Legia w końcu zwycięska! Wicelider pobity w Warszawie

Paweł Maul (Piłkarski Świat)

W hitowym spotkaniu 11 kolejki Ekstraklasy Legia Warszawa podejmowała u siebie Lechię Gdańsk. Oczekiwania przed meczem były wysokie, ponieważ ostatnie spotkania tych ekip dostarczyły wiele emocji.

Przed meczem niewiadomych było co nie miara. Lechia po raz pierwszy od swojego powrotu do Ekstraklasy przyjechała do Warszawy w roli faworyta, i nie do końca jasne było, jak się w tej nowej roli odnajdzie. W Legii natomiast na ławce zasiadł świeżo zatrudniony Jacek Magiera; wielu fanów Wojskowych liczyło więc na efekt “nowej miotły”.

Pierwsza połowa to 45 minut świetnej, szybkiej piłki. Można się było tego spodziewać, biorąc pod uwagę ambicje i możliwości obu drużyn. Jednak to, jak mecz się rozpoczął, zaskoczyło chyba wszystkich. Najbardziej zaskoczeni wydawali się obrońcy gości, którzy znaleźli się w samym sercu nawałnicy. Przez pierwsze dziesięć minut Legia atakowała z taką furią, jakiej jeszcze w tym sezonie przy Łazienkowskiej nie widzieliśmy. Legioniści raz po raz wpadali w pole karne gdańszczan, ale strzały Nikolicia, Guilherme czy Ofoe fantastycznie bronił Milinković – Savić.

Gościom udało się przetwać początkowy napór Legii, i z biegiem czasu sami zaczęli dochodzić do głosu. Gdy tylko Legioniści odrobinę zwolnili, w piłkę zaczęła grać Lechia. Najbliżsi zdobycia bramki byli bracia Paixao, nie wykorzystali jednak dogodnych sytuacji kreowanych przez kolegów. Świetnie w tym meczu prezentowała się dwójka serbskich rozgrywających: Krasić i Radović. Obaj potrafili wziąć na siebie ciężar gry swoich drużyn.

Druga połowa również zaczęła się od ataków gospodarzy, tym razem jednak na efekty długo nie trzeba było czekać. Savić, bohater Lechii z pierwszej połowy, w końcu popełnił błąd. Serbski bramkarz wypuścił z rąk piłkę po dośrodkowaniu Hlouska, a ta trafiła prosto do Guilherme. Futbolówka odbiła się od głowy Brazylijczyka, od słupka, po czym wpadła do siatki.

Druga bramka to już w pełni zasługa Brazylijczyka. Guilherme już bez pomocy bramkarza wykończył świetne podanie Ofoe. Obrona Lechii zaczęła coraz bardziej się gubić. Maloca z Wojtkowiakiem i Nunesem dawali się z łatwością ogrywać gospodarzom, którzy nie mieli problemów ze stwarzaniem zagrożenia pod bramką Lechistów. W 70 minucie sytuację sam na sam z Saviciem wykorzystał Nikolić, i było już 3-0.

Warto zaznaczyć, że Lechia miała przy Łazienkowskiej swoje okazje. Goście wielokrotnie znajdowali się z piłką w polu karnym Legii, sporym problemem było natomiast wykańczanie sytuacji podbramkowych. Czasem brakowało celnego strzału, czasem ostatniego podania. W samej tylko drugiej połowie z odległości kilku metrów pudłowali Krasić, Wolski, Flavio Paixao i Sławek Peszko. To chyba właśnie skutecznośc była czynnikiem, który zadecydował, że Legia wygrała ten mecz tak wysoko.

W końcówce Legia straciła Miroslava Radovicia. Serb za faul na Sławczewie obejrzał drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę. Czasu na odrabianie strat było już jednak dla Biało-Zielonych za mało, i wynik do końca spotkania nie uległ zmianie.

Dzisiejszy mecz był pierwszym w sezonie zwycięstwem Legii na własnym obiekcie, była to też pierwsza ligowa porażka Lechii od sierpnia. Legioniści pokazali, że wciąż są w stanie walczyć o najwyższe cele. Przed nimi jest jeszcze jednak masa pracy, bo w Warszawie wciąż spoglądają na tabelę Ekstraklasy prawie z samego dołu. Strata do czołówki jest w tym momencie bardzo duża, a trudno się spodziewać by Lechia czy Jagiellonia zaczęły seryjnie przegrywać spotkania. Jedno jest pewne – zwyżkowa forma Legii oznaczać będzie, że ten sezon ligowy stanie się jeszcze ciekawszy.


Legia Warszawa 3-0 Lechia Gdańsk

Bramki:

Guilherme 49′, 58′
Nikolić 70′

Składy:

Legia: Malarz – Bereszyński, Czerwiński, Reźniczak, Hlousek – Guilherme, Jodłowiec, Radović, Odjidja Ofoe, Hamalainen (Moulin 55′) – Nikolić

Lechia: Milinković-Savić – Wjtkowiak, Nunes (Kuświk 54′), Maloca, Wawrzyniak – Słwaczew, Chrapek (Wolski 59′), Krasić, F. Paixao, Peszko (Haraslin 68′) – M. Paixao


OGLĄDAJ MECZE ZA DARMO W FORTUNA TV

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *