Polskie royal baby i Legia w roli kogucika [Felieton]

Mikołaj Barbanell (Piłkarski Świat)

No nie może być inaczej. Z ostatnich dni wszystko zeszło na dalszy plan. Choć ta “niebywała” informacja o ciąży Anny Lewandowskiej wydawała się w takim kraju jak nasz nie do przebicia, przekonująca Legia chyba wygrywa wyścig o odbiorców. Czyli zdecydowanie będzie czym żyć wiosną.

Od lat ciągle to samo. Baty, baty i jeszcze raz baty w europejskich pucharach. Niewiele więcej myśleliśmy po awansie Legii do Ligi Mistrzów. Chyba w najśmielszych marzeniach nie stawialiśmy realnie na to, że mistrzowie Polski okażą się lepsi od bądź, co bądź renomowanego Sportingu Lizbona.

Ale jednak. Wylanie na zbity pysk Besnika Hasiego po kompromitacji w pierwszym spotkaniu fazy grupowej było rzeczą nieodzowną i w zasadzie trudno chwalić włodarzy “Wojskowych” za tą decyzję, raczej opieprzyć, że zdecydowała się na taką oczywistość tak późno.

Wczoraj z kolei znów ludzie decyzyjni przy Łazienkowskiej mogli gratulować sobie innej kluczowej decyzji. Zatrudnienie Jacka Magiery. Może Legii daleko do Barcelony, czy Ajaxu, ale od lat w światowej piłce stawianie na swoich się opłaca, również w kwestii trenowania.

Magiera znający Legię, lepiej niż ona jego był kandydatem idealnym. Jak więc pokazał nie trzeba było nawet pieprznąć w stół. Wystarczyło zgarnąć odpowiednie osoby i stworzyć fajną grupę. A za to odpowiada z kolei Aleksandar Vuković, który wydawał się od początku naturalnym kandydatem na asystenta dla każdego świeżego trenera. Idealnie znający klub, prowadzący doskonałą atmosferę, a to, że zna się na piłce? To bonus.

Wejdę na chwilę temat poboczny. Z perspektywy kibica polskich klubów, a nie poszczególnego jednego, ważne, aby i Lech nie spaprał roboty i coraz bardziej zwiększał rolę Ivana Djurdjevica. Polski piłkarz grać potrafi, potrzeba kogoś, kto go tylko zmusi do pracy. A bałkański temperament tylko w tym pomaga.

Dobra, wracamy do sedna. Gdyby nie to, że od lat staram się likwidować w swoim pisaniu powtórzenia, w tytule zrobiłbym ctrl+c i ctrl+v, gdy po remisie z Realem zatytułowałem swój felieton “Legio – Jak ty mnie zaimponowałaś w tej chwili”.

Bo Legia naprawdę imponowała w fazie grupowej. Pomijając dwa pierwsze mecze – sprawili ogromne problemy Realowi (obrońcy tytułu), rozegrali spotkanie z Borussią, które będzie zapamiętane na długo, aż w końcu przyjechał Sporting w szóstej kolejce, w której polski klub jeszcze o coś walczył!

I wywalczył. Bardzo dobre spotkanie, dość pewne choć nerwowe zwycięstwo (i szczęśliwe, bo Sporting marnował sytuacje, swoje dołożył Malarz …. i sędzia). Ale pomijając to. Nie chcę się przesadnie rozmyślać na temat samego meczu, ale Legia zaprezentowała się naprawdę solidnie i dojrzale. Nawet tacy gracze jak Michał Kopczyński, kompletnie niedoświadczony, 24-letni były talent zagrał bardzo dobre spotkanie na dość kluczowej pozycji.

Ale to może zaprocentować w przyszłości. Czytając, że rywalem w LE będzie rozstawiony rywal trochę z początku się przeraziłem, ale przeglądając nazwy doszedłem do wniosku, że wcale nie są to zespoły słabsze od Sportingu, więc są do zaskoczenia. A więc czekajmy na wiosnę z nie mniejszą ambicją. Bo Legia to teraz taki kogucik, który wpieprzyć może każdemu.

A ta spora była jeszcze w środowe popołudnie. Teraz to ciężko określić. Będąc w zakładach bukmacherskich (kwestia stricte reklamowa – u naszego sponsora), właśnie zbierałem się do wyjścia, gdy jeden z kolejnych klientów przekazał pani dwa numery. Legia i Real wygrają. Myślę sobie: kurde, to już spore ryzyko. Ja dałem Legię z podpórką. Dwie stówy na to bym nie dał. A teraz ten oto człowiek mógłby się cieszyć z blisko półtora tysiąca złotych. Polski zespół go nie zawiódł.


Na szybko druga rzecz. Z racji, że leciało dużo ciekawych dla mnie meczy we wtorek, latałem sobie po kanałach. W starciu Bayernu z Atletico akurat trafiło się na rzut wolny, do którego podszedł Lewandowski. Szybka myśl – Jest genialny, ale nie powtórzy tego. A jednak.

Może nie mam podejścia Tomasza Hajty, ale serio. Dwa razy z rzędu tak piękne gole nie zdarzały się często nawet takim ekspertom od stałych fragmentów gry jak Beckham, Pirlo, czy Del Piero. A jednak. Nasz gladiator dał radę.

Delikatnie się uśmiechnąłem i tyle. Jakoś olałem jego cieszynkę. Nie skojarzyłem sprawy od razu, a gdy w końcu przeszło to przez myśl uznałem – W końcu, gratuluję.

Dopóki nie włączyłem internetu. Matko Boska, co tu się działo. Ktoś uznał, że ja się napaliłem, mimo że naśmiewałem się z ludzi, dla których to stało się ważniejsze od oddychania.

Naprawdę fajnie. Przecież i Robert i Ania mają już swoje lata, ułożone życie (oj bardzo ułożone), więc ile można czekać? Ale, że to się stanie aż taką pożywką dla ludzi, których to tak naprawdę nie powinno zbyt wiele interesować. Teraz ta para wie jak czuli się księżna Kate i książę William.

To normalna masakra. Serio dla ludzi stało się bardzo ważne to, aby to był chłopczyk. Zakładam, że w Argentynie syn Sergio Aguero i jednocześnie wnuk Diego Maradony nie był aż takim fenomenem. Zażartowałem w jednych z tweetów, że ludzie będą cierpieć, gdy Robertowi i Ani urodzi się dziewczynka. Później doszedłem do wniosku, że to jednak nie był żart.

Przecież to normalni ludzie. Fakt, że zasługują na ogromny szacunek itd, ale to będzie musiało być męczarnia. Nie móc włożyć dziecka do wózka i wyjść na spacer, bo zaraz zrobi się zbiegowisko. Szczególnie, że kapitan polskiej reprezentacji i jego żona nie wyglądają na typowych celebrytów, którym na tym zależy. Wyobrażacie sobie Anię tłumaczącą Wietnamczykowi, czy innemu Chińczykowi, że jest polską Victorią Beckham?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *