Mistrz w poszukiwaniu swojej wartości. Diego Simeone musi ułożyć zespół na nowo

Simeone

fot. Atletico Madrid

Sezon 2020-2021 był dla Atletico Madryt okresem wielu zmian. Od taktycznych po te personalne. Ekipa Diego Simeone stała się faworytem w walce o złoto, odsuwając od koryta Barcelonę i Real Madryt. Presja zaczyna jednak ciążyć, ale na alarm jeszcze za wcześnie.

Zdobyte mistrzostwo Hiszpanii po siedmiu latach rozłąki to jedynie akcent. Zmienia się perspektywa, albowiem zespół z czerwonej części Madrytu jest dziś poważnym konkurentem na hiszpańskiej ziemi. Atletico znalazło się w całkowicie nowym położeniu. To na podopiecznych Simeone ciąży presja. To oni stoją przed realną szansą na obronę tytułu i są w stanie tego dokonać. W momencie kryzysu Barcelony i Realu Madryt było łatwiej, ale oddech na karku sąsiada zza miedzy czuć było już wiosną. Gra rozpoczęła się na nowo, bo okazuje się, że konstrukcja Ancelottiego ma się całkiem dobrze.

Ostatnie miesiące już nam pokazały, że droga do mistrzostwa potrafi być kręta i wyboista. Atletico o stabilność ekonomiczną ciągle walczy, chociaż jest w lepszym położeniu niż znaczna część ligi. Zachowali spokój, gdy uderzyła pandemia. Nie szukali ryzyka na siłę, cierpliwie czekając na swoją okazję. To się opłaciło, bo sportowo kadra Colchoneros jest bez wątpienia najbardziej kompletną i konkurencyjną w LaLiga. Simeone po wielu latach raz jeszcze zachwycił, choć jego machina znów napotkała problemy.

Kij ma dwa końce

Bogactwo w drugiej linii zaczyna dawać do myślenia. Szeroki wachlarz ma być zaletą, ale o ból głowy nie trudno. W jaki sposób, to ułożyć, aby w pełni wykorzystać potencjał? Aby przepych pomógł, zamiast przeszkadzać? No i przede wszystkim, by finalnie nie stworzyć ofiar, które w poszukiwaniu minut opuszczą Madryt. Rozbijmy na czynniki pierwsze.

Pozycja profesora nie powinna być zagrożona. Koke to człowiek instytucja. Członek starej gwardii Simeone, który wciąż ma wysoki wpływ na drużynę. Na formę również narzekać nie może, zarówno w klubie, jak i reprezentacji, do której wrócił dwa razy silniejszy. Wśród żywych pojawił się również Geoffrey Kondogbia. Następca Thomasa Parteya, którego buty po kilku miesiącach zaczęły pasować. Jego podpis stał się konieczny właśnie ze względu na transfer Ghańczyka. Nieplanowany, chociaż przemyślany, ale to już temat na inną historię. Kondogbia w pierwszym sezonie nie porwał, lecz należy wziąć pod uwagę postać Cholo.

Simeone nie zbudował 28-latka, zrobił z niego zmiennika. Stawiał wyżej dobro zespołu. Widział problem konkurencji w walce o tytuł, więc postawił na kreatywność i grę do przodu. W pierwszej części sezonu zachwycaliśmy się odmienionym zespołem, grającym futbol na „tak”. W drugiej wróciliśmy do męczącego „cholismo”. Długoterminowo 28-latek był mu potrzebny, co najlepiej widzimy dzisiaj. Zawodnik rosły, silny fizycznie, świetny w czytaniu gry, czy w pojedynkach bezpośrednich – niepowtarzalny w talii Simeone.

Cadiz, czyli kopciuszek LaLiga, o którego nikt nie prosił [Felieton]

Przesyt generuje problemy

Gdy jest Kondogbia, nie ma Koke. Aby na boisku zmieścić wspomnianą dwójkę, trzeba ciąć równo. Tylko z jakim skutkiem? Zbudowany na nowo Thomas Lemar przestał być skrzydłowym. Lepiej prezentuje się w środkowej strefie, a możliwości wciąż ma spore. Rodrigo de Paul, którego sprowadzenie cieszy, niesie ze sobą konsekwencje. 27-latek dopiero wchodzi na wysokie obroty, ale nie jest i nie chce być kołem zapasowym.

Jest też Marcos Llorente, który w ciągu roku przeszedł diametralną metamorfozę, stając się rewelacją LaLiga. Niewątpliwie jest ulubieńcem Simeone, a jego wszechstronność jest nieoceniona. 26-latka można ustawić w środku pola na różnej wysokości, czy wprowadzić do ataku. Nie jest dla niego problemem również gra w bocznym sektorze. Llorente wcielał się już w rolę skrzydłowego, czy wahadłowego – do koloru do wyboru. Ex-piłkarz Realu Madryt nie czuje zagrożenia, gdy pojawia się konkurencja. Dla niego miejsce się znajdzie i być może to przysłania nam problem przesytu w drugiej linii.

Problem, który zmusił Saula do opuszczenia Wanda Metropolitano. Najpierw stracił formę, później minuty. Dlaczego? Zabrakło miejsca na jego pozycji, a nie był w stanie dostosować się do nowej, co w konsekwencji doprowadziło do przegranej rywalizacji. Niegdyś człowiek talizman szykowany na kolejną klubową legendę, musiał opuścić statek. I chociaż brzmi to absurdalnie, to garnitur zaczyna być za ciasny. Transferowa bomba w postaci Griezmanna daje możliwości z przodu i zabiera w środku. Francuz ma wpływ na będącego w gazie Correę. Gdzie zatem wyląduje Argentyńczyk? Na ławce lub prawym skrzydle. Llorente musiałby zejść do środka, zabierając miejsce innym. Wracamy więc do początku. Efekt domina.

Obrać odpowiedni kurs

Dochodzimy do sytuacji, w której Simeone trzyma w garści odpowiednie narzędzia, ale nie jest pewien, jak ich użyć. Drużyna potrzebuje kręgosłupa, aby powtórzyć wyczyn z ubiegłej kampanii. Potrzebuje spójności, by w europejskich pucharach dać od siebie więcej. Szczególnie, mając w pamięci blamaż w poprzedniej edycji Ligi Mistrzów. Pomimo trzech finałów Atletico nigdy nie triumfowało w pucharze Europy. Dziś od kolejnej szansy jest daleko.

Oczywiste jest, że solidność defensywy osłabła, a drużynie brakuje konsekwencji. Ledwo wyciągnięty komplet punktów z Celtą i Elche. Uratowany remis z Villarrealem, marny występ z Porto, czy stracona szansa z Athletikiem. To zaboli z czasem, jeśli Atletico nie poczyni żadnych postępów. Możemy się czarować dubletem Luisa Suareza, ale zapominamy, że w poprzednich kilku spotkaniach był kompletnie bezproduktywny. Możemy też uśmiechnąć się w kierunku Griezmanna, czy Felixa, ale obaj na razie bujają w obłokach. Pojedyncze przebłyski to za mało. Diego Simeone nie może stracić koncentracji, gdy w garści trzyma już królika. Ten jednak ochoczo próbuje uciec, a żeby nie zostać z niczym trzeba chwycić za marchewkę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *