Warta Poznań - Górnik Łęczna - PKO Ekstraklasa
fot. Krzysztof Drobnik (Piłkarski Świat)
Udostępnij:
WhatsApp
Kopiuj link
URL has been copied successfully!

Trener bramkarzy Lecha Poznań: To najbardziej przykry moment w mojej karierze [WYWIAD]

Latem 2024 roku Dominik Kubiak wrócił do Lecha Poznań. 44-latek ponownie objął funkcję trenera bramkarzy pierwszego zespołu, którą sprawował w latach 2012-2014. Wówczas miał okazję trenować min. Jasmina Buricia i Krzysztofa Kotorowskiego. Dziś pracuje m.in. z Bartoszem Mrozkiem czy Filipem Bednarkiem. W rozmowie z Pilkarskiswiat.com Dominik Kubiak wyjaśnia powody odejścia z Warty Poznań, wskazuje najbardziej przykry moment w swojej karierze, zdradza, na co zwraca szczególną uwagę obserwując bramkarzy po raz pierwszy i ujawia sposoby na zwiększanie koncentracji.

Jak to się stało, że w 2019 roku trafił pan do Warty Poznań?

- O, to ciekawe pytanie. To była świadoma decyzja. Pod koniec listopada 2019 roku dostałem wstępną propozycję z Warty. W klubie tworzył się nowy projekt i przekazano mi, że szukają nowego trenera bramkarzy. Wtedy pracowałem w zespole rezerw Lecha Poznań i długo zastanawiałem się nad tym, czy to dobry moment na odejście. Stwierdziłem jednak, że po 12 latach spędzonych w Lechu dobrze zrobi mi rozłąka i chciałem spróbować czegoś innego. Z perspektywy czasu uważam, że okres spędzony w Warcie Poznań ukształtował mnie jako trenera. Pozwolił mi poszerzyć horyzonty i spojrzeć na piłkę inaczej. W Warcie mieliśmy inne warunki do pracy niewspółmierne do tych, które panują na Bułgarskiej. Pamiętam jak dziś, jak zadzwoniłem do trenera Rafała Ulatowskiego i poinformowałem go, że chcę odejść. Był bardzo zaskoczony taką decyzją, bo nieczęsto zdarza się, aby trener po 12 latach sam chciał odejść z klubu w środku sezonu, a dokładnie po rundzie jesiennej. Muszę przyznać, że Lech nie robił żadnych problemów z moim odejściem. Pozwolił mi podjąć pracę na Drodze Dębińskiej, gdzie się zaczęła pisać fajna historia i myślę, że do pewnego momentu całkiem nieźle nam wychodziło. Niestety w ostatnim sezonie spadliśmy z Ekstraklasy i do tej pory ta degradacja we mnie siedzi. To najbardziej przykry moment w mojej karierze trenerskiej. Po przegranym spotkaniu z Jagiellonią Białystok w szatni zapanowała cisza. Wiedzieliśmy, że już niestety nie jesteśmy w stanie nic więcej zrobić. Oczywiście, patrzyliśmy jeszcze na wynik meczu rozgrywanego w Poznaniu, gdzie Lech grał z Koroną, ale rozstrzygnięcie tego pojedynku nie poszło po naszej myśli.

Trener Dawid Szulczek także bardzo mocno przeżył ten spadek. Na konferencji prasowej po meczu z Jagiellonią było widać, że jest przybity i można było odnieść wrażenie, że chciał, aby spotkanie z mediami jak najszybciej się skończyło. Z tego, co wiem, w kolejnych tygodniach trener Szulczek dokładnie analizował, co poszło nie tak. Jeśli chodzi o pana, to po pięciu latach zdecydował się pan odejść z klubu.

- Tak i to też była moja decyzja. Miałem jeszcze ważny kontrakt z Wartą, ale pojawiła się propozycja od Lecha Poznań. Po przeanalizowaniu tej oferty i rozmowie z żoną oraz dziećmi postanowiłem odejść z klubu i wybrałem powrót do miejsca, które w pełni ukształtowało mnie jako trenera. To tutaj spędziłem 12 lat i przeszedłem wszystkie szczeble kategorii od dziecięcej i młodzieżowej, aż do pracy w pierwszej drużynie. Ale muszę podkreślić, że to nie była łatwa decyzja ze względu na spadek z ligi i to, co po nim przeżyliśmy.

W jakich relacjach się rozstaliście?

- W najlepszych. Ja wychodzę z założenia, że nie chcę palić za sobą mostów. Kiedy dostałem zgodę na odejście z klubu, spotkałem się dosłownie na chwilę z Piotrem Rutkowskim i prezesem Karolem Klimczakiem, żeby podziękować za współpracę, bo jakby nie było, tyle lat spędziliśmy tutaj razem. W pierwszej drużynie Lecha pracowałem trzy lata i nie wyobrażałem sobie odejścia bez uściśnięcia dłoni i podziękowania za współpracę. Dokładnie tak samo wyglądało moje pożegnanie z Wartą Poznań. Zespół nieoczekiwanie spadł z Ekstraklasy i znalazł się w trudnym położeniu. Osoby decyzyjne zaczęły myśleć o budowie drużyny od nowa, a ja jako trener z najdłuższym stażem w sztabie szkoleniowym zdecydowałem się na rozstanie z klubem. Dla nich było to zaskoczenie, a jak się dowiedzieli, do jakiego klubu chcę odejść, to można powiedzieć, że to było takie podwójne zaskoczenie. Natomiast wiadomo, że życie toczy się dalej i pewnie byli przygotowani na różne scenariusze. Wychodzę z takiego założenia, że nawet po największej burzy wychodzi słońce i po prostu trzeba szukać pozytywów w tym wszystkim. Do tej pory trzymam mocno kciuki, żeby wszystko ułożyło się dobrze w Warcie. Wiadomo, że trochę czasu minie, zanim drużyna odbuduje się, ale wydaje mi się, że zostały stworzone w miarę solidne podstawy, aby klub mógł funkcjonować.

Od pana odejścia wiele się zmieniło w Warcie. Dwóch bramkarzy, z którymi miał pan okazję pracować podczas treningów, znalazło nowe kluby. Adrian Lis przeszedł do drużyny rezerw Lecha Poznań, a Jędrzej Grobelny związał się z Arką Gdynia. Został tylko Leo Przybylak.

- Przychodząc do Warty, bardzo dobrze znałem Adriana, bo będąc w Lechu zastanawialiśmy się, czy go nie ściągnąć. Ja akurat pracowałem przy jego roczniku w młodzieżowej reprezentacji Polski, więc kilka razy miałem okazję widzieć go na konsultacjach, więc tym bardziej wraz ze sztabem szkoleniowym zastanawialiśmy się bardzo mocno nad jego transferem. Ostatecznie nie doszło do transakcji. Z Jędrkiem też się znaliśmy. Może troszkę mniej. Natomiast z racji tego, że ja jestem z Poznania i on też jest z Poznania, to pamiętam doskonale, jak wyglądał jako junior, więc nie był dla mnie anonimową postacią. Natomiast uważam, że największy odcisk wejścia w piłkę seniorską, to chyba udało się odcisnąć na Leo Przybylaku. Mimo perturbacji z jego osobą dość szybko trafił do pierwszej drużyny. Uważam, że pomogły mu w tym wypożyczenia do różnych kategorii rozgrywek ligowych. Począwszy od ligi okręgowej aż do trzeciej ligi. One dodały mu pewność siebie i zbudowały jego pozycję. Myślę, że grając w Warcie w rundzie jesiennej, udowodnił, że jest zawodnikiem, na którego warto postawić i dać mu szansę.

Teraz przejdźmy do tego, co dzieje się między słupkami Lecha Poznań. Numerem jeden jest Bartek Mrozek, który wygrywa rywalizację z Filipem Bednarkiem. Czy jest pan zadowolony z ich postawy na treningu? Nie ma żadnych zgrzytów?

- [Bycie rezerwowym bramkarzem - przyp.red] To jest taka trochę niewdzięczna rola, jeśli chodzi o pozycję bramkarza. U zawodników z pola, to trochę inaczej wygląda. Dla przykładu czasami są sytuacje, że nominalny prawy obrońca gra na innej pozycji. A bramkarz gra zawsze na pozycji bramkarza i rotuje go się bardzo rzadko. Zresztą jestem przeciwnikiem rotowania bramkarzy. Uważam, że rotacja w bramce jeszcze nikomu na dobre nie wyszła. W drużynie jest potrzeba tej jedynki i pewnej dwójki, czyli zawodnika, który mocno naciska na jedynkę. W rywalizacji Bartka i Filipa widzę dużo pozytywnej energii. Wiadomo, że Filipowi nie jest łatwo oglądać Bartka z perspektywy ławki rezerwowych, ale nie ma między nimi zgrzytów. Filip jest doświadczonym zawodnikiem, który bardzo często udziela Bartkowi cennych wskazówek. Widzę, jak się nawzajem wspierają. Na treningu też często rozmawiają o jakichś tam sytuacjach, więc myślę, że to tylko ich wspólnie napędza do działania. Bardzo mnie cieszy to, że mam dwóch tak mocnych bramkarzy.

Chciałabym wrócić do wydarzenia, które miało miejsce 27 sierpnia 2024 roku. Wtedy to Bartosz Mrozek otrzymał swoje premierowe powołanie do seniorskiej reprezentacji Polski. Jaka była pana pierwsza myśl, kiedy dowiedział się pan o tym?

- To było dla mnie zaskoczenie, ale nie jakieś ogromne, bo Bartek udowodnił, że jest świetnym bramkarzem. Obserwując poprzedni sezon w wykonaniu Bartka i jego grę w Stali Mielec było widać, że jest bramkarzem, który na tle Ekstraklasy wyrasta na czołową postać. Uważam, że Bartek zapracował sobie na to, żeby przynajmniej zaprosić go na zgrupowanie pierwszej reprezentacji Polski. Już sam wyjazd na zgrupowanie dał mu niesamowitego kopa do pracy. Jak Bartek wrócił do nas z pierwszego zgrupowania, to miałem wrażenie, że był cały w skowronkach. Na treningu miał dużo pozytywnej energii, która uważam, że wzięła się od oglądania innych bramkarzy reprezentacji. Jadąc na kadrę, wiedział, że może się od nich dużo nauczyć, ale uważam, że i tak w wielu aspektach od nich aż tak bardzo nie odstawał. Dowodem na to, co teraz powiedziałem jest to, że Bartek dostał kolejne powołanie na reprezentację, na którym był numerem 3 przez uraz Bartłomieja Drągowskiego. Myślę, że jest to niesamowite wyróżnienie dla Bartka. Ktoś mógłby powiedzieć, że po co w wieku 25 lat jedzie na reprezentację jako czwarty bramkarz, ale myślę, że dla każdego taki wyjazd byłby niesamowitym przeżyciem. Trzeba w tym wszystkim pamiętać o tym, że Bartek przez wiele lat grał na poziomie juniorskim w reprezentacji Polski, więc ten smaczek kadry nie był mu obcy, ale nie znał smaku tej pierwszej reprezentacji.

Mówi się, że człowiek uczy się całe życie. Co jeszcze Bartosz Mrozek musi poprawić w swojej grze?

- Nie chciałbym ułatwiać zadania naszym przeciwnikom, którzy też obserwują Bartka i szukają jego słabszych stron. Uważam, że Bartek jest w teraz w takim fajnym momencie, w którym on gruntuje swoją pozycję. Ma też już spore doświadczenie - grał na poziomie drugiej ligi w GKS-ie Katowice, na poziomie Ekstraklasy w Stali Mielec oraz Lechu Poznań. Patrząc wstecz na poprzedni sezon w wykonaniu Lecha, uważam, że Bartek przeżył kilka trudnych momentów pod kątem wynikowym całej drużyny. Te niepowodzenia go umocniły i nauczyły radzić sobie z dużą presją i oczekiwaniami.

Z iloma bramkarzami pracuje pan na standardowym treningu w tygodniu?

- Standardowo, czyli z trzema bramkarzami. Mam na myśli Bartka Mrozka, FIlipa Bednarka i Mateusza Mędralę. Ta trójka jest żelazna. Jeżeli jest potrzeba zaproszenia czwartego bramkarza do I drużyny, to z Akademii bierzemy Wojtka Zborka, Maksymiliana Kluja lub Dawida Krysa, czyli bramkarza z rocznika 2008 z naszej Akademii, ale robię to tylko w sytuacjach, kiedy faktycznie zajdzie taka potrzeba. Nadrzędnym celem wprowadzania młodych bramkarzy z Akademii do I zespołu jest ich rozwój. Na początku dla takiego chłopca przyjazd na trening jest sporym wyzwaniem, ale z czasem taki chłopiec chce pokazać, na co go stać. Nie chciałbym takiej sytuacji, w której ten chłopak przyjedzie na trening tylko po to, żeby popatrzeć sobie, jak bronią bramkarze seniorskiej kadry Lecha.

Na co zwraca pan uwagę, oceniając bramkarza po raz pierwszy?

- Przede wszystkim na to, czy nie pęka. Uważam, że na pozycji bramkarza 75 procent sukcesu to zasługa głowy. I chodzi tutaj o dwie rzeczy. Pierwsza rzecz to, czy nie boi się sytuacji kontaktowych. Druga rzecz to, czy nie boi się odezwać, kiedy wymaga tego sytuacja i podejmować odważniejszych decyzji w działaniach defensywnych. Mam na myśli wyjście do dośrodkowania w gąszcz zawodników. Musi też umieć dobrze grać nogami. Kiedy drużyna ma piłkę przy nodze, powinien zagrywać ją w trudniejszy sposób - na krawędzi ryzyka - a nie tylko podawać ją do boku. I to są aspekty, które uważam za najważniejsze, jeśli chodzi o pozycję bramkarza.

- Wiadomo, że pewność siebie rośnie z ilością rozegranych spotkań i popełnionych błędów, bo często jedno wiąże się z drugim. Im więcej błędów popełnisz, tym później tych błędów będzie mniej. Nauka na własnych błędach jest ważna, bo jest je łatwiej poprawić. Natomiast najważniejsze są aspekty mentalne. Bramkarz, który przychodzi do nas z Akademii, ma określony poziom umiejętności i potencjał. To nie jest tak, że nie potrafi złapać piłki czy jej podać w określony sposób. Trzeba pamiętać o tym, że w pierwszej drużynie wszystko jest szybsze, wliczając w to tempo grania. Poza tym trzeba szybciej myśleć i podejmować decyzje. Na zimowy obóz przygotowawczy zabraliśmy ze sobą Wojtka Zborka z drużyny rezerw. Po zgrupowaniu podjęliśmy decyzję o jego powrocie do drugiego zespołu, gdzie będzie mu się łatwiej funkcjonować.

Bramkarz przez cały mecz musi utrzymać koncentrację, nawet jeśli jest bezrobotny. Jakie ma pan sposoby na kształtowanie i zwiększanie koncentracji?

- Jeśli chodzi o doświadczonych zawodników, to nie mają oni problemów z utrzymaniem odpowiedniego poziomu koncentracji. Nieco inaczej to wygląda z młodymi zawodnikami. Dla przykładu, kiedy mamy młodego bramkarza, który jest trzecim czy czwartym wyborem, to czasami wydaje mu się, że trener skupia całą swoją uwagę na podstawowym i rezerwowym bramkarzu, i to powoduje, że się wyłącza. A ja tak naprawdę stoję sobie z boku i obserwuję tego młodego bramkarza i patrzę, jak on reaguje. Sporadycznie zdarza się taka sytuacja, że czwarty w kolejce bramkarz nie wie, co ma robić albo sytuacja, w której bramkarz grając mecz jest rozkojarzony, bo nagle zdaje sobie sprawę, że jego pozycja nie jest dobra. Patrzy gdzieś tam na lewo, na prawo, nie do końca tym wszystkim żyje. To właśnie wynika z niewłaściwej koncentracji uwagi.

- Myślę, że najlepszą formą na wypracowanie koncentracji u bramkarza jest na ogół gra. Bramkarz musi dalej być gotowy na to, żeby zabezpieczyć przestrzeń, która jest przed polem karnym, kiedy piłka jest daleko od bramki. Musi być gotowy na to, żeby wybiec daleko poza bramkę. Jeżeli nie będzie skoncentrowany i nie będzie czytał zamiarów przeciwnika, to będzie popełniał błędy. Przeciwnik może próbować zaskoczyć drużynę bardzo prostym środkiem, czyli zagraniem piłki za linię obrony i dlatego tak ważne jest, żeby bramkarz zawsze był gotowy na interwencje i odpowiednio pozycjonował swoje położenie na boisku. Oczywiście w meczu są momenty, kiedy bramkarz musi się trochę rozluźnić, bo trudno utrzymać koncentrację przez całe 90 minut, ale jest ich niewiele. Mam na myśli np. sytuacje, w których piłka wyjdzie na rzut rożny czy kiedy fizjoterapeuci wbiegają na boisko.

Wracając jeszcze do Leo Przybylaka... Kiedy zapytałam go o odczuciach po debiucie w pierwszej drużynie Warty, to przyznał, że najtrudniejszą rzeczą dla niego było właśnie utrzymanie koncentracja przez cały mecz.

- Brak koncentracji jest często spowodowany dużym stresem. Kiedy Leo dowiedział się, że zagra w swoim pierwszym meczu w barwach Warty Poznań, to od razu wysłał mi wiadomość. Zresztą tak się umówiliśmy, kiedy odszedłem, to powiedziałem mu: "Leo, jak zostajesz już w tej Warcie, to prędzej czy później będziesz debiutował, daj mi informację". Pamiętam, że mówił, że było mu bardzo ciężko. Bo to jest [debiut - przyp.red] coś, na co długo czekasz. Ale jak już wiesz, że to za chwilę się wydarzy, to zaczynasz już ten mecz układać sobie w głowie. Wiadomo, że czasami to jest takie układanie, że zaczynasz tym mocno żyć i się denerwować. Czasami te nerwy negatywnie wpływają na koncentrację i blokują organizm do tego stopnia, że zachowania na boisku są spóźnione. Ten stres zaczyna opadać po pierwszym kontakcie z piłką albo po pierwszych pięciu minutach meczu.


Data publikacji: 30 marca 2025, 20:30
Zobacz również

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.