Lechia polskim Arsenalem? Chyba nie do końca…


“Każda liga ma swój Arsenal”. Od wczoraj internet zalewany jest różnymi wersjami dowcipów porównujących Lechię Gdańsk do wiecznie czwartych Kanonierów. Na pierwszy rzut oka coś w tym jest. Wystarczy jednak przyjrzeć się sytuacji odrobinę dokładniej, by przekonać się, że porównanie to nie ma większego sensu.

Kanonierzy nie od dziś są pośmiewiskiem piłkarskich sfer internetu. Wiecznie czwarci, sezon po sezonie, w koło Macieju powtarzają te same schematy i scenariusze wydarzeń. Czy to samo można powiedzieć o Lechii Gdańsk, która, po raz czwarty z rzędu, minęła się z europejskimi pucharami o jedną tylko pozycję? Czy można powiedzieć, że Lechia kolejny raz przegrała walkę o puchary?

No właśnie nie można. Lechia wcześniej nie walczyła na poważnie o europejskie puchary. Niby jedno miejsce to niewiele, ale przecież różnice punktowe bywały ogromne. Mówiąc najogólniej, gdańszczanie przez lata robili to, co w tym roku pokazała Korona. Kielczanie zakończyli sezon na piątym miejscu, hej, to przecież tuż za Lechią! Wcale nie. W tym przypadku jedna pozycja to różnica przynajmniej dwóch klas, i analogicznie było rok temu w przypadku Lechii i Ruchu, czy sezon wcześniej Lechii i Śląska. Trzy poprzednie sezony rzeczywiście wyglądały uderzająco podobnie: jedna runda świetna, jedna beznadziejna. Szczęśliwy awans do grupy mistrzowskiej, w niej kilka udanych spotkań, odrabianie strat, po czym finisz na czwartym bądź piątym miejscu.

Obecny sezon był pierwszym, w którym Lechia tak na prawdę, na serio walczyła o Europę. Gdańszczanie pod wodzą Nowaka dobrze zaczęli sezon, i tak też go zakończyli. Całe rozgrywki spędzili w czubie tabeli, przez kilka tygodni nawet jej przewodząc. Był to pierwszy sezon od czasów Tomasza Kafarskiego, który rozegrali na w miarę równym, wysokim poziomie, i ze względną stabilizacją w składzie. Lechia nie była już o jedną bramkę straconą więcej od finiszu w grupie spadkowej. Ta drużyna była o jedną bramkę od tytułu mistrzowskiego! Żarty o Arsenalu są więc spóźnione co najmniej o rok.

Muszę tu od razu wyjaśnić – nie uważam, że Lechia na tytuł zasłużyła, broń Boże. Biało-Zieloni byli na przestrzeni sezonu słabsi od Legii, w decydujących momentach brakowało im szybkości, skuteczności, a także zwykłej odwagi. Postęp jest jednak zauważalny, i nie można go zignorować. A już na pewno nie ma tu mowy o jakimkolwiek marazmie, co sugerować mogą właśnie porównania do Arsenalu.

Wystarczy z resztą spojrzeć na dorobek punktowy Lechii z minionych sezonów – 32, 29, oraz 32 – tyle punktów miewali na koncie gdańszczanie “przegrywając walkę o puchary”. Sezon 2016/17 Lechia kończy z dorobkiem 42 oczek. Różnica jest ogromna, przede wszystkim w meczach z czołówką. Kto by jeszcze trzy lata temu pomyślał, że Lechia będzie w stanie regularnie stawiać się faworytom w meczach z Legią czy Lechem? W tym sezonie po raz pierwszy tak właśnie było, i to w dużej mierze dlatego uważam, że zespół idzie w dobrym kierunku. Nawet jeśli sama pozycja w tabeli niekoniecznie na to wskazuje. Lechia polskim Arsenalem? Raczej polskim Tottenhamem.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Ten artykuł jest dostępny tylko w zagraniczej odsłonie tego serwisu.