Ulice nigdy nie zapomną #9: Ostatni przebłysk Newcastle United

fot. goal.com

Korporacyjna saga, której fabułą było przejęcie Newcastle, zakończyła się fiaskiem. W zeszłym tygodniu, saudyjski fundusz inwestycyjny wycofał się z przedsięwzięcia. Kibice Srok zostali pozbawieni okazji do świętowania, dlatego warto im przypomnieć te nieco lepsze czasy, a konkretnie ostatni duży sukces klubu.

Większość sympatyków piłki nożnej ma swój ulubiony klub, którego poczynania śledzi z większą lub mniejszą pasją. Sympatyzowanie z jedną, konkretną drużyną często nie należy do rzeczy łatwych. Oglądaniu meczów towarzyszy tak zwana „nerwówka”, raz skacze się z radości po efektownym zwycięstwie, by w następnym tygodniu klepać się w czoło i zastanawiać, co poszło nie tak. Do tego dochodzą – często niezrozumiałe – decyzje zarządu i właścicieli. Niektóre kluby potrafią zapewnić swoim fanom prawdziwe emocjonalne huśtawki, a idealnym przykładem zdaje się być Newcastle United.

Mike Ashley kontra Newcastle to saga lepsza niż Zmierzch. Angielskiemu miliarderowi rola aktora pierwszoplanowego została przydzielona w 2007 roku. Wtedy został właścicielem klubu ze St James’ Park, a swoją działalnością lub też jej brakiem – szybko zniechęcił do siebie kibiców Srok. Po jakimś czasie zorientowano się, że ten romans nie zakończy się szczęśliwie, dlatego Ashley postanowił sprzedać swoje udziały. Postanowić to jedno, a zrealizować to drugie, bo ta sztuka nie udaje mu się już kilka dobrych lat.

W końcu nastąpił przełom, bo jeszcze w marcu tego roku brytyjskie media zaczęły trąbić o potencjalnych kupcach. Saudyjski fundusz inwestycyjny miał chrapkę na Newcastle, a Newcastle miało chrapkę na jego pieniążki. Dzięki nim, Sroki miały stać się potęgą, ale ostatecznie cała akcja spaliła na panewce. Do czego zmierzam, to stwierdzenie, że ciężko jest być kibicem ekipy z St James’ Park. W końcu nie po drodze im z właścicielem, a klubowi daleko do jakichkolwiek sukcesów. Ostatni raz okazja do świętowania nadarzyła się w sezonie 11/12, kiedy piłkarze The Magpies naprawdę pokazali przebłysk formy.

Początki ery Alana Pardew

Ale zacznijmy od samego początku. 24 maja 2009 kibice Newcastle United przeżyli niemały szok. Po żenującej postawie w meczu z Aston Villą, Sroki odniosły porażkę (0:1), która zagwarantowała im niezbyt przytulne miejsce w Championship. Był to pierwszy spadek do niższej ligi rozgrywkowej w całej historii tego klubu. Nic zatem dziwnego, że wszyscy z nim związani byli zdewastowani.

Z kolan podnieśli się szybko, bo już po roku. Prowadzona wówczas przez Chrisa Hughtona ekipa z St James’ Park imponowała formą na zapleczu angielskiej ekstraklasy. Zaowocowało to zdobyciem 102 punktów w całych rozgrywkach i oczywiście przekonującym powrotem do Premier League. Co więcej, do rekordu zdobyczy punktowej dzierżonego przez Reading zabrakło wtedy ledwie 4 „oczek”.

Kilka miesięcy po awansie, w Newcastle rozpoczęła się nowa era. Na początku grudnia, The Magpies zajmowali naprawdę przyzwoite, 9 miejsce tabeli. Sytuacja nieco się pogorszyła po porażce z West Bromem (1:3), po której zwolniony został Chris Hughton. Kilka dni później, dokładnie 9 grudnia 2010, 5.5- roczny kontrakt z klubem podpisał nowy menadżer – Alan Pardew. Anglik na nowe stanowisko pracy wkroczył z pompą, bo przekonująco wygrywając z Liverpoolem (3:1). Do końca sezonu jego podopieczni zanotowali jeszcze parę efektownych występów. Zaliczyć do nich można triumf nad West Hamem (5:0), a już na pewno to, co wydarzyło się 5-tego lutego na St James’ Park. Wyobraźcie sobie, że po 26 minutach pojedynku z Newcastle, Arsenal prowadził (4:0). Kiedy przeciwnik zaskakuje cię czterema ciosami na samym początku batalii, już praktycznie jest po herbacie. Morale spadają w dół, pojawia się frustracja, a niektórzy kibice opuszczają stadion. Cóż, ci, którzy tego dnia to zrobili, popełnili wielki błąd.

Na drugą połowę, podopieczni Pardew wyszli napakowani jak kabanosy. Prowadzeni do boju przez Joey’a Bartona pierwszego gola strzelili w 68 minucie. Rzut karny wykonał sam Anglik. Siedem minut później trafił Leon Best, a Barton jeszcze raz skutecznie strzelił z „jedenastki”. Na trzy minuty przed końcem regulaminowego czasu gry, rezultat meczu wyrównał Cheik Tiote, tym samym kompletując jeden z najwybitniejszych comebacków w historii Premier League.

Nos do transferów

Pierwszy sezon pod wodzą Pardew, Newcastle United zakończyło jako 12 siła Premier League. Nie był to zły rezultat, ale biorąc pod uwagę fakt 4 remisów w 6 ostatnich kolejkach – mogło być dużo lepiej. Kampania się zakończyła, a z ekipy Srok odeszło kilka istotnych twarzy. Przede wszystkim Joey Barton i Kevin Nolan – dwaj weterani angielskich boisk, których doświadczenie i charakter odgrywały ważną rolę w drużynie. Z kolei na St James’ Park zawitał m. in. Yohan Cabaye oraz Demba Ba.

Obaj piłkarze w najbardziej wymagające rozgrywki ligowe weszli bardzo dobrze. Z resztą jak całe Newcastle. Po 11 kolejkach, Sroki aż siedmiokrotnie pokonywały swoich rywali, a cztery razy dzieliły się z nimi punktami. Najbardziej imponujące jest jednak to, że ani razy nie ulegli. Serię przerwał dopiero Manchester City, wygrywając z nimi na swoim stadionie (3:1). Wracając do wyżej wspominanych transferów Newcastle. Demba Ba w pierwszych 10 spotkaniach na swoim koncie miał już dwa hat-tricki. Senegalczyk praktycznie samodzielnie zdobywał punkty, bo trzykrotnie pokonywał bramkarzy w bataliach przeciwko Blackburn (3:1) i Stoke (3:1). Cabaye oczywiście nie mógł chwalić się tego typu statystykami. Francuz bowiem – jak na środkowego pomocnika z krwi i kości przystało – kierował grą Newcastle niczym wytrawny dyrygent. Zapewniał spokój w środku pola i posyłał ostatnie piłki. Podczas tej niesamowitej serii Newcastle, miał na koncie 3 asysty.

Dzięki bardzo dobrej grze nowych nabytków i starych wyjadaczy, ekipa z St James’ Park z biegiem kolejek plasowała się w górnej połowie tabeli. Przed rozpoczęciem zimowego okienka transferowego, Pardew i spółka zajmowali dokładnie 7 miejsce w Premier League. Dlaczego wyznacznikiem jest tutaj okres wzmacniania klubu nowymi nazwiskami? Głównym powodem jest jeszcze jeden transfer, którego w lutym dokonał menadżer Srok.

Senegalskie duo

Papiss Demba Cisse – bo to o nim mowa – zaliczył bardzo udany start sezonu w Freiburgu. Na niemieckich boiskach regularnie trafiał do siatki i co ciekawe – nie opuścił żadnej minuty meczu. W 17 rozegranych meczach zdobył 9 goli i 3 asysty. Biorąc pod uwagę fakt, że jego klub był jednym z Bundesligowych słabeuszy, rezultat ten uznawać można za naprawdę przyzwoity. Nic zatem dziwnego, że zwrócił uwagę Newcastle.

Do transakcji doszło 17 stycznia 2012 roku. Jej kwota wyniosła 12 milionów euro. Senegalczyk został najdroższym nabytkiem Srok w tym sezonie, ale działacze Srok chyba nigdy nie będą żałować wydania tych pieniędzy.

Senegalskie duo napastników ze St James’ Park dało o sobie znać już w debiucie Cisse, w meczu z Aston Villą. Podopieczni Pardew wygrali (2:1), pierwszą bramkę strzelił Ba, a trzy punkty zapewnił im najnowszy nabytek. Dwie kolejki później przyczynił się do punktowej zdobyczy w pojedynku z Wolves (bramka na 1:0). Jednak prawdziwa eksplozja jego formy nastąpiła w końcowej fazie sezonu. Po porażce z Arsenalem (1:2), The Magpies odnotowali kolejną imponującą serię, tym razem 6 zwycięskich spotkań. W ciągu tego triumfalnego marszu, Papiss Cisse zdobył aż 9 goli. Tak jak wcześniej punkty Newcastle zapewniał Ba, w drugiej fazie sezonu pałeczkę przejął Papiss. Było to szczególnie widoczne, gdy wbijał po 2 gole Swansea (2:0), Liverpoolowi (2:0), a także Cheslea (2:0). Tym ostatnim strzelił chyba jedną z najpiękniejszych bramek w swojej karierze.

                                             

Kiedy wiadomo, że napastnik jest w formie? Wtedy, gdy każdy jego kontakt z piłką może stanowić zagrożenie dla bramki przeciwnika. Dokładnie tak było w przypadku Cisse, który wszystko czego dotknął, to zamieniał w złoto, a konkretnie gole. Idealnie obrazuje to jego bramka strzelona na Stamford Bridge. Senegalski napastnik wziął Premier League za gardło. W zaledwie 14 występach strzel ich 13 goli. Demba Ba dołożył tych bramek 16. Można powiedzieć, że senegalskie duo stanowiło o ofensywnej sile Newcastle.

Ostatni przebłysk

Sroki w sezonie 11/12 zdobyły 65 punktów w tabeli Premier League. Ten wynik zagwarantował im wspaniałe, piąte miejsce. Ów pozycja oczywiście wiązała się z kwalifikacją do europejskich pucharów, zastrzykiem gotówkowym i wielkim sportowym awansem. W końcu jeszcze dwa lata temu niektórzy piłkarze tego zespołu grali w Championship. Rezultat osiągnięty przez ekipę z St James’ Park był lekkim zaskoczeniem. Po tym zespole spodziewano się mocnego środka tabeli z aspiracjami na jego górną część. Tym czasem  Pardew i spółka zaskoczyli wszystkich, myślę, że nawet i swoich kibiców.

Niezwykle zadowolony tym rozstrzygnięciem był zarząd, oczywiście z Ashleyem na czele. Po świetnej kampanii, Alanowi Pardew zaproponowano aż ośmioletni kontrakt. Takie rzeczy w futbolu dzieją się raczej rzadko, dlatego było to nie lada wydarzenie, o nieco humorystycznym zabarwieniu. Aczkolwiek trzeba przyznać, że angielski menadżer  w tamtym sezonie spisał się ponad swoje możliwości. Dobitnie pokazał to kolejny sezon, w którym Newcastle zajęło dopiero 16 lokatę.

Tak naprawdę sezon 11/12 jest ostatnim przebłyskiem The Magpies. Tamta kampania była jedyną w minionej dekadzie, którą tak naprawdę można udać za naprawdę udaną. Wtedy nawiązano do czasów, gdy drużyna z St James’ Park liczyła się w ścisłej czołówce angielskiego futbolu. Właśnie o tym marzą jej kibice, jednak obecnie chyba są to marzenia ściętych głów.

 


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *