NA GORĄCO

Olkiewicz: Jestem psychofanem Mourinho [WYWIAD]

23 lutego 2017, 19:24 | Foto: Jakub Olkiewicz | Autor: Aleksander Bernard
Olkiewicz: Jestem psychofanem Mourinho [WYWIAD]
Publicystyka
0

Dlaczego pesymistycznie podchodził do transferu Bereszyńskiego? Skąd wzięła się fascynacja do Interu? Dlaczego tak bardzo uwielbia José Mourinho? Co go dziwi w obecnej grze Nerrazurrich? Dzisiaj moim gościem jest Jakub Olkiewicz, dziennikarz Weszło. Zapraszam do lektury. 

Długo już sympatyzujesz z Interem?

Właściwie odkąd pamiętam, trudno mi określić jakiś konkretny, przełomowy moment. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem ich koszulki, czarne i niebieskie pasy, stwierdziłem, że spośród wszystkich włoskich klubów ten będzie „mój”. Chwilę później dowiedziałem się, że klub powstał w 1908 roku, tak jak ŁKS, więc nie było już absolutnie żadnych wątpliwości. Co ciekawe, nie wiązało się to wcale z konkretnymi piłkarzami, wiem, że wiele osób to właśnie na podstawie konkretnych zespołów, drużyn czy wręcz piłkarzy opiera swoje sympatie klubowe. U mnie było inaczej, najpierw barwy i data, dopiero zawodnicy. I to zazwyczaj nie ci z pierwszych stron, vide Ronaldo, ale jakiś europejski trzeci garnitur pokroju Taribo Westa czy byłych piłkarzy Ajaksu, których pamiętałem jeszcze z gry w Holandii. „Pamiętałem” jest tu zresztą mocno umowne, bo piłkę pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych znałem głównie z opowieści taty, świadomie zainteresowałem się tym dopiero koło 1994 roku, po debiucie na stadionie na meczu ŁKS – FC Porto. Dość dobrze kojarzyć nazwy klubów, nazwiska piłkarzy i ligi zacząłem jeszcze ze dwa lata później, a jako punkt zwrotny traktuję Mistrzostwa Świata 1998, mistrzostwo mojego klubu i Fifę RTWC. To się wszystko zgrało w czasie i od tej pory nie było dnia bez futbolu, czy to na podwórku, czy na ekranie komputera, czy na stadionie.

Wspominasz szczególnie jakiegoś zawodnika Nerrazurrich ze starej gwardii? Ja przykładowo świetnie wspominam Alvaro Recobę, Javiera Zanettiego i Ronaldo „El Fenomeno”.

O tym właśnie piszę, nigdy nie przekonywali mnie ci najbardziej znani, wolałem drugi szereg. Najpierw Taribo West ze swoją fryzurką, potem jacyś goście, którzy nigdy nie zbliżyli się do osiągnięć Ronaldo – czy to Aron Winter, Ivan Cordoba, czy Dejan Stanković. Do tego od MŚ 98 sympatyzowałem z Holandią i wszystkimi państwami Bałkanów, więc dochodzili Jugović, van der Meyde, Mihajlović. Zawsze miałem przez to ogromne problemy z grą w Fifę – wymieniałem pół pierwszego składu na gości, którzy czasem nie łapali się nawet na ławkę rezerwowych. Oczywiście nie deprecjonuję tutaj wspomnianych Stankovicia czy Cordoby, ale chyba każdy przyzna, że to dość nieoczywisty materiał na idoli. Ba, nawet Zanettiego bardzo długo nie doceniałem, dopiero gdy poznałem lepiej jego unikalną historię dołączył do moich ulubionych zawodników z Interu. Najlepiej wspominam te nieco późniejsze czasy – gościa, na którym wzorowałem się na podwórku, czyli Edgara Davidsa, ale też Andy’ego van der Meyde, Marco Materazziego, Clarence’a Seedorfa. Raz jeszcze jednak zaznaczam – nigdy przesadnie nie emocjonowałem się ligą włoską, więc nie docierało do mnie, że te holenderskie transfery nie do końca sobie radzą, że drużyna nie spełnia oczekiwań właścicieli, że Inter zaczyna przypominać bankomat. Dla mnie było istotne, że w moich ulubionych koszulkach występowali moi ulubieni piłkarze, którymi kapitalnie zdobywało się bramki w grach komputerowych.

Od przyjścia Stefano Piolego Inter zdobył 31 punktów w trzynastu spotkaniach. Były szkoleniowiec Lazio w końcu wprowadził upragnioną stabilizację? Zespół ze stolicy Lombardii dość długo zawodził.

Szczerze – kompletnie nie mam pojęcia, o co chodzi z grą Interu. Mam wrażenie, że właściwie przez całą erę Morattiego i „czasy najnowsze”, już po zmianach właścicielskich drużna bezustannie, cały czas gra poniżej oczekiwań i swoich możliwości. Wyłączając może ten pamiętny sezon ze zwycięstwem w Lidze Mistrzów, wydawało mi się, że piłkarze Interu grali fenomenalnie w dwóch okresach – tuż przed swoim transferem do Mediolanu i tuż po opuszczeniu miasta. Ile tam się przewinęło legend… Od Pirlo po Zlatana, ale przecież oczekiwań nie spełnili też ci moi ulubieńcy, których wymieniłem wcześniej. Wydawało się, że w tym sezonie będzie podobnie – na papierze – magia. Gabigol, rany, jaki to był dla mnie szok, że udało się go zwinąć sprzed nosa silniejszym klubom. Perisić, którego grę bardzo cenię. Kondogbia, Banega, nawet Brozović, do tego jeszcze fenomenalny bramkarz, który moim zdaniem swego czasu kręcił się gdzieś wokół TOP 3 w całej Europie. I… kicha. Sądziłem nawet, że to moja wina, bo generalnie wszystkie kluby z którymi sympatyzuję spisują się dość średnio. Ostatnie spotkania trochę temu zaprzeczają, ale nie mam złudzeń – Inter nie rozbuja się na tyle, by rzucić się na podium. To będzie raczej stopniowe rozbudzanie apetytów takich naiwniaków jak ja, by na koniec spektakularnie roztrzaskać nasze marzenia na jakimś klepisku na Sycylii. Przerabiałem to tysiąc razy z ŁKS-em, z West Hamem, z Interem Mediolan. Jak będzie za dobrze to się Icardi pożre z kibicami, albo któryś z kluczowych zawodników zabaluje i zostanie odsunięty od składu. Oczywiście tego im nie życzę, ale nie będę wcale darł szat, jeśli Inter pozostanie na czwartym miejscu. Oby tylko nie zleciał niżej.

A propos, z tego Gabigola będzie Pan Piłkarz? Inter zapłacił za niego dość duże pieniądze. Na dodatek, cały czas jest porównywany do Ronaldo. Na szczęście w końcu strzelił bramkę w ostatnim ligowym meczu.

Najprościej byłoby odpowiedzieć: tak, jak tylko odejdzie z Interu. Mam jednak wrażenie, że gość ma wokół siebie fachowców. Od Icardiego można się mnóstwo nauczyć, do tego gra z taką linią pomocy na obrońców Crotone albo Bolonii właśnie powinna być przyjemnością. Zwróciłbym tu jednak uwagę na Brazylię. Ona już od lat zmaga się z problemem w historii tamtejszego futbolu nieznanym – nie ma solidnej dziewiątki, która przejęłaby pałeczkę dzierżoną przez lata przez Romario czy Ronaldo. Gdy na najważniejsze mecze reprezentacyjne wychodził na szpicy Fred, starszym Brazylijczykom musiał się otwierać w kieszeni nóż. Gabigol to nie jest tylko nadzieja Interu, to jest przede wszystkim nadzieja Brazylii, że wreszcie będzie można pożegnać tych daremniaków, przez których rodacy Ronaldo wręcz płakali o wypożyczenie im Lewandowskiego czy chociaż Milika. Pamiętam reportaże Tomka Ćwiąkały z Brazylii, gdzie ten temat się pojawiał, ta zazdrość o Lewego.

Możliwe, że tak olbrzymia presja może piłkarzowi zaszkodzić, ale moim zdaniem dla Gabriela to będzie raczej bodziec do stałego rozwijania swoich umiejętności. Inter pokazał, że potrafi wypuścić młodych w zdecydowanie lepszym stanie, niż wcześniej ich przyjmował – chodzi mi tu po głowie przede wszystkim Mateo Kovačić. Chciałbym by Barbosa rozwijał się jeszcze szybciej i pograł w Interze o wiele dłużej.

Szczerze, tęsknisz za Mourinho?

Chyba jak każdy. Ja zresztą w ogóle jestem jego psychofanem, kibicowałem mu mocno także w Realu, trochę z uwagi na potęgę Barcelony, ale przede wszystkim dlatego, że wniósł mnóstwo świeżości do dość skostniałego świata tego futbolu z najwyższej półki. Scena pożegnania z Materazzim… To było coś mocnego. Zresztą, jeśli spojrzymy na trenerów, którzy go zastępowali w kolejnych drużynach, widać, że ciężko pracuje się z „sierotami” po Mourinho. Niby obecny sezon w United nie idzie do końca po jego myśli, ba, sam zacząłem się zastanawiać, czy nie padł ofiarą swojego stylu, który z upływem lat ze świeżego i niekonwencjonalnego stał się przewidywalny i wtórny. Uważam jednak, że to nadal wielki trener. Żal jedynie, że przyjął taki model pracy, podróżując po Europie zamiast ustatkować się w miejscu, gdzie był i chyba nadal jest kochany.

Jest jeden piłkarz w kadrze Interu, który bardzo przypomina Dejana Stankovicia. Chodzi o Roberto Gagliardiniego. Myślisz, że będzie pomocnikiem na lata dla ekipy ze stolicy Lombardii, a nawiąże sukcesami w kadrze chociażby do Gennaro Gattuso?

Nie chcę tutaj oszukiwać, że obserwowałem Gagliardiniego jeszcze za czasów Ceseny, nawet teraz, w barwach Interu obejrzałem bodaj 2 czy 3 mecze z jego udziałem. Powróżyć z fusów mogłem Gabigolowi, którego historię znam lepiej, o Gagliardinim powiem więcej dopiero jak zaktualizuję składy w Fifie i go sprawdzę w boju. Zupełnie serio zaś – sam fakt, że od wejścia gra od deski do deski dużo o nim mówi. Powinien być wzmocnieniem, co przy składzie Interu jest dużym komplementem dla mimo wszystko nadal dość młodego piłkarza.

Myślisz, że awans Interu do Ligi Mistrzów w przeciągu dwóch sezonów jest realny? Podobno w szatni Interu wisi logo Champions League, który ma przypominać zawodnikom, o co walczą w tym sezonie.

Liczyłem że wygrają Ligę Europy, ale coś tam się po drodze chyba delikatnie zepsuło. Wiesz, ciężko mi prognozować dalsze losy Interu, bo jak już wspomniałem mam wrażenie, że to jedna z drużyn, gdzie najbardziej rozjeżdża się potencjał i spodziewane wyniki oraz smutna rzeczywistość. Moim zdaniem już w tym sezonie powinni walczyć o podium, jeśli nie po prostu być na podium. Potem jednak widzę, jak wygląda na tle Bolonii Zieliński i Hamsik, a jak Inter i się modlę o miejsce w czwórce. Pójdę na łatwiznę: jak Gabigol wejdzie na poziom Ronaldo to nawet w Lidze Mistrzów powalczą dłużej niż do końca zimy.

Temat Interu można zamknąć. Reprezentanci Polski w tym sezonie radzą sobie w większości bardzo dobrze. Moją uwagę przyciągnął jednak Bartosz Bereszyński. Spodziewałeś się tak szybkiej aklimatyzacji Beresia we Włoszech?

W kwestii naszych piłkarzy zazwyczaj jestem pesymistą, tzn. z góry zakładam, że nie powąchają murawy i wrócą z podkulonym ogonem do kraju. Dlatego też oczywiście w Bereszyńskiego nie wierzyłem, z trudem przychodziła mi nawet wcześniej wiara w jednego z moich ulubionych piłkarzy, Karola Linettego. Każde wejście na boisko traktowałem jako miłą niespodziankę, potem okazało się, że to zbyt niskie progi. Boję się trochę, czy Bereszyński utrzyma pozycję po tak mocnym wejściu – od razu przeciw trudnym rywalom rozegrał 90 minut, w dodatku w żadnym z tych 4 spotkań Sampdoria nie przegrała, jedyne potknięcie było w pucharze. Start z tak wysokiego C zawsze cieszy, zastanawiam się jednak jaka będzie reakcja – i Bereszyńskiego, i jego trenera czy wreszcie kibiców i kumpli ze składu, gdy zaczną przytrafiać mu się błędy. A że kiedyś zaczną, to zupełnie normalna sprawa. Mam jednak nadzieję, że i Bereszyński, i Linetty to już ta nowa generacja piłkarzy, która od akademii młodzieżowej była kształtowana nie tylko na boisku, ale i poza nim. Trzymam kciuki by kryzysów było jak najmniej, a gdy już się przytrafią – by odbijać się od nich jak w Legii.

Spodziewałeś się takiego wystrzału formy Zielińskiego?

Tak, mniej więcej od dwóch lat. Akurat w tym wypadku wydawało mi się kwestią czasu, aż te luz i błysk widoczne w poszczególnych zagraniach staną się normą a nie incydentalnymi zrywami. Teraz czekam wytrwale, aż przełoży to na reprezentację Polski, bo szczerze powiedziawszy nie przypominam sobie takiego pomocnika w kadrze. W meczu z Bolonią te kolejne piłki, nawet nie ostatnie, ale przedostatnie podania, to był czysty geniusz. Omijanie dwóch formacji podaniami było jak kopnięcie piłki w siatkonodze przed treningiem – bez napinki, bez koncentracji, ot, puknął i wyszło. To jest niesamowite, bo przecież my tu nad Wisłą od lat czekamy na kogokolwiek kreatywnego. Pamiętam taki mecz Lecha z Niecieczą, gdy Linetty zagrał na dziesiątce i dał bodajże trzy asysty. Wtedy pomyślałem – rany, takiego playmakera szukaliśmy od czasów Piotra Nowaka, albo i jeszcze dłużej. A Zieliński takie mecze notuje nie z Niecieczą, tylko z mocnymi zespołami Serie A i nie raz na miesiąc, tylko co kilka dni. To jest takie brakujące ogniwo między naszym kapitalnym napadem, dość solidną obroną i błyskotliwymi skrzydłami. Nie chcę się podpalać, ale piątka Grosicki-Lewandowski-Zieliński-Milik-Błaszczykowski, każdy w formie, to byłaby ekipa niemal tak dobra jak ŁKS 1997/98.

W lidze włoskiej najgłośniej jednak o naszych bramkarzach – Łukaszu Skorupskim i Wojtku Szczęsnym. Jak myślisz, ich przyszłość jest w Serie A? Skorupski najpewniej odejdzie z Romy do Torino, a Szczęsny rzekomo ma zostać wykupiony przez klub ze stolicy Włoch.

Jeśli chodzi o Szczęsnego, to moim zdaniem AS Roma jest dla niego odpowiednia, wprawdzie mistrzostwa we Włoszech kolekcjonuje się dość ciężko, ale pod tym względem Arsenal nie był lepszy. Ma za to naprawdę dobre towarzystwo, z którym pewnie wkrótce będzie mieć okazję bronić w Lidze Mistrzów. On sam jest doceniany, chwalony… Ciężko mi sobie wyobrazić, gdzie miałoby mu być lepiej. Może jedynie w Juventusie, ale tam przecież co najmniej do 2034 zajęte jest jedyne miejsce między słupkami. Ze Skorupskim jest trochę inaczej. Czasem mylnie traktujemy go, jako utalentowanego młodziaka, który jeszcze ma na wszystko czas, tymczasem on jest zaledwie rok młodszy od Szczęsnego. Czy to jest czas na Torino, czy jednak na szukanie opcji do gry także w Lidze Mistrzów, czy chociaż w Lidze Europy? Czy taki w gruncie rzeczy dość mały krok do przodu to świadectwo świadomego dokładania sobie ciężarów, czy jednak dowód na brak fantazji, by powalczyć o miejsce w mocniejszym klubie? Jestem spokojny o klasę obu naszych bramkarzy, boję się jedynie, by nie grali w klubach poniżej swojego potencjału. Jesteśmy świeżo po szalonym meczu Monaco, w którym Subasić najdelikatniej rzecz ujmując nie pomógł swojemu zespołowi. Nie mam nic przeciwko, by Skorupski poszedł do Monaco śladami Glika, przez Torino, ale jeszcze bardziej nie miałbym nic przeciwko, by nasz bramkarz od razu bronił w tak klasowym klubie jak lider Ligue 1. Jeszcze raz jednak powtórzę – nie jestem ekspertem, nie widziałem Skorupskiego na treningach, nie potrafię trzeźwo ocenić w jakim miejscu swojej kariery aktualnie się znajduje. Ale jeśli bezustannie jest wymieniany jako jeden z kilku najlepszych bramkarzy ligi włoskiej, to powinien chyba grać w jednym z kilku najlepszych klubów ligi włoskiej?

W pełni zgoda, jeśli chodzi o Łukasza. Co do Ligi Mistrzów, należy wspomnieć o Juventusie. Zarówno trenera, jak i kadrę mają niesamowitą. Wcale nie tak dawno mieli szansę wygrać Ligę Mistrzów, ale przegrali z kapitalnie grającą Barceloną. W lidze są hegemonem i za parę kolejek powinni wywalczyć sobie odpowiednią przewagę, aby być pewnymi mistrzostwa Włoch, już kolejnego z rzędu. Co zdarzy się szybciej: Juve sięgnie po puchar Champions League po 21 latach czy prędzej ktoś zrzuci ich z tronu na Półwyspie Apenińskim?

Dobre pytanie. Chyba obstawię bramkę numer jeden – Juventus w końcu przyfarci w losowaniu, Dybala wejdzie na wyższy poziom, Anglicy nie zdążą z dostarczeniem pieniędzy przed końcem Deadline Day i Juventus wreszcie wygra Ligę Mistrzów. Ale od razu zaznaczę, że nie spodziewam się tego w tym sezonie. W ogóle nie wykluczam też scenariusza, że Juventus już nigdy nie wygra Champions League, a jednocześnie już zawsze będzie mistrzem Włoch.

Rozmawiał Aleksander Bernard.

Comments are closed.

Przejdź do paska narzędzi