraińskie Dnipro Dniepropietrowsk. Zawodnicy Jacka Zielińskiego wygrali dwumecz z silniejszym rywalem, a w nagrodę przyszło im rywalizować: z wielkim Juventusem, budującym potęgę Manchesterem City czy zawsze groźnym Red-Bull Salzburg. Dziś mija dokładnie 10 lat od meczu, który kibice Lecha będą pamiętali zawsze.

Losowanie, które zmroziło

27 sierpnia 2010 r. w Monako odbyło się losowanie grup Ligi Europy. Jedynym przedstawicielem naszego kraju był Lech Poznań, który po zdobyciu tytułu mistrzów Polski najpierw rywalizował w eliminacjach do Champions League. W drugiej rundzie eliminacji piłkarze Jacka Zielińskiego, nie bez problemów, poradzili sobie z Interem Baku. Do rozstrzygnięcia dwumeczu potrzebne były rzuty karne i słynny pojedynek Krzysztofa Kotorowskiego z Giorgim Lomaią. W dalekim Baku, Lech wygrał 1-0 po golu Artura Wichniarka. W rewanżu to goście zdołali zdobyć gola i potrzebna była dogrywka oraz rzuty karne.

Następnie na drodze Lecha Poznań stanęła Sparta Praga. Ten dwumecz lechici przegrali o-2, po dwóch jednobramkowych porażkach. Najpierw w Pradze, a następnie w Poznaniu. W rewanżu prażanie zdobyli gola po rzucie karnym podyktowanym za faul Bartosza Bosackiego. Taki, a nie inny obrót spraw zmusił Lecha do walki w eliminacjach mniej prestiżowej Ligi Europy. Tutaj niebiesko-biali trafili na ukraińskie Dnipro Dniepropietrowsk. Pierwszy mecz na wyjeździe zawodnicy z Poznania wygrali 1-0 po golu Manuela Arboledy, który zdobył gola już w 5. minucie meczu. Następnie po heroicznym boju na własnym stadionie udało się Kolejorzowi awansować do fazy grupowej drugiego z europejskich pucharów.

Juventus Turyn, Manchester City, Red-bull Salzburg, Lech Poznań – zestaw grupy A, do której trafili piłkarze Jacka Zielińskiego robił bardzo duże wrażenie. W polskich mediach przeważały nagłówki: “Kolejorz w grupie śmierci”“Grupa, w której można się wiele nauczyć” czy nawet wskazywanie na możliwy blamaż Lecha w starciach z tymi zespołami. Zupełnie inne zdanie mieli jednak piłkarze oraz trener poznańskiego zespołu. To, że nikt w nich nie wierzył tylko ich motywowało. A jak przyznali Luis Henriquez, Marcin Kikut oraz trener Zieliński – wszyscy w Lechu wiedzieli, że to niepowtarzalna szansa.

Wymarzony zestaw

“Losowanie oglądaliśmy w klubie, po treningu. Gdy pojawiały się kolejne nazwy zespołów wiedzieliśmy, że stajemy przed bardzo trudnym zadaniem. Jednak od razu trzeba dodać, że mieliśmy świadomość tego, jaka szansa staje przed nami.”

Tak zestaw grupowych rywali podsumował trener Jacek Zieliński. Ówczesny szkoleniowiec Lecha od razu zaznaczył, że do każdego meczu trzeba było podchodzić z respektem, ale bez żadnego strachu. Luis Henriquez mówił natomiast, że takie losowanie bardzo go ucieszyło.

“To losowanie było czymś niewyobrażalnym. Ja zawsze mówiłem, że wolałbym grać z najlepszymi, a nie z tymi mniej utytułowanymi rywalami. Juventus, Manchester City i Salzburg to było to, czego oczekiwałem.”

Henriquezowi wtórował Marcin Kikut:

“Po przegranych eliminacjach do Ligi Mistrzów, wszyscy życzyliśmy sobie jak najtrudniejszych rywali. I tak też się stało. Cieszyliśmy się i zacieraliśmy ręce, bo każdy z nas wiedział, że możemy tylko i wyłącznie zyskać.”

Piorunujący efekt

16 września 2010 r. drużyna ze stolicy Wielkopolski zameldowała się na stadionie Olimpijskim w Turynie. Jak wspominał Jacek Zieliński, jego zawodnicy wyszli na rekonesans murawy bardzo skoncentrowani. Świadomi powagi sytuacji w jakiej się znaleźli.

“Wyszliśmy na murawę oczywiście ubrani w dopasowane garnitury, tak aby podkreślić to, jakiej chwili dożyliśmy. Nagle z tunelu wyszli piłkarze Juventusu, którzy wyglądali jak modele z jakichś reklam. To robiło ogromne wrażenie.”

Marcin Kikut zwracał uwagę na to, że adrenalina chyba nigdy nie była na tak wysokim poziomie:

“Było poczucie wielkiej szansy. Czuliśmy, że za moment na tej murawie może wydarzyć się coś wyjątkowego. Zawładnęła nami jakaś piłkarska fantazja. Wiedzieliśmy, że takie mecze nie zdarzają się często i mieliśmy świadomość tego, że założenia taktyczne mogą być zapomniane.”

Grający wówczas na lewej stronie defensywy Luis Henriquez powtarzał, że uczucie, które wtedy im towarzyszyło było czymś nie do opisania:

“Moja mentalność nie pozwoliła mi na to aby się bać. Ja zawsze chciałem grać z najlepszymi! Była to prawdziwa weryfikacja tego, na jakim poziomie jesteśmy. Od razu wiedzieliśmy, że każdy korzystny dla nas wynik będzie historią.”

Moment wyjścia na murawę

Często się mówi, że piłkarze z tych najlepszych europejskich zespołów to też ludzie i nie są w stanie zrobić czegoś, czego się nie można by było się spodziewać. Jednak dla skromnych zawodników z Poznania moment wyjścia na boisku, już przed samym meczem był zupełnie innym doświadczeniem. Henriquez mówił:

“Nie co dzień grasz z Juventusem. Miałem motyle w brzuchu  i towarzyszyło mi bardzo pozytywne uczucie. Dopiero jak pierwszy raz poczułem piłkę przy nodze, dotarło do mnie, że teraz trzeba już walczyć na całego. Walczyliśmy za herb Lecha, walczyliśmy dla naszych kibiców.”

Marcin Kikut zwracał natomiast uwagę na to, że już po rozgrzewce w szatni padły proste słowa:

“Przekaz trenera oraz wszystkich dookoła był taki, że wychodzimy na murawę i robimy swoje. Tak naprawdę nie mamy nic do stracenia. Pokazujemy całą swoją moc i siłę. Od trenera przed samym meczem padły słowa, że wychodzimy wysoko, pressingiem i bierzemy co nasze. Zapamiętałem to, bo było to nietypowe dla trenera, ale według mnie wtedy zagraliśmy tak, jak zagraliśmy.”

Szok i niedowierzanie

O braku strachu, który wspominali moi rozmówcy wszyscy kibice Lecha mogli przekonać się od samego początku meczu. To Kolejorz grał szybko piłką, nie pozwalał Juventusowi na rozwinięcie skrzydeł. W 12. minucie po raz pierwszy euforia ogarnęła fanów zespołu z Poznania. Pamiętny zwód Sławomira Peszko, który został sfaulowany przez Felipe Melo i rzut karny dla niebiesko-białych. Gola z 11 metra zdobył łotewski napastnik Artjoms Rudnevs. Po upływie pół godziny Kolejorz wyszedł na dwubramkowe prowadzenia. Po zamieszaniu pod bramką Alexandra Mannigera drugiego gola dla Lecha zdobył Rudnevs. W prostych słowach skomentował to Marcin Kikut:

“To prowadzenie spowodowane było właśnie tą taktyką, którą trenerzy obrali na ten mecz. Nasze przygotowanie fizyczne oraz mentalne spowodowały, że Juventus nie za bardzo miał pomysł jak nas ugryźć.

Mocno zszokowany był Luis Henriquez:

“To prowadzenie 2-0 na wyjeździe to był prawdziwy szok. Jak już wspominałem, nie każdego dnia masz okazję grać przeciwko takiemu zespołowi. Pierwsza bramka, potem druga. Uczucie, które będę pamiętał do końca życia i którego nie można było opisać.”

Alessandro Del Piero

Bardzo dobry początek meczu w wykonaniu piłkarzy Jacka Zielińskiego został nieco zamazany błędami w defensywie pod koniec pierwszej części meczu. Marcin Kikut przyznawał, że złość po stracie przypadkowego gola była bardzo duża. Bo jak mówił, faulu i tego dośrodkowania można było w umiejętny sposób uniknąć. Ze swoim zawodnikiem zgadzał się trener Zieliński, który również żałował braku koncentracji do samego końca.

Zaraz po przerwie na 2-2 gola zdobył ponownie Giorgio Chiellini. On również był autorem kontaktowej bramki przed przerwą. W sytuacji z 49. minuty ponownie nie popisali się defensorzy Lecha Poznań, którzy odpuścili środkowego obrońcę Juventusu. Po kilku roszadach piłkarze Luigiego Del Nerrego wyglądali na murawie zdecydowanie lepiej. Zepchnęli gości z Poznania do defensywy, a sami szybkim rozegraniem piłki starali się przedostać pod bramkę Krzysztofa Kotorowskiego. W 68. minucie dał o sobie znać ten, na którego w Turynie zawsze można było liczyć. Alessandro Del Piero zdobył kapitalnego gola z ponad 25 metrów. Jak powiedział Luis Henriquez, dla niego to było wypicie porannej kawki:

“Dla Del Piero takie uderzenie z dystansu czy wykonanie rzutu wolnego to jak wypicie porannej kawki. On takie rzeczy robił bez żadnej presji. Del Piero zawsze będzie Del Piero. Nie każdy piłkarz posiada takie umiejętności jakimi popisywał się właśnie ten zawodnik.”

Henriquezowi wtórował Marcin Kikut:

“Z boiska było widać, jak bardzo podrażniliśmy ich sportowe ambicje. Być może delikatnie nas zlekceważyli i to wszystko spowodowało ich napór zaraz po przerwie. Po tej bramce na 3-2 oni się cieszyli jakby grali z Milanem. Jednak my też czuliśmy nieprawdopodobną złość. Ja sam stojąc na murawie miałem w sobie gorycz tego, jak toczył się ten mecz. Zdawałem sobie sprawę, że do historii nie przechodzi się po pięknych porażkach, ale po wyszarpanych remisach bądź spektakularnych zwycięstwach.”

Artjoms Rudnevs

Wydawało się, że Lech Poznań po bardzo dobrym spotkaniu zostanie z niczym. Na stadionowym zegarze wybiła 90. minuta. Sędzia Vladislav Bezborodov doliczył do drugiej połowy kilka minut. Pod polem karnym gospodarzy znalazł się nawet Manuel Arboleda, który znany był z tego, że w końcówkach meczów starał się pomagać swoim kolegom z linii ataku. Jednak to nie Kolumbijczyk, a łotewski napastnik został bohaterem wszystkich kibiców Lecha Poznań.

W drugiej minucie doliczonego czasu gry Rudnevs wymienił piłkę z Joelem Tchibambą, ustawił sobie ją na lewej nodze i huknął w stronę bramki strzeżonej przez Alexandra Mannigera. To, co wówczas zrobił Rudnevs wprawiło w ekstazę komentatorów, kibiców obecnych na stadionie, fanów w domach oraz samych piłkarzy. Gol, którego nie powstydziłby się sam Alessandro Del Piero. A jak mówił Jacek Zieliński:

“Szczerze, to ja do dziś nie umiem powiedzieć, który gol był ładniejszy. Ten zdobyty przez Del Piero, czy gol “Rudiego”.

Siedzący już na ławce rezerwowych Marcin Kikut nie mógł uwierzyć w to, co się wydarzyło:

“Ten trzeci gol Artjomsa to była bomba! Uczucie, którego nie szło opisać w racjonalny sposób! Była to chwila, na którą czeka się latami. Niektórzy nigdy czegoś takiego nie przeżyją, a my jako zespół stworzyliśmy magię historii. Ten gol był swoistą nagrodą za ciężką pracę jaką wykonywaliśmy. Była to przysłowiowa wisienka na torcie.”

W podobnym tonie wypowiedział się Luis Henriquez:

“Ten gol to był hit! Oczywiście nie wygraliśmy tego meczu, ale taki scenariusz na stadionie Juventusu sprawił, że każdy z nas był zadowolony. Myśmy czuli się zwycięzcami.”

Ale to już było… Kiedy powróci?

Chichot losu sprawił, że równo 10 lat po pamiętnym boju z Juventusem, piłkarze Lecha zagrają kolejny ważny mecz. Rywal oczywiście mniej reprezentacyjny, ale też taki, z którym wcale nie będzie łatwo. Wyjazdowa potyczka z Hammarby IF rozpocznie się podobnie jak mecz na Stadionie Olimpijskim w Turynie, o godzinie 19.00. Dziś podopieczni Dariusza Żurawia są bardzo dalecy od tego, aby chociaż w małym stopniu nawiązać do historycznych występów swoich poprzedników. Kibice od lat przeżywają mniejsze lub większe rozczarowania. Doszło do tego, że starcie ze szwedzkim średniakiem jest dla Lecha niemałym wyzwaniem.

Po drużynie, która dała wszystkim tak wiele radości nie ma już śladu. Marcin Kikut, Luis Henriquez oraz trener Jacek Zieliński zauważają, że częste zmiany koncepcji z pewnością nie pomagają w budowaniu solidnego zespołu, który mógłby częściej włączać się do realnej walki o tytuł mistrzowski. Henriquez ponadto twierdzi, że każdy kibic Lecha musi być nastawiony pozytywnie do swojego zespołu. Nawet jeśli nie zawsze wszystko wychodzi, to kibic jest od tego, aby być z klubem na dobre i złe. Marcin Kikut wraz z trenerem nie pokusili się o wskazanie daty, kiedy Lech znów może pokazać się w Europie z takiej strony, jaką pamiętamy nie tylko z meczu w Turynie, ale też z pojedynku z Manchesterem City czy wygranych starć z Red-Bull Salzburg.

Trener Jacek Zieliński również apeluje o cierpliwość. Wiemy jednak, że w Poznaniu nie ma jej w nadmiarze. Dziś kibicom Lecha pozostały piękne wspomnienia oraz trzymanie kciuków za to, aby mecz z Hammarby nie był ostatnim w eliminacjach Ligi Europy w sezonie 2020/2021.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *