NA GORĄCO

Co pokazał nam transfer Coutinho?

11 stycznia 2018, 22:33 | Foto: Daily Mirror | Autor: Michał Kozłowski
Co pokazał nam transfer Coutinho?
Blogi
0

Kilka dni temu doszło do transakcji, która na pierwszych stronach gazet ukazywała się już od kilku miesięcy. Anfield na rzecz Camp Nou za 120 milionów zamienił Philippe Coutinho. Jest to tym samym najdroższa oficjalna transakcja w historii piłki nożnej. Co udowodniły nam przenosiny Brazylijczyka? Zapraszam do lektury.

Nie dużo więcej niż klub.

„Real nie wygrywa w jednym sezonie tytułu i wydaje 160 milionów euro na trzech graczy. Barça nie może tak robić. Wiemy, że jesteśmy inni, bo możemy z nimi rywalizować bez wydawania takich pieniędzy” – mówił niecałe pięć lat temu Gerard Pique. Ostatnio słowa Hiszpana zostały przypomniane na Twitterze przez Mateusza Wojtylaka, redaktora naczelnego RealMadryt.pl. Część internautów, oczywiście słusznie, wyśmiała słowa 30-latka, aczkolwiek uważam, że czas na kpiny z defensora Barcy był już wtedy – w 2013. Pique był pijany albo niespełna rozumu, jeśli wydawało mu się, że Barcelonie przez cały okres jej istnienia, uda się pozostać nieskazitelnym pod względem finansów klubem. Sprostuję – udałoby się, ale zapewne wkrótce spadliby z europejskiego topu, a następnie z La Liga. Futbol cały czas się rozwija, a co za tym idzie, pojawia się coraz więcej pieniędzy. Na kluby z małym kapitałem po prostu nie ma miejsca. I nie mówcie, że w 2013. Katalończyk nie mógł się tego spodziewać. Mógł.

Oczywiście nie mam żadnego problemu z tym jakie sumy na nowych grajków przeznacza Duma Katalonii. Wręcz przeciwnie, mam nadzieję, że wkrótce odetną się od łatki (którą poniekąd sami stworzyli) klubu, który nie kupuje, a wychowuje. Z całym szacunkiem, ale od wychowywania jest Ajax, Anderlecht, czy Lech Poznań. Tak naprawdę trudno dziś powiedzieć, co oznacza słynne motto Més que un club”. Wcześniej określano nim podejście piłkarzy do swojej ukochanej drużyny. Popularny epigraf FC Barcelony, doszczętnie pogrzebany został przez Neymara, który, lekko mówiąc, nie poczuł ducha Camp Nou.

500 milionów euro? Chleb powszedni.

Pamiętacie 26 czerwca 2009 roku? A może 1 września 2013? No trudno, podpowiem. Pierwsza data, czyli przenosiny Cristiano Ronaldo z Manchesteru do Madrytu, wstrząsnęła całym światem. Wówczas wszyscy dziwili się jakim prawem Real zapłacił, aż tak niebotyczną cenę za 24-letniego Portugalczyka. Nie inaczej było, gdy na Santiago Bernabeu zawitał Gareth Bale. O świeżym nabytku Królewskich przez kilka dni mówiono w telewizji, a Walijczyk ukazywał się nawet na okładkach gazet ze sportem niemających dużo wspólnego. 6 stycznia 2018 roku na pewno do tych magicznych chwil zaliczyć nie można. W tym momencie (wbrew temu, co pisze większość mediów) jest oficjalnie najdroższym piłkarzem na świecie. W zasadzie to będzie – do czerwca, kiedy to PSG wykupi Kyliana Mbappe z AS Monaco. Transfer reprezentanta Canarinhos przeszedł jednak po świecie z zaledwie delikatnym echem. Ostatnio nawet od osoby mającej pojęcie o sporcie usłyszałem, że nie wie, jak wygląda Philippe Coutinho.

Piłkarze znów są ponad klubami

Minione lato było zdecydowanie pięknym okresem dla futbolowych romantyków, wspominających wciąż czasy, gdy to zawodnicy przez całą karierę reprezentowali barwy jednego klubu. Oczywistością jest, że tamte dzieje już nie powrócą, futbol zmodernizował się i chyba tylko nietrzeźwy na umyśle Brazylijczyk nie przyjąłby oferty od europejskiego giganta. Ja chciałbym, tylko by piłkarze okazywali przynajmniej minimum lojalności (czyt. nie powinni żądać sprzedaży do innego klubu, gdy kilka miesięcy temu podpisali długoletni kontrakt). Przykład innym drużynom dało PSG nie wypuszczając z klubu Marco Verrattiego, mimo protestów reprezentanta Włoch. Niestety reszta europejskiej czołówki nie potrafi działać niczym wicemistrz Francji. Działacze Liverpoolu po wielu miesiącach walki ustąpili kapryśnemu Brazylijczykowi. Inny przykład? Daleko od Anfield Road nie trzeba szukać. Ralph Krueger, prezes Southampton, w lipcu zarzekał się, iż za żadne skarby nie puści Virgila van Dijka do Liverpoolu. Jak się skończyło, wszyscy wiemy.

FC Barcelona odjeżdża reszcie ligi za hajs z Neymara 

Wyobraźcie sobie taką sytuację: dwóch silnych rywali w jednej z najbardziej prestiżowych lig. Walka o tytuł rozpoczyna się z wielkimi emocjami, nie wiadomo, kto ostatecznie uniesie puchar. Drużyna A zwalnia jednak tempo i po pięciu miesiącach ma ogromną stratę punktową do drużyny B. Nastaje okienko transferowe, okres, w którym można sprowadzić do klubu nowych piłkarzy. Kto więc wyda 120 milionów euro? Drużyna A, czy drużyna B. Jak widać, logika w futbolu nie istnieje.

W tym momencie Coutinho nie jest niezbędny Dumie Katalonii. Mało kto ma wątpliwości, że podopieczni Ernesto Valverde wygrają La Liga, w Champions League z wiadomych przyczyn Cou zagrać nie będzie mógł, a Puchar Króla nie cieszy się zbyt wielką renomą w Hiszpanii (choć w 2011. zarząd Realu Madryt uznał nieco inaczej). Oczywiście Coutinho będzie miał teraz czas na zgranie się z drużyną i zaznajomienie się z taktyką Valverde, jednak nie ma co ukrywać, że nie pasuje to do wzorca najdroższego piłkarza w historii klubu.

W Merseyside to jeszcze nie koniec emocji

Na koniec chciałbym przedstawić jeszcze powojenny krajobraz Liverpoolu. W mojej ocenie Coutinho był piłkarzem nieco przereklamowanym. Wyróżniał się nieziemskimi sztuczkami tudzież niekonwencjonalnymi podaniami, lecz nie zawsze potrafił popchnąć zespół do przodu, gdy ten miał kłopoty. Oczywiście nie twierdze też, że fani LFC powinni otwierać szampany, a Bartomeu łapać się za głowę i przeklinać dzień, w którym sprowadził Brazylijczyka, aczkolwiek wydaje mi się, że te 120 milionów można było zainwestować w inny sposób. Christian Eriksen ma podobny przegląd pola co Cou, a kosztowałby zarząd Dumy Katalonii przynajmniej 40 milionów mniej.

Liverpool ma jednak dość sporą bolączkę. Patrząc na kadrę 18-krotnego mistrza Anglii, mogłoby się wydawać, iż mają dość spory potencjał ofensywny. Jest Salah, jest Firmino, jest Mane. Tyle że żaden z nich nie potrafi rozgrywać piłki, choć w minimalnym stopniu tak jak drobny Brazylijczyk. Najbliższy zastąpienia Coutinho jest w tym momencie Adam Lallana, jednak Anglik dopiero powraca po 4-miesięcznej kontuzji. Trzeba więc poszukać gdzie indziej.

W tym momencie jedynymi nazwiskami przewijającymi się wokół Liverpoolu są Naby Keita i Leon Goretzka. Pierwszy z nich początkowo do The Reds miał dołączyć dopiero po zakończeniu tego sezonu, lecz w związku z ostatnimi wydarzeniami, zarząd Liverpoolu zastanawia się, czy nie opłacałoby się dopłacić 13 milionów euro, by na The Kop ściągnąć go już teraz. Niemiec także byłby dobrym nabytkiem, jednakże w tym przypadku szanse LFC na transfer są o wiele mniejsze, gdyż o podpis 22-latka walczy kilka innych klubów z Bayernem Monachium na czele. W tym momencie mało ważne jest na którego, bo najważniejsze, by na chociaż jednego z nich postawił Jurgen Klopp. Inaczej ekipa z Anfield Road może poważnie skomplikować sobie walkę o awans do przyszłorocznej Ligi Mistrzów. A to wszystko przez marzenie Coutinho o grze dla wielkiej Barcelony.

Comments are closed.

Przejdź do paska narzędzi