Liverpool : United – czas na czerwoną wojnę

28 kwietnia 1894 roku to data przełomowa. Wówczas odbyło się pierwsze spotkanie pomiędzy Liverpoolem FC, a Manchesterem United. Mecz ten nazywany derbami Anglii do dziś przyciąga przed telewizory i na stadiony rzesze kibiców. A to wszystko zaczęło się w roku, w którym do obiegu wypuszczono pierwszą butelkowaną Coca-colę. Ale to nie historii planuję poświęcić w dzisiejszy felieton, lecz pojedynkowi między United i Liverpoolem, między The Special One i The Normal One, między Liamem Gallagherem, wokalistą Oasis, a Beatlesami!

Od razu sprostuję, przepraszam za pana Gallaghera, też go nie znam, tylko niestety Manchester nie wypromował jeszcze żadnego porządnego muzyka. Dlatego jeśli ktoś z państwa wybiera się do Anglii raczyć swoje uszy dźwiękami pięknej muzyki, zdecydowanie odradzam Manchester. Eric Cantona powiedział kiedyś o Manchesterze: “Tutaj jest szalona miłość do futbolu, uroczystości i muzyki”. Kłamał.

Rozważając sytuację obu klubów, zarówno Liverpoolu, jak i Manchesteru nietrudno dostrzec się tej samej tendencji. Oba zespoły po nieudanych sezonach starają się bowiem wrócić na szczyt. Dla zwycięscy wynik derbów może okazać się motorem napędowym na resztę sezonu, porażka natomiast może sprawić, że ten sezon, tak jak poprzednie okaże się nieudany. Z pewnością powiecie, że śpieszę się z wyrokowaniem wyniku w sezonie, mówiąc to w kontekście: tylko i wyłącznie jednego spotkania. Tyle, że mecz po między Liverpoolem, a United to nie tylko spotkanie… lecz AŻ spotkanie.

Nie ma co ukrywać, że oprócz emocji udzielającym się kibicom obu drużyn, da się wyczuć, że piłkarzom i menadżerom również doskwiera presja spotkania. Oczywiście poza kilkoma wyjątkami. Przecież presja nie zjada zawodnika pokroju Ibry. To Zlatan zjada presję. Pomijając jednak nowo-mianowanego boga Manchesteru nerwy udzielają się wszystkim. Po stronie Czerwonych Diabłów chęć udowodnienia swojej wartości towarzyszyć z pewnością będzie Paulowi Pogbie. Grający w środku pola Francuz wciąż dźwiga bowiem jarzmo kwoty, którą wydał na niego United. Coraz częściej daje się słyszeć krytykę skierowaną w kierunku Jose Mourinho. Portugalczyk skrytykowany został przez Paula Scholesa w jednym z angielskich programów telewizyjnych za to, że wciąż nie zna swojego zespołu. Legendarny piłkarz Manchesteru przyznał również, że nie spodziewa się zwycięstwa United. “Gdybyś miał stawiać to spotkanie, postawił byś na Liverpool.” – powiedział dziennikarzowi BBC Scholes.

Lepsze humory panują w czerwonej części Liverpoolu. Jurgen Klopp wypoczywał oglądając w liverpoolskim parku mecz juniorskich rozgrywek kobiecych, Adam Lallana wybrał się na wycieczkę do fryzjera, o czym natychmiast poinformowały angielskie media, a to wszystko w czasie gdy zespół z Manchesteru trenował na parkingu pod ośrodkiem treningowym. Już po raz drugi w sezonie! Podopieczni Jurgena Kloppa w obecnych rozgrywkach sprawują się zdecydowanie lepiej. Ich gra sprawia wrażenie kolektywu, a skład jest zbilansowany. Inna sytuacja panuje w miejscowości oddalonej od miasta Beatlesów o 55 kilometrów. United nie błyszczą, swoją grę opierają na kilku liderach, a wieczny kapitan Wayne Rooney znajduje się chyba w najgorszej formie w życiu. W internecie znalazłem kiedyś dowcip o tym, że Rooney, tak naprawdę zawsze chciał grać w Liverpoolu. Gdy przyszedł na swój pierwszy trening, przypadkowo zamiast na Anfield skierował się na Goodison Park i przez cały czas dziwił się, dlaczego grają w niebieskim? Ostatecznie Rooney przeszedł do United i wreszcie gra w czerwonym…

Niezależnie od tego, czy Wayne Rooney świadomie został Czerwonym Diabłem czy nie, nie zmienia to faktu, że już dziś, o godzinie 21 rozpocznie się spotkanie pomiędzy Liverpoolem, a United. Zasiądźmy więc głęboko w fotelach i z paczką chipsów w ręku i cieszmy się, że nadszedł Czerwony Poniedziałek.

 


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *