NA GORĄCO

Król Artur ustępuje miejsca – legenda zostaje z nami

11 listopada 2017, 15:52 | Foto: Mikołaj Barbanell (Piłkarski Świat) | Autor: Mateusz Kasowski
Król Artur ustępuje miejsca – legenda zostaje z nami
Publicystyka
0

Artur Boruc rozegrał swój ostatni mecz w reprezentacji Polski. Choć z orzełkiem na piersi już go nie zobaczymy, legenda jaką stworzył przez niezwykle barwne lata gry w kadrze pozostanie. Choć postać kontrowersyjna, nawet bez świetnych wyników kadry postawił swój posąg na wysokości Jana Tomaszewskiego i Józefa Młynarczyka.

Wychowanek Pogoni Siedlce swoją prawdziwą karierę zaczął w nowym tysiącleciu. Jeszcze w 1999 roku trafił do Legii Warszawa, gdzie powoli zaczął się przebijać do drużyny. Razem z Wojciechem Kowalewskim występował w rezerwach.

W ekipie „Wojskowych” zadebiutował w 2002 roku i od tamtej pory budował swoją pozycję w Legii. W 2004 roku strzelił m.in. bramkę w lidze, wykorzystując rzut karny w spotkaniu z Widzewem Łódź. Wtedy jednak rozpoczęła się inna kariera, która przyniosła mu uwielbienie całej Polski – reprezentacyjna.

Paweł Janas dał mu szansę debiutu w meczu z Irlandią. Wtedy w kadrze istniała gwiazda Jerzego Dudka, który niemal na stałe miał bluzę z numerem jeden. Wszystko zmieniło się jednak pod koniec eliminacji do mistrzostw świata 2006.

Dudek doznał kontuzji, a Polska miała chwilowy przestój w żelaznym zastępcy golkipera Liverpoolu. Grzegorz Szamotulski zakończył reprezentacyjną karierę, Łukasz Fabiański dopiero debiutował w kadrze, Tomasz Kuszczak nie powalał swoimi występami, a Wojciechowi Kowalewskiemu ciągle czegoś do kadry brakowało. Siłą rzeczy więc świeżo upieczony gracz Celticu wskoczył do bramki w kluczowych meczach.

Choć nie był faworytem do wyjazdu na mundial, Paweł Janas lubił zaskakiwać. Takim też była wieść, że to Boruc będzie rządził w Niemczech, kosztem Jerzego Dudka. Jak sam wspominał o powołaniu dowiedział się od ojca, niosąc piwo ze sklepu.

Na czempionacie „Biało-czerwoni” spisali się bardzo słabo, wygrywając tylko ostatnie grupowe spotkanie przeciwko Kostaryce. Po stronie plusów zdecydowanie jednak pojawiło się nazwisko Boruca, który rozegrał trzy spotkania, w których dwoił się i troił ratując wielokrotnie skórę reszcie kolegów. Wtedy też stał się ulubieńcem polskich kibiców.

Mimo, że za Leo Beenhakera stracił miejsce w składzie, które zajął Jerzy Dudek, zmieniając się z Wojciechem Kowalewskim. Ale tak charakterny gość nie mógł łatwo odpuścić i szybko powrócił między słupki. Podobnie jak w Niemczech, również na naszych pierwszych mistrzostwach Europy był największym polskim pozytywem.

W kolejnych latach powoli zaczął oddawać pole gry młodym, Łukaszowi Fabiańskiemu, czy Wojciechowi Szczęsnemu, zapatrzonych w niego od czasów juniorskich. Bo Boruc taki właśnie był – mimo, że tego nigdy nie oczekiwał, pozycja bramkarza dzięki niemu stała się bardzo popularna, a on sam stawał się postacią, którą „albo się kochało, albo nienawidziło”.

Kto wie, czy to nie kontrowersje takie jak, nałogowe palenie, wyzwanie Franciszka Smudy od „dyzmy polskiej piłki”, alkoholowe skandale na zgrupowaniach, szarpaniny z kolegami z Celticu i kilka innych wzmocniło jego pozycję.

Stał się prawdziwą legendą, który na zgrupowaniach zawsze był miło widziany. Bo mimo, że nie grał pierwszych skrzypiec, jego charakter pomagał Adamowi Nawałce trzymać podopiecznych w ryzach. Szacunek do niego to rzecz wręcz obowiązkowa.

Bo to właśnie swoim charakterem, niebywale trudnym osiągnął wszystko. Boruc nigdy nie był „miękką fają”, jego mieli się bać nie tylko rywale, ale też obrońcy, a także przechodni, co udowodnił przeganiając szkockich rasistów w Glasgow, broniąc ciężarną kobietę z Polski.

Prowokacje kibiców Glasgow Rangers tylko cementowały jego postać. Choć sam na poważnie piłką zainteresowałem się podczas mistrzostw świata w 2002 roku (nie tylko z powodu wolnego w szkole), dopiero mundial cztery lata później i mistrzostwa Europy w 2008 roku nie pozwalały wstać od telewizora. A tam król był tylko jeden. Ktoś przypominając sobie te mecze, wyobraża sobie jaki wynik byłby m.in. meczu Polski z Niemcami, czy Chorwacją, gdyby nie Boruc w bramce?

Podobnie było w jego klubach. W Celticu stał się legendą, w kolejnych klubach, Fiorentinie, Southampton i Bournemouth mimo początkowych problemów zawsze stawał się numerem jeden. Teraz jednak wieku nie oszuka i szkoleniowiec zespołu z Premier League woli stawiać na młodszego Asmira Begovica. Boruc nadal jest jednak mile widziany w Legii, co wczoraj udowodnili jej kibice, robiąc mu wzruszające pożegnanie.

Choć niektórzy twierdzą, że gdyby nie jego charakter, zaszedłby wyżej, uważam, że to właśnie dzięki niemu, zaszedł tak daleko. Nie miał w słowniku zdania „Nie dam rady”. To inni mogli nie dać rady. I właśnie dzięki charakterowi będzie pamiętany przez lata.

Na pytanie Jacka Kurowskiego, co będzie czuł w 44 minucie meczu z Urugwajem, gdy po raz ostatni zaliczy akcent reprezentacyjny, ustępując miejsca Łukaszowi Fabiańskiemu, odpowiedział „Pewnie się poryczę”. Jednak nie tylko on. Wspominając piękne chwile, razem z nim zapewne łzy w oczach miało mnóstwo polskich kibiców. Bo jest co wspominać i będzie przez długie lata.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przejdź do paska narzędzi