II liga: Hit na remis, lider wraca na Bukową

Zdjęcie: twitter.com/GKSKatowice_eu/

Największym wygranym pierwszej tegorocznej kolejki II ligi jest GKS Katowice, który wygrał z Sokołem Ostróda i dzięki stracie punktów Górnika Polkowice przesunął się na pozycję lidera. Najlepsze wrażenie pozostawiły po sobie jednak rezerwy Lecha Poznań, które na własnym terenie rozbiły grającą przez ponad godzinę w osłabieniu Stal Rzeszów.

Górnik Polkowice – Chojniczanka Chojnice 2:2 (1:2)

Kamil Wacławczyk 41, Marek Opałacz 67 – Jakub Szymański 2 (bramka samobójcza), Adam Ryczkowski 39

Przedmeczowy typ: remis lub wygrana Chojniczanki.

Hit 19. kolejki spotkań zdecydowanie nie zawiódł. Ale i nasze oczekiwania były całkiem spore. W końcu lider II ligi podejmował na swoim boisku trzeci zespół w tabeli, a także ćwierćfinalistę Fortuna Pucharu Polski. Do tego transmisja w ogólnopolskiej TVP Sport w tzw. prime time.

Chojniczanka do tego spotkania przystępowała w, jak się wydaje, najsilniejszym możliwym zestawieniu, uskrzydlona świetnym meczem i wyeliminowaniem z krajowego pucharu Zagłębia Lubin. O wiele więcej problemów ze zestawieniem wyjściowej jedenastki miał Janusz Niedźwiedź. Trener Górnika nie mógł liczyć na swoich dwóch najlepszych strzelców – kontuzjowanego Eryka Sobkowa (dziesięć goli jesienią) oraz pauzującego za kartki Maria Szuszkiewicza (pięć bramek w rundzie jesiennej). Pomimo tego Górnik wyszedł w swoim standardowym ustawieniem z dwójką napastników. Był to mix rutyny i młodości. Doświadczony Mateusz Piątkowski wraz ze stawiającym pierwsze kroki na szczeblu centralnym Mateuszem Baszakiem mieli utrzymać pozycję lidera w Polkowicach.

Pierwsza połowa nie wskazywała jednak, by Górnik wyprzedził w tabeli GKS Katowice, który dzień wcześniej wygrał swój mecz z Sokołem Ostróda. Gospodarze zaczęli ten mecz bardzo pechowo, już w 64. minucie tracąc gola w przedziwnych okolicznościach. Szymon Skrzypczak dograł piłkę w pole karne do Tomasza Mikołajczaka. Kapitan Chojniczanki bardzo przytomnie wyłożył piłkę na około szesnasty metr, a Skrzypczak oddał bardzo mocny strzał na bramkę rywali. Wydawało się, że to uderzenie większej krzywdy gospodarzom nie zrobi. Tak się jednak nie stało. Uderzenie po ziemi było mocne i zatrzymało się na słupku, a następnie aż dwukrotnie odbiło się od wstawającego golkipera Górnika, który w ten sposób sam sobie wbił piłkę do bramki.

Chojniczanka spokojnie mogła zamknąć to spotkanie już w pierwszej połowie i to za sprawą bardzo aktywnego Skrzypczaka. W 20. minucie Skrzypczak ponownie wymienił podanie z Mikołajczakiem i wbiegł w pole karne. Mikołajczak chciał dograć do Adama Ryczkowskiego, jednak zrobił to za mocno. Nieoczekianie stworzyło to świetną okazję Skrzypczakowi, który w sytuacji sam na sam z bramkarzem trafił zaledwie w obramowanie bramki. Dużo więcej szczęścia przyjezdni mieli w 39. minucie, wykorzystując przy okazji bierność defensorów rywala. W środku boiska bardzo dużo miejsca od obrońców Górnika otrzymał Adam Ryczkowski. Nieatakowany przez nikogo, nowy zawodnik klubu z Chojnic skorzystał z okazji i popisał się świetnym strzałem z około 25-30 metrów, nie dając Szymańskiemu najmniejszych szans na interwencję.

Bramka Skrzypczaka w 20. minucie mogła ustawić to spotkanie. Ciężko oczekiwać, by gospodarze zdołali w niewiele ponad 45 minut odrobić trzy bramki straty. Kropki nad i ostatecznie nie było, za to jeszcze przed przerwą Górnikowi udało się złapać kontakt. Była to akcja jakich wiele w tym spotkaniu. Defensorzy Chojniczanki bez większych problemów zablokowali strzał  Terpiłowskiego oddany po zagraniu Piątkowskiego. O wiele lepiej do całej sprawy podszedł Kamil Wacławczyk. Osamotniony na 16 metrze kapitan Górnika oddał świetny strzał z pierwszej piłki tuż przy słupku bramki Chojniczanki, co sprawiło, że Paweł Sokół był w tej sytuacji kompletnie bezradny.

Strzelona bramka do szatni niejednokrotnie zmieniała oblicze spotkania. Tak było i tym razem. Od początku drugiej połowy lepsze wrażenie sprawiali zawodnicy Górnika, którzy częściej atakowali bramkę rywala. Ze strzałami z dystansu Wacławczyka oraz Macieja Kowalskiego-Haberka bramkarz Chojniczanki większych kłopotów nie miał, jednak przy strzale z 66. minuty był już bez szans. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Michał Sacharuk nie upilnował Marka Opałacza, a ten doświadczony defensor świetnym strzałem głową posłał piłkę obok zaskoczonego Sokoła.

Wydawało się, że od tego momentu Górnik może pokusić się nawet o zwycięstwo. Całą sprawę utrudniły jednak wydarzenia z 72. minuty, kiedy po wrzutce Terpiłowskiego piłkę z pola karnego wybił jeden z obrońców Chojniczanki. Dotarła ona pod nogi Michała Grobelnego, który zanim zdołał dobrze przyjąć piłkę, to został brutalnie sfaulowany przez Karola Fryzowicza. Albert Różycki nie wahał się nawet przez moment, od razu wyrzucając prawego obrońcę Górnika z boiska. Nikt, nawet sam faulujący nie może mieć do sędziego pretensji za podjętą decyzję.

Nie chcę mówić, że Fryzowicz swoją brutalnością pozbawił Górnika zwycięstwa. Szanse na takie rozstrzygnięcie jednak zdecydowanie zmniejszył. Swoją cegiełkę dorzucił do tego także nieskuteczny w tym spotkaniu Terpiłowski. Pomocnik gospodarzy w 83. minucie nie wykorzystał podanie wprowadzonego sekundy wcześniej Rafała Karmelity i w pojedynku z Sokołem strzelił obok słupka.

Remis oznacza, że Górnik traci pozycję lidera i spada na drugie miejsce. Na pewno jest to rozczarowujące, jednak z przebiegu spotkania punkt z tak grającym rywalem trzeba cenić. W zasadzie również i zawodnicy Chojniczanki nie mogą czuć się w pełni zadowoleni, bo nie potrafili wykorzystać przewagi z pierwszej połowy, tracąc przy tym miejsce na podium na rzecz Wigier Suwałki. Podobnego zdania był trener zespołu z Chojnic, który na pomeczowej konferencji stwierdził, że jego podopieczni powinni rozstrzygnąć ten mecz już w pierwszej połowie.

Skrót z tego meczu można obejrzeć tutaj.


GKS Katowice – Sokół Ostróda 2:1 (1:0)

Michał Gałecki 13, Arkadiusz Woźniak 48 – Karol Żwir 61

Przedmeczowy typ: zwycięstwo GKS-u

Inauguracja rundy wiosennej w Katowicach przebiegła zgodnie z założonym planem. Zadanie nie było jednak łatwe. Na Bukową przyjechał trudny rywal – Sokół Ostróda, który jesienią potrafił urwać punkty m.in. Chojniczance Chojnice (na swoim boisku) i Wigrom Suwałki (na wyjeździe). Tym razem przedmeczowy faworyt nie miał takich problemów z Sokołem, ale zespół z Ostródy nie chciał tak łatwo odebrać sobie punktów. I to pomimo nie najlepszego początku.

GKS rozpoczął ten mecz jak na faworyta przystało. Już w pierwszej akcji meczu stworzyli zagrożenie pod bramką Sokoła po zagraniu Szymona Kiebzaka z prawej strony pola karnego. W tej sytuacji bramkarz gości nie musiał jeszcze interweniować, ale w kolejnych minutach do wysiłku zmusili go strzelający zza pola karnego Marcin Urynowicz oraz Filip Kozłowski w sytuacji sam na sam trafił w Błażeja Niezgodę. Szczęścia gościom zabrakło w 13. minucie. Po dośrodkowaniu Adriana Błąda z rzutu rożnego dwóch defensorów Sokoła nie sięgnęło piłki głową. Ta dość przypadkowo odbiła się od Kozłowskiego, po czym trafiła do Michała Gałeckiego. Środkowy pomocnik Gieksy stojąc tyłem do bramki przytomnie złożył się do strzału i ostatecznie zdołał pokonać Niezgodę.

Bartosz Mrozek widząc ogólnie dobrą dyspozycję Niezgody, nie chciał być gorszy od swojego konkurenta i chwilę po uzyskaniu prowadzenia uratował swój zespół świetnie broniąc strzał z bliska Karola Żwira. Niestety dla gości, trafienie Gałeckiego nie było jedyną złą informacją, jaką mogli dostać w pierwszej połowie.

W 24. minucie po świetnym prostopadłym podaniu wychodzący na pozycję sam na sam Kozłowski trafił bramkarza Sokoła prosto w twarz. Cała sytuacja wyglądała bardzo groźnie, bo mocno oszołomiony Niezgoda przez chwilę leżał bezwładnie na murawie. Po kilku minutach mocno oszołomionego bramkarza zastąpił debiutujący w Sokole, wypożyczony z Rakowa Częstochowa 17-letni Kacper Trelowski. Jeszcze przed zakończeniem pierwszej połowy kolejną świetną interwencją popisał się Mrozek, który tym razem obronił strzał zza pola karnego.

Gospodarze pierwszą połowę rozpoczęli od ataków, ale zdecydowanie lepiej wystartowali z drugą częścią. I niestety spora w tym zasługa debiutującego na poziomie centralnym Trelowskiego. Po stracie gości i dograniu piłki w pole karne z prawego skrzydła do Kiebzaka jeden z defensorów gości zastawiał rywala, by Trelowski mógł złapać piłkę. Niedoświadczony bramkarz jednak tego nie zrobił, a Kiebzak sprytnie przepchał rywala i tuż przy linii końcowej dograł piłkę do Arkadiusza Woźniaka, który taką okazję po prostu musiał wykorzystać. Można powiedzieć, że od gola bardziej efektowna była jednak radość kibiców zgromadzonych wokół stadionu przy Bukowej, którzy odpalili racę i fajerwerki, tworząd tym samym atrakcyjny widok. Wszystko to było związane z celebracją 57. rocznicy założenia klubu.

Przez pierwszą godzinę meczu piłkarze z Ostródy mogli narzekać na pecha. Dwie bramki stracone po błędach, a także kontuzja podstawowego bramkarza mogą ząlamać każdego. W 61. minucie fortuna uśmiechnęła się jednak do gości. Po dośrodkowaniu z rzutu wolnego nabiegający na bliższy słupek Dawid Wolny przedłużył głową zagranie swojego kolegi z zespołu. Znajdujący się tuż przy linii bramkowej Grzegorz Rogala źle wybił piłkę, która tak naprawdę po prostu trafiła go w nogę, co momentalnie wykorzystał Żwir strzelając kontaktowego gola.

Pozornie można byłoby stwierdzić, że kontaktowa bramka mogła być przełomowym momentem spotkania. Nic bardziej mylnego. W ostatnich 30 minutach o wiele bliżsi kolejnego gola byli gospodarze. Na dodatek, Sokół kończył to spotkanie w osłabieniu. W 81. minucie po długim podaniu z linii obrony źle zachował się Wojciech Mazurowski. Defensor Sokoła dał się zbyt łatwo wyprzedzić Kozłowskiego i widząc mijającego go szybkiego napastnika GKS-u, musiał ratować się faulem tuż przed polem karnym. Prowadzący to spotkanie Marcin Szrek zinterpretował to przewinienie jako faul taktyczny i wyrzucił Mazurowskiego z boiska.

W końcówce nic przełomowego się już nie wydarzyło, dzięki czemu GKS odniósł premierowe zwycięstwo w nowym roku, a także podarował kibicom świetny prezent z okazji urodzin katowickiego klubu. Dodatkową, a chyba największą nagrodą dla podopiecznych Rafała Góraka był awans na pozycję lidera. Jak się później okazało, GKS przodownictwo w tabeli utrzymał, co było możliwe po remisie Górnika Polkowice z Chojniczanką Chojnice.


Znicz Pruszków – Wigry Suwałki 1:2 (1:0)

Owé Bonyanga 21 – Bartłomiej Babiarz 48, Cezary Sauczek 78 (karny)

Przedmeczowy typ: zwycięstwo Wigier.

Pierwszy mecz tej wiosny i już zapachniało sporą niespodzianką. Faworyzowane Wigry do przerwy dość nieoczekiwanie przegrywały w Pruszkowie po bramce debiutującego Owé Bonyangi. W 21. minucie po dośrodkowaniu z rzutu rożnego pochodzący z Demokratycznej Republiki Konga zawodnik strzałem głową pokonał Hieronima Zocha, strzelając tym samym pierwszego gola na drugoligowch boiskach w 2021 roku. Bramkarz Wigier miał w tej sytuacji piłkę na rękawicy, jednak finalnie nie zdołał jej zatrzymać.

Wigry po stracie gola otrząsnęły się dopiero w przerwie, wychodząc na drugą połowę z zupełnie innym nastawieniem. I o wiele skuteczniejszą grą. Już trzy minuty po wznowieniu gry fantastycznym strzałem z dystansu Bartłomiej Babiarz pokonał Piotra Misztala. Po jego uderzeniu futbolówka odbiła się od poprzeczki, a następnie wyszła w pole i do pustej bramki dobił ją Kamil Adamek. Na jedynym dostępnym materiale video z tego spotkania nie widać dokładnie, czy piłka po uderzeniu Babiarza przekroczyła linię bramkową, czy zrobiła to dopiero po dobitce Adamka. W pomeczowym protokole sędzia tego spotkania Damian Gawęcki przyznał tego gola Babiarzowi i chyba do tej wersji powinniśmy się na ten moment przychylić.

Kamil Adamek jesienią był najlepszym strzelcem Wigier, a chyba można zaryzykować stwierdzenie, że także najlepszym zawodnikiem tego zespołu. 32-latek w spotkaniu ze Zniczem po raz kolejny pokazał swoją moc, walnie przyczyniając się do zwycięstwa Wigier. W 75. minucie po akcji przeprowadzonej prawą stroną boiska Adamka we własnym polu karnym nieprzepisowo powstrzymywał Piotr Misztal. Bramkarz Znicza za tą interwencję został ukarany żółtą kartką, a Wigrom zwycięstwo strzałem z jedenastu metrów dał Cezary Sauczek. Chociaż trzeba przyznać, że Misztal wyczuł intencję strzelca, jednak uderzenie było zbyt dobre, by golkiper gospodarzy był w stanie je odbić.

Zawodnicy Znicza pomimo porażki zaprezentowali się na swoim boisku z bardzo dobrej strony, napędzając sporo strachu faworyzowanym Wigrom. Opierając się na słowach dziennikarza Eurosportu Mateusza Kaliny, po stronie Znicza prócz debiutującego Bonyangi dobre spotkania rozegrali także inni nowi piłkarze Znicza – słowacki napastnik Martin Janco i występujący w środku pola Szymon Kaliniec. Kibiców zmartwić może natomiast uraz Krystiana Tabary, przez który musiał w 60. minucie opuścić boisko.

Wigry pomimo ciężkiego meczu zdołały ostatecznie wrócić do domu z kompletem cennych punktów, potwierdzając tym samym pierwszoligowe aspiracje i przesuwając się na najniższy stopień podium. Było to możliwe po niedzielnym remisie Chojniczanki Chojnice z Górnikiem Polkowice.


Lech II Poznań – Stal Rzeszów 5:1 (2:1)

Siergiej Kriwiec 26 (karny), Jakub Karbownik 42, 46, Filip Marchwiński 65, 67 – Adrian Laskowski 8 (bramka samobójcza)

Przedmeczowy typ: zwycięstwo Stali

Już na wstępie trzeba stwierdzić, że rezerwy Lecha Poznań zasłużyli sobie na miano rewelacji 19. kolejki spotkań II ligi. I to pomimo bardzo pechowego początku. Bo trzeba przyznać, że spotkanie Lecha II ze Stalą Rzeszów zostało w dużej mierze zdominowane przez pecha – najpierw gospodarzy, a potem wyłącznie już piłkarzy gości.

Stal wyszła na prowadzenie bardzo szybko, bo już w 8. minucie spotkania. Po dośrodkowaniu z prawej strony boiska Rafała Maciejewskiego niefortunnie interweniujący Adrian Laskowski zalicza kiksa wbijając piłkę do własnej bramki (sytuacja od 17:10). Gorszego debiutu w barwach nowego zespołu sprowadzony zimą z Warty Poznań Laskowski nie mógł sobie wyobrazić. Jak się finalnie okazało, były to złe dobrego początku dla całej poznańskiej jedenastki.

Po okresie przewagi Stali, gospodarze powoli zaczęli łapać właściwy rytm. Ostrzeżeniem było uderzenie Antoniego Kozubala, które zdołał sparować Wiktor Kaczorowski. W 22. minucie żółtym kartonikiem ukarany został Damian Kostkowski. To pozornie nieistotne wydarzenie nabrało zupełnie innego sensu zaledwie trzy minuty później. Po prostopadłym podaniu Siergieja Kriwca Łukasz Szramowski wyszedł sam na sam z Kaczorowskim. W polu karnym bezpardonowo powalił go Kostkowski, za co został ukarany bezpośrednio czerwoną kartką (w związku z tym, że był to faul taktyczny, w innym przypadku Kostkowski za to przewinienie otrzymałby żółtą kartkę, co również skutkowałoby wykluczeniem). Do piłki ustawionej na jedenastym metrze podszedł powracający do Poznania Siergiej Kriwiec, który bardzo pewnie wykorzystał rzut karny i doprowadził do wyrównania (sytuacja od 33:55).

Nie dość, że Stal przed ponad godzinę musiała grać w osłabieniu po stracie środkowego obrońcy, to jeszcze w pierwszej połowie musiała wykorzystać pierwszą z pięciu dostępnych zmian. Kontuzjowanego Damiana Michalik w 39. minucie zastąpił Bartosz Wolski. Po czerwonej kartce goście starali się grać bardziej zachowawczo, jednak tego dnia nie byli w stanie postawić dostatecznego oporu rozpędzającym się piłkarzom drugiej drużyny “Kolejorza”. Prym wiódł przede wszystkim chyba najlepszy na boisku Jakub Karbownik, do którego należała zarówno końcówka pierwszej połowy, jak i pierwsze fragmenty drugiej części spotkania.

W 42. minucie po dograniu z głębi pola Kriwiec bardzo ładnie podbił piłkę, wypracowując tym samym Karbownikowi sytuację sam na sam. 19-latek zachował się w tej sytuacji jak prawdziwy rutyniarz, bardzo pewnie radząc sobie z rozpaczliwie interweniującym Kaczorowskim (sytuacja od 51:10). Kibice Stali z pewnością liczyli na to, że w przerwie ich zawodnicy złapią oddech, odbiorą kilka wskazówek od trenera kilka wskazówek i pomimo gry w osłabieniu nawiążą w drugiej połowie walkę z pozornie słabszym rywalem. Patrząc na wynik już wiemy, że nic takiego nie miało miejsca. Mało tego, Stal straciła gola już po 43 sekundach drugiej połowy. Kolejna kontra Lecha II, kolejne prostopadłe podanie i Karbownik ponownie w sytuacji sam na sam okazuje się lepszy od Kaczorowskiego, który jednak w tej sytuacji powinien lepiej się zachować, a przynajmniej podjąć próbę interwencji (sytuacja od 1:16:00).

To trafienie praktycznie zamknęło ten mecz. W przeciągu kilku minut gry dublet ustrzelił Karbownik, a po niewiele ponad godzinie gry dorównał mu Filip Marchwiński. Występujący na ogół w pierwszym zespole Lecha pomocnik w przeciągu zaledwie dwóch minut dwukrotnie pokonał Kaczorowskiego. Najpierw, w 65. minucie kolejne dogranie na lewe skrzydło otrzymał Karbownik. Strzelec dwóch bramek z łatwością nawinął Łukasza Górę, a następnie dograł do środka do Marchwińskiego. 19-latkowi rywale dali na tyle dużo czasu i miejsca, że ten przyjął sobie piłkę, ustawił ją do strzału i przymierzył tak, że Kaczorowski odprowadził piłkę wzrokiem (sytuacja od 1:34:20). Prawie równo dwie minuty później Lech II po kolejnej kontrze strzelił piątego gola. Tym razem futbolówka nie poszła na lewe skrzydło do Karbownika, a na drugą stronę boiska, gdzie Szramowski znalazł Kriwca. Białorusin dograł piłkę tak dobrze, że Marchwińskiemu nie pozostało nic innego, jak wślizgiem wpakować ją do pustej bramki (sytuacja od 1:36:30).

Pięć bramek straconych we Wronkach to dla Stali Rzeszów rezultat tragiczny. I tak już fatalne nastroje pogorszył jeszcze Wojciech Reiman. W 69. minucie wprowadzonego z ławki i wychodzącego na wolne pole zawodnika gości Ramila Mustafajewa we własnym polu karnym nieprzepisowo powstrzymywał Krystian Palacz, za co prowadzący to spotkanie Marcin Kochanek podyktował jedenastkę. Reiman uderzył jednak fatalnie, nad bramką, niejako puentując tym strzałem cały występ rzeszowian (sytuacja od 1:38:22).

Takim oto sposobem swój debiut w nowym klubie o wiele lepiej wspominał będzie Artur Węska, niż sprowadzony do Stali przed okresem przygotowawczym Daniel Myśliwiec. Nie ma co ukrywać, ogromny wpływ na przebieg spotkania miała dość wczesna czerwona kartka Kostkowskiego. Nie umniejszałbym jednak zasług Lecha II, który w defensywie skutecznie rozbijał ataki Stali, a w ofensywie zaprezentował się wyśmienicie, dzięki czemu opuścili strefę spadkową. Na szczególne pochwały zasługuje trójka zawodników: Siergiej Kriwec (gol z karnego i dwie asysty), Jakub Karbownik (dwie bramki i asysta) oraz Filip Marchwiński (dwie bramki). Kibice Stali mają prawo czuć się zszokowani – zespół mający aspirację i potencjał nawet na grę w barażach rozgrywa fatalne spotkanie z potencjalnym spadkowiczem. Za tydzień zespół z Rzeszowa czeka jeszcze trudniejsze zadanie, bo wyjazd na trudny teren Górnika Polkowice, który będzie chciał jak najszybciej odrobić stratę do liderującego GKS-u Katowice.


Skra Częstochowa – Garbarnia Kraków 1:0 (0:0)

Piotr Nocoń 83

Przedmeczowy typ: zwycięstwo Skry.

Mimo kilku ruchów transferowych, zimą w Częstochowie nie zmieniło się prawie nic. A na pewno nie zmienił się styl gry oraz wyniki osiągane przez piłkarzy Skry. W rundzie jesiennej podopieczni Marka Gołębiewskiego na 17 rozegranych spotkań ligowych aż pięciokrotnie wygrali wynikiem 1:0. Mało tego, dwa ostatnie spotkania w 2020 roku również zakończyły się wynikiem 0:1, lecz wówczas lepsi od Skry okazali się zawodnicy Błękitni Stargard i Olimpii Elbląg.

Po drugie, jesienią Skra miała tylko dwóch strzelców, którzy wyróżniali się na tle reszty zespołu. Liderem klasyfikacji strzelców z 14 bramkami jest Kamil Wojtyra. Prócz niego, tylko jeden zawodnik Skry strzelił jesienią więcej niż jednego gola. Był nim Piotr Nocoń, strzelec pięciu bramek. Również i to w Częstochowie się nie zmieniło.

W starciu z Garbarnią Kraków Wojtyra gola nie strzelił, notując dość przeciętny występ. W ostatnią sobotę ciężar strzelenia zwycięskiego gola wziął na siebie Nocoń. A trzeba przyznać, że Skra zapewniła sobie zwycięstwo w naprawdę imponującym stylu. W 83. minucie Radosław Gołębiowski posłał świetne prostopadłe podanie w kierunku Rafała Brusiło. Szarżujący lewą stroną boiska wahadłowy dograł do niepilnowanego w polu karnym Noconia, który wykończył całą akcję. Akcję, którą poprzedziła imponująca (jak na poziom drugoligowy) wymiana kilku szybkich podań. Swój spory udział miał także pozornie bierny w tej sytuacji Dawid Niedbała, który przytomnie przepuścił piłkę, myląc tym samym defensorów Garbarni i dając Brusile więcej czasu i miejsca.

Efektownością zawodnicy Skry zrekompensowali słabą postawę w pierwszej połowie, w której bliżej strzelenia gola byli goście z Krakowa. Ta przewaga nie wynikała jednak z przewagi Garbarni, a raczej bierności gospodarzy. Po stronie przyjezdnych odnotować można dwie próby Kamila Kuczaka, z czego jedna została zablokowana przez obrońców, a druga nie zrobiła żadnej krzywdy bramkarzowi gospodarzy Mikołajowi Biegańskiemu. Prócz niego, niecelnie uderzali także Tomasz Kołbon i Błażej Radwanek. Ze strony gospodarzy w pierwszej połowie bramkarza zaskoczyć próbował wypożyczony z Wisły Płock Titas Milašius. Litwin oddał niecelny strzał bez przyjęcia po dośrodkowaniu z bocznej strefy Krzysztofa Napory.

Po przerwie Garbarnia również miała kilka okazji, jednak i Skra nieco się rozkręciła. Zaraz po przerwie Dorian Frątczak z trudem obronił strzał z rzutu wolnego aktywnego Napory. Nieco mniej problemów bramkarzowi Garbarni sprawiło kolejne uderzenie Milašiusa. Podobnie jak w pierwszej części spotkania, tak i w drugich 45 minutach swoje próby podejmowali Kołbon i Radwanek. Nie przyniosło to ostatecznie oczekiwanego skutku.

Bramkowa akcja Skry pozwala wierzyć, że na wiosnę Skra pozostanie w czołówce i realnie powalczy co najmniej o baraże i awans do Fortuna I ligi, co byłoby bezapelacyjnie największym sukcesem w historii klubu. Garbarnia z kolei zaprezentowała się całkiem przyzwoicie, stworzyła kilka sytuacji w których finalnie zabrakło szczęścia i skuteczności. Dorzucenie tych elementów może sprawić, że w Krakowie nie będą musieli drżeć o ligowy byt Garbarni.


Pogoń Siedlce – Bytovia Bytów 2:0 (0:0)

Bartosz Rymek 46, Miłosz Przybecki 70

Przedmeczowy typ: zwycięstwo lub remis Pogoni.

Spotkanie dwóch ligowych średniaków nie zapowiadało się na pasjonujące widowisko. Ostatecznie 12. w tabeli Pogoń okazała się lepsza na swoim boisku z notowaną o jedną pozycję niżej Bytovią Bytów. Mecz rozpoczęli lepiej goście, jednak z każdą minutą w siłę rośli zawodnicy Pogoni. Już w 6. minucie Rafała Misztala technicznym strzałem zaskoczyć próbował Piotr Giel. Zarówno ten strzał, jak i uderzenie Pawła Zawistowskiego finalnie były niecelne. Lepsi od swoich rywali okazali się gospodarze, którzy chociaż trafili w bramkę. Próby Ishmaela Baidoo i Bartosza Rymka nie były jednak na tyle imponującę, by zaskoczyć bramkarza Bytovii Adriana Olszewskiego.

Po pierwszej, niespecjalnie atrakcyjnej, części spotkania, drugie 45 minut rozpoczęło się z przytupem. Po wrzutce z lewej strony Franciszka Wróblewskiego piłkę głową do bramki skierował kompletnie niepilnowany w polu karnym Rymek. W momencie przekroczenia przez piłkę linii bramkowej stoper pokazywał nam 43 sekundę. Przez praktycznie cały mecz Bytovia raziła nieskutecznością. Po stracie gola zespół prowadzony przez debiutującego Kamila Sochę potrafił zaatakować Pogoń, jednak zabrakło finalizacji tych akcji – kolejnych sytuacji nie wykorzystał m.in. Giel. W zamieszaniu powstałym pod bramką gospodarzy po jednym z dośrodkowań gospodarzy przed utratą gola uratował dobrze interweniujący Misztal.

Poziom meczu w Siedlcach postronnego kibica nie rozpieszczał. Pogoń nie stworzyła sobie o wiele więcej sytuacji niż Bytovia, ale w przeciwieństwie do rywala była bardziej skuteczna, dzięki czemu w 70. minucie rozstrzygnęła mecz na swoją korzyść. Po minięciu trzech przeciwników w środku pola Bartosz Brodziński trochę na oślep zagrał w pole karne w stronę Baidoo. Wypożyczony z Górnika Zabrze skrzydłowy pomimo naporu ze strony rywala zdołał (nieco przypadkowo) dograć do Miłosza Przybeckiego, który ładnym strzałem z woleja nie dał szans Olszewskiemu.

Kamil Socha debiut w Bytovii zaliczył na terenie swojego byłego klubu, w którym pracował od czerwca do października 2019 roku. Trzeba powiedzieć wprost, że był to bardzo nieudany debiut. Wynik, chociaż mało satysfakcjonujący, to tylko jeden problem. Kibiców Bytovii martwić może gra swojego zespołu, który szczególnie w ofensywie nie zachwyca. Z przodu szarpać próbował Giel, ale bezskutecznie. Większość strzałów oddanych przez zespół gości nie zmierzał nawe w stronę bramki Pogoni. Gospodarze też nie grali futbolu na poziomie zdecydowanie wyższym od swoich rywali. O ich zwycięstwie zadecydowała doza szczęścia, a przede wszystkim o wiele lepsza skuteczność.


Olimpia Grudziądz – Motor Lublin 1:0 (0:0)

José Embaló 77

Przedmeczowy typ: remis.

Ten mecz ciekawie zapowiadał się ze względu na trenerów Olimpii Grudziądz i Motoru Lublin, którzy debiutowali w swoich nowych klubach. Zespół z Grudziądza na początku okresu przygotowawczego przejął Zbigniew Smółka. W Lublinie roszadę na tym stanowisku przeprowadzono jeszcze w grudniu, gdy zwolnionego Mirosława Hajdę zastąpił debiutujący jako samodzielny pierwszy trener Marek Saganowski.

Niestety, do będącej w kiepskim stanie murawy na stadionie w Grudziądzu swój poziom gry dorównali piłkarze obu drużyn. Wiele o tym może powiedzieć statystyka przytoczona przez oficjalną stronę internetową Olimpii. W całym meczu padły zaledwie cztery celne strzały na bramkę – wszystkie z nich zostały oddane przez gospodarzy. Jeden z nich zakończył się bramką, dzięki czemu żadne ze spotkań 19. kolejki II ligi nie zakończyło się bezbramkowym remisem.

W 77. minucie po wyrzucie piłki z autu i błędzie jednego z zawodników Motoru na prawej stronie boiska do piłki dopadł José Embaló. Najlepszy strzelec Olimpii bez większych problemów podprowadził sobie piłkę w pole karne, minął jednego z obrońców i ostatecznie pokonał niepewnie interweniującego w tej sytuacji Sebastiana Madejskiego. Portugalski napastnik kilkanaście minut wcześniej mógł wyprowadzić swój zespół na prowadzenie, jednak w tamtej sytuacji bez zarzutu spisał się Madejski, odbijając strzał na rzut rożny.

Po piłkarzach Motoru trzeba oczekiwać zdecydowanie więcej niż to co pokazali na murawie Stadionu Centralnego w Grudziądzu. Szukając głównych przyczyn niepowodzenia, trzeba zerknąć na przytaczaną już ilość celnych strzałów oddanych przez zawodników gości. Jeśli chodzi o grę w ofensywie, to z Motoru na słowa uznania zasługuje tylko Tomasz Swędrowski. Środkowy pomocnik starał się, strzelał, jednak finalnie efekt tego był żaden. I tutaj rodzi się pytanie, skoro Motor w spotkaniu z jedną z najgorszych jesienią drużyną II ligi zaprezentowała się tak słabo, to jak potoczą się kolejne mecze. Na szczęście dla kibiców z Lublina piłka nożna jest nieco bardziej skomplikowana, jednakże po nieudanej inauguracji w Grudziądzu w głowach powinna zapalić się lampka ostrzegawcza.


Olimpia Elbląg – KKS 1925 Kalisz 1:0 (0:0)

Wojciech Zyska 81

Przedmeczowy typ: zwycięstwo Olimpii.

Po bardzo słabym początku sezonu istniały obawy o powstaniu kolejnej złej passy Olimpii. Ewentualna porażka w pierwszym tegorocznym spotkaniu byłaby trzecią z rzędu i już dziesiątą w tym sezonie. Do Elbląga nie przyjechał też byle jaki rywal, bo KKS 1925 Kalisz jesienią był najlepszym z beniaminków plasując się na miejscu barażowym.

W porównaniu z innymi sobotnimi meczami II ligi, to na stadionie Olimpii działo się całkiem sporo. Oba zespoły już w pierwszych minutach spróbowały swojego szczęścia po strzałach głową. Najpierw po dośrodkowaniu z prawej strony boiska główką Andrzeja Witana zaskoczyć chciał nowy nabytek KKS-u 1925, sprowadzony z Piasta Żmigród prawy defensor Filip Kendzia. Z drugiej strony boiska blisko strzelenia gola był Orest Tkaczuk. Prócz tego, jeszcze kilkukrotnie zakotłowało się to pod jednym, to pod drugim polem karnym, ale bramek z tego nie było.

Mecz był jednak żywy i stosunkowo wyrównany, może z delikatnym wskazaniem w stronę gospodarzy. Czasami by wygrać, prócz skuteczności potrzebna jest także doza szczęścia. Oba czynniki sprawiły, że na dziewięć minut przed końcem regulaminowego czasu gry Olimpia strzeliła zwycięskiego gola. Piłkę z autu z prawej strony boiska w pole karne wrzucał Michał Kiełtyka. Bierność i nieporozumienie w szeregach defensorów KKS-u 1925 sprawiły, że do piłki na siódmym metrze dotarł Wojciech Zyska. 27-latek wyprzedził spóźnionego Daniela Kamińskiego i sprytnym strzałem pokonał wypożyczonego z Arki Gdynia Michała Molendę.

Kaliszanie co prawda mieli swoje szansę, w końcówce wręcz oblegali bramkę rywala, jednak bezskutecznie. W samej końcówce nieskutecznie Witana zaskoczyć próbował Adrian Łuszkiewicz. Parenaście minut wcześniej bardzo dobrej sytuacji nie wykorzystał Tomasz Hołota, który nie zamknął akcji po dograniu Bartłomieja Maćczaka. Ta porażka kosztuje KKS 1925 spadek poza strefę barażową. Okazja do odkupienia win w następnej kolejce jest jednak bardzo dobra. Pozostając na północy kraju, skręcając jednak zdecydowanie na zachód, zespół prowadzony przez Ryszarda Wieczorka zmierzy się na wyjeździe z Błękitnymi Stargard. Olimpię czeka z kolei bardzo trudny mecz na swoim terenie z walczącymi o bezpośredni awans (a już na pewno o baraże) Wigrami Suwałki.


Błękitni Stargard – Śląsk II Wrocław 1:1 (0:0)

Michał Cywiński 81 – Grzegorz Kotowicz 86

Przedmeczowy typ: remis.

Jesienią w Stargardzie przegrać potrafiły takie zespoły jak m.in. Skra Częstochowa czy Wigry Suwałki. Z drugiej strony Błękitni na swoim boisku potrafiły także przegrać 1:4 z Bytovią Bytów i 0:5 ze Stalą Rzeszów. Te proste przykłady pokazują, że drużyna z województwa zachodniopomorskiego bywa nieobliczalna. W spotkaniu ze Śląskiem II Błękitni pokazali swoją “lepszą” twarz i nie przegrali z wyżej notowanym rywalem. Rezerwy Śląska nie po raz pierwszy w tym sezonie wystawiły stosunkowo młody skład wzmocniony doświadczonym Piotrem Celebanem z pierwszego zespołu, który w rozgrywkach PKO Ekstraklasy pauzował za żółte kartki.

Fajerwerków po tym spotkaniu naprawdę nikt nie oczekiwał. Pierwsza połowa zawiodła jednak każdego. Sytuacji strzeleckich było bardzo mało, kibice ślędzący streama mogli obserwować za to dużo walki w środku pola, a co za tym idzie, także i sporą ilość fauli. Śląsk II na początku zaatakował, gospodarze wybijali nawet piłkę z linii bramkowej, ale całą sytuację przerwał sędzia Mateusz Jenda odgwizdując pozycję spaloną. Jedyną naprawdę wartą uwagi akcję w pierwszej części stworzył Adrian Kwiatkowski. Prawy pomocnik Błękitnych ładnie minął kilku rywali i próbował zaskoczyć Pawła Budzyńskiego technicznym strzałem przy dalszym słupku, lecz pomylił się znacznie. Swoją okazję w 39. minucie miał strzelający z ostrego kąta Mateusz Bochnak, jednak i jego uderzenie było niecelne.

W drugiej połowie piłkarze postanowili jednak nieco uatrakcyjnić niedzielne popołudnie swoim kibicom. Najciekawiej było jednak w ostatnich 20 minutach spotkania. Wtedy to bardzo mocny strzał na bramkę gości oddał Michał Cywiński. Po tym uderzeniu futbolówka trafiła w poprzeczkę, po czym z powrotem weszła do gry i trafiła do Błażeja Starzyckiego. Jego dobitka była już skuteczniejsza, jednak sędzia nie dał Błękitnym nawet sekundy radości, odgwizdując faul w polu karnym Śląska II popełniony przez Przemysława Brzeziańskiego. Ta sytuacja była poważnym ostrzeżeniem dla gości, którego jednak podopieczni Piotra Jawnego nie wzięli sobie do serca.

Cywiński już w 69. minucie pokazał, że ma dobrze ułożoną nogę. Wówczas zabrakło szczęścia, jednak dwanaście minut później 24-latek miał go aż za dużo. Cywiński wykonywał rzut rożny z lewej strony boiska, zrobił to jednak na tyle umiejętnie, że futbolówka po jego dograniu wpadła “za kołnierz” stojącego przy dalszym słupku Budzyńskiego. Po szczęśliwym trafieniu zawodnicy Błękitnych byli już bardzo bliski wygrania szóstego meczu z rzędu i przesunięcia się w górę ligowej tabeli.

Zamiast tego był jednak trzeci remis i utrzymanie zaledwie dwupunktowej przewagi nad strefą spadkową. No i pozostał niedosyt, który po tym meczu musiał towarzyszyć piłkarzom ze Stargardu. W 86. minucie po wrzutce z rzutu rożnego piłkę głową trącił Szymon Krocz. Następnie trafiła ona w Konrada Poprawę i wpadła pod nogi Grzegorza Kotowicza, który zachował się bardzo przytomnie i strzałem z delikatnie ostrego kąta uratował punkt swojej drużynie. Po tym spotkaniu, a także dość nieoczekiwanej porażki KKS-u 1925 Kalisz w Elblągu, rezerwy Śląska Wrocław przesunęły się na szóste miejsce dające na koniec sezonu zasadniczego prawo gry w barażach.

W tej kolejce pauzował ostatni w tabeli Hutnik Kraków.


Jedenastka kolejki według tygodnika Piłka Nożna

Bartosz Mrozek (GKS Katowice) – Rafał Brusiło (Skra Częstochowa), Piotr Witasik (Olimpia Grudziądz), Bartosz Brodziński (Pogoń Siedlce), Kamil Wacławczyk (Górnik Polkowice), Wojciech Zyska (Olimpia Elbląg), Bartosz Rymek (Pogoń Siedlce), Siergiej Kriwiec (Lech II Poznań), Adam Ryczkowski (Chojniczanka Chojnice), Kamil Adamek (Wigry Suwałki), Jakub Karbownik (Lech II Poznań).

Tabela II ligi po 19. kolejce

#DrużynaM. Pkt.Bramki
1Górnik Polkowice245449:19
2GKS Katowice245346:24
3Chojniczanka Chojnice265049:24
4Wigry Suwałki254634:23
5Skra Częstochowa264539:25
6KKS 1925 Kalisz253836:29
7Stal Rzeszów253840:38
8Śląsk II Wrocław253838:38
9Sokół Ostróda263637:37
10Garbarnia Kraków233230:33
11Motor Lublin253127:27
12Pogoń Siedlce253042:42
13Bytovia Bytów262936:39
14Znicz Pruszków262929:43
15Hutnik Kraków262733:54
16Błękitni Stargard262627:54
17Lech II Poznań252437:50
18Olimpia Grudziądz252323:42
19Olimpia Elbląg252226:37

Czołówka klasyfikacji strzelców II ligi po 19. kolejce

  1. Kamil Wojtyra (Skra Częstochowa) – 14 bramek
  2. Marcin Urynowicz (GKS Katowice), Dawid Wolny (Sokół Ostróda) – 11 bramek
  3. Piotr Giel (Bytovia Bytów) i Eryk Sobków (Górnik Polkowice) – 10 bramek
  4. Sebastian Bergier (Śląsk II Wrocław) i Janusz Surdykowski (Olimpia Elbląg) – 9 bramek
  5. Kamil Adamek (Wigry Suwałki) i Hubert Sobol (Lech II Poznań) – 8 bramek

Terminarz 20. kolejki II ligi:

6 marca (sobota)

Znicz Pruszków – Motor Lublin, godz. 12:00 – brak informacji o przeprowadzanej transmisji – typ: X

Błękitni Stargard – KKS 1925 Kalisz, godz. 13:00 – transmisja na platformie TVCOM – typ: 2

Górnik Polkowice – Stal Rzeszów, godz. 13:00 – transmisja na platformie TVCOM – typ: 1

Lech II Poznań – Sokół Ostróda, godz. 13:00 – transmisja na kanale YT Lecha Poznań – typ: X

Olimpia Elbląg – Wigry Suwałki, godz. 14:00 – transmisja na platformie TVCOM – typ: 2

Olimpia Grudziądz – Bytovia Bytów, godz. 14:00-  transmisja na platformie TVCOM – typ: 2

GKS Katowice – Hutnik Kraków, godz. 17:00 – transmisja realizowana przez GKS Katowice dostępna na oficjalnej stronie klubu – typ: 1

7 marca (niedziela)

Skra Częstochowa – Śląsk II Wrocław, godz. 13:00 – transmisja na kanale YT Skry Częstochowa – typ: 1

Pogoń Siedlce – Chojniczanka Chojnice, godz. 20:15 – transmisja w TVP Sport – typ: 2

Pauza: Garbarnia Kraków.


OGLĄDAJ MECZE ZA DARMO W FORTUNA TV
OGLĄDAJ MECZE ZA DARMO W STS TV

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *